piątek, 6 czerwca 2014

Fraa w czytelni (81) - "Cała prawda o planecie Ksi"

Autor: Janusz A. Zajdel
Tytuł: Cała prawda o planecie Ksi
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013
Wydawca: Bookrage

Czyli kolejna pozycja z nabytego dawno temu Bookrage’a odhaczona – i kolejne moje spotkanie z Zajdlem.
Jakby to ująć…
Jakoś między nami nie iskrzy, no. Nic na to nie poradzę. Naprawdę się staram, ale po prostu od prekursora polskiej fantastyki socjologicznej oczekiwałabym więcej. To nie tak, że nie podobają mi się jego książki (te całe dwie, które czytałam…). Fabuła Całej prawdy… była bardzo ciekawa. Bah!, kolonizacja kosmosu zawsze jest ciekawa, a tutaj mamy dodatkowo wielką zagadkę i obcą, niezbadaną planetę. Smaczku intrydze dodaje fakt, że planeta jest dość daleko i przelot w jedną stronę zajmuje kilkadziesiąt lat. Pal sześć załogę, bo są hibernatory, ale ludzie na ziemi muszą uzbroić się w cierpliwość, jeśli chcą poznać prawdę o kolonii na Ksi.
Tak – to wszystko jest bardzo ciekawe. I nawet ta szkatułkowa kompozycja była w porządku, choć póki co mam stuprocentową skuteczność, jeśli idzie o trafianie szkatułek u Zajdla.
No i bohater też dawał radę – pierwszoosobowa narracja pozwoliła na świetne ukazanie jego toku myślenia i powolnego zapadania się w czymś, co pierwotnie miał zwalczać. I o czym był przekonany – a przynajmniej tak sobie wmawiał – że właśnie to zwalcza, że cały się poświęca walce ze złymi buntownikami i tyranami. Niesamowite wrażenie robiło, jak Jedenastka coraz gładziej usprawiedliwiał przed sobą każdy swój czyn. Chwilami sama się zawieszałam z myślą, że no tak, właściwie to ma rację, żeby misja się powiodła, musi zdobyć ich zaufanie, wkopanie tego czy tamtego towarzysza ma miejsce w imię wyższego celu. Koniec końców bohater jawi się jako mały, wazeliniarski gnom, ale świetnie widać sam powolny akt przechodzenia tej przemiany.

Tyle tylko, że ja się nie spodziewałam powieści psychologicznej. Byłam przekonana, że to nie jeden degenerat, ale społeczność kolonistów będzie głównym tematem.
No i pojawiła się, to fakt – tylko okazała się ogromnym rozczarowaniem.
Przy okazji Cylindra van Troffa wspominałam o tym, że nie kupuję wizji ludzkości, która wydała mi się zbyt ugodowa, jednomyślna i potulna. Prawdę mówiąc, przybysze na planetę Ksi mają ten sam problem. No bo jak to tak?
Jak należy się spodziewać i co jest dość logiczne, na wyprawę do nowego świata zgłosili się ludzie młodzi, energiczni i zdeterminowani, którym niestraszne jest porzucenie macierzystej planety i których nie przeraża, że już nigdy nie wrócą. Silni i zapewne niegłupi, przecież mieli od podstaw zbudować nadające się do życia osiedle. Jasne, maszyny na pewno by to wszystko ułatwiły, ale bez przesady – mimo wszystko oczekiwano od nich pewnej pracy.
I ja mam uwierzyć, że ci zdeterminowani, odważni młodzi ludzie obudzili się z hibernacji, dowiedzieli się czegoś, co zupełnie przeczy ich wcześniejszej wiedzy i… i tak po prostu to łyknęli i podporządkowali się paru kolesiom? Serio? Tym bardziej, że paru innych kolesi szeptało, że tamci łżą jak z nut? Dlaczego wszyscy koloniści poszli za Jedynką, na miłość Jeżusia? Uwierzyli mu – tak po prostu? To by było głupie i zupełnie nierealne, żeby totalnie cała społeczność wybrała tę samą opcję, kiedy ma do wyboru podane dwie. A początkowo przecież były dwie. Chodziły ploty. To tak jakby dziś w Polsce nie było ani jednej osoby, która wierzy w zamach w Smoleńsku – tylko dlatego, że wedle oficjalnych informacji go nie było. Ale to tak nie działa. Oficjalnie mówi się, że nie było, nieoficjalnie są głosy, że jednak – a społeczeństwo się dzieli. I jedni z drugimi drą koty. Tak działają ludzie. Czemu więc nie utworzyło się żadne podziemie, tajna opozycja na Ksi? Bo Jedynka miał strażników z porażaczami? Nie, nie kupuję tego. Myślę, że w szczególności właśnie polski autor nie powinien próbować wciskać czegoś takiego – ja wiem, że te nasze słynne szable przeciw czołgom to lekka przesada, ale rzecz w tym, że ludzie walczą nawet jeśli są na przegranej pozycji. Bo zresztą czy na pewno byli na takiej przegranej? To nie wygląda na trudne: zebrać się w parę osób, dać po łbie jakiemuś samotnemu strażnikowi, zabrać mu porażacz… a z każdym następnym będzie łatwiej. Nie mówię, że na sto procent to by się powiodło – ale nie mamy żadnych informacji choćby o próbie jakiegoś działania. Czyli wygląda na to, że koloniści siedzieli grzecznie w szałasach i tylko od czasu do czasu wyciągali łapki po jedzenie na kartki. Jedynym działaniem było to, że ktośtam nauczył się pędzić bimber. I znowu: nauczył się pędzić bimber, ale nikt w żadnym momencie nie próbował sklecić broni? Wielokrotnie narrator powtarza, że Jedynka nie chciał wydać broni mieszkańcom. No dobrze, czyli byli pozbawieni porażaczy. Ale litości, nie próbowali nawet wystrugać sobie procy, znaleźć maczugi? Bez jaj, w potrzebie totalnie wszystko może być bronią (w teście w internetach wyszło mi, że moją bronią w razie zombie apokalipsy będzie kubek po kawie). Nie uwierzę, że koloniści jak jeden mąż zachowywali się jak barany. Nie bez powodu znane z historii totalitaryzmy były tak bardzo kruchymi systemami, choć przecież miały wszystko co trzeba: silnego dowódcę, potężną propagandę, donosicieli, tajną policję, jawną policję i tak dalej, a niewygodni obywatele znikali bez śladu. Mimo tych wszystkich zabezpieczeń, ludzie pod ciężkim butem zaczynają się kotłować coraz mocniej i mocniej, aż w końcu podeszwa z hukiem odskakuje.
Czy odhibernowane kobiety – żadna nie próbowała przemycić noża kuchennego i zarżnąć Jedynki podczas intymnej nocy czy coś takiego? Żadna nie próbowała po prostu uciec? Wszystkie grzeczniutko usługiwały w bunkrze? Bzdura. Tym większa bzdura, że niektóre z kobiet były czyimiś żonami, c’mon!

Tak w ogóle, to Jedynka z ekipą też tak trochę zaprzeczali sami sobie od początku. Chodzi mi głównie o tę świetną innowacyjność wymyślonego ustroju. Bo jeśli dobrze zrozumiałam, mieli być wszyscy równi, prawda? I żeby byli wszyscy równi, zlikwidowano im imiona, a zaczęto używać numerów… wait, what? Co jest wygodniejszego do hierarchizowania czegokolwiek, jeśli nie właśnie numerowanie? Numerowanie w zasadzie samo w sobie jest już hierarchizowaniem, ustawianiem w kolejności – więcej nie trzeba. Dlaczego imiona miały być złe? Jeśli ktoś nazywa się Krzychu, a ktoś Janek, to obaj są dla mnie równi, jeśli zaś jest Dwójka i Trójka, to wręcz odruchowo traktuję Dwójkę jako ważniejszego. Zresztą przecież taka okazała się rzeczywistość: im niższy numer, tym wyższy status społeczny – ot, zaskoczonko takie.
Dalej: Jedynka z ekipą tak naprawdę działali bardzo nieporadnie. To znaczy w porządku, usuwali po cichu niewygodnych kolonistów, zastraszali… ale z drugiej strony, bardzo mizernie zachęcali do swojego systemu. Były jakieś mdłe cienie propagandy, ale nic na serio. Błąd. Każdy kretyn wie, że propaganda to potęga.
Choć fakt, że przy takich kolonistach po prostu jej nie potrzebowali… A przecież tego miodu też trzeba czasem dać, nie tylko octu.

Jedenastka w którymś momencie sugeruje, że to nie takie proste, że nie wystarczy usunąć kilku panów z załogi, żeby wszystko było cacy – ale ta myśl się pojawia raz i więcej nie ma do niej żadnego nawiązania. I, żeby było śmieszniej, koniec końców usuwają kilku panów z załogi i to załatwia sprawę!
Zresztą, założenie drugiej osady to jeszcze oddzielna sprawa. Cały czas nie rozumiem, dlaczego ta osada ostatecznie nie stała się właśnie źródłem jakiejś tajnej opozycji. Być może jakieś powody ku temu były, ale czytelnik nie dostaje nawet sugestii na ten temat. W ogóle moim zdaniem to właśnie tam powinien uderzyć Sloth z kumplami, a nie prosto pod okna Jedynki. Bo tam mieliby szansę na wysłuchanie.

Słowem: Cała prawda o planecie Ksi jest ciekawa, ale jej aspekt socjologiczny, moim zdaniem, okrutnie grubymi nićmi szyty i w zasadzie zupełnie nie trzyma się kupy. To bardziej rzecz psychologiczna – i ten element jest zrealizowany fajnie.

Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego "Eksplorując nieznane".





Leć, ilekroć ci to proponują. Nie pytaj o sens takiego życia, bo nikt ci nie odpowie, ani ty sam sobie nie odpowiesz. Dopiero kiedy usiądziesz na tyłku gdzieś przed jakimś pulpitem kontroli naziemnej albo, co gorsza, za biurkiem Komendatury i nikt już nie zechce cię nigdzie wysyłać, przekonasz się o tym, że siedząc na Ziemi ma się o wiele więcej czasu i okazji, by zadawać sobie podobne pytania…

czwartek, 5 czerwca 2014

Fraa w czytelni (80) - "Ostatni Pan i Władca"

Autor: Philip K. Dick          
Tytuł: Ostatni Pan i Władca
Tytuł oryginału: The Golden Man
Tłumaczenie: Marek Cegieła
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1990
Wydawca: Amber

Długo odwlekałam ten moment, ale czas wreszcie złapać byka za rogi i zmierzyć się ze zbiorem opowiadań Ostatni Pan i Władca Dicka. Dlaczego mówię „zmierzyć się” i dlaczego odwlekałam? Cóż, tu wcale nie chodzi o to, że teksty zawarte w zbiorze są złe. Nie są – zazwyczaj. Po prostu w większości z nich nie czułam Dicka.
Już wyjaśniam.
Jak pisałam przy okazji poprzednich utworów tego autora, cenię go za niesamowity, depresyjno-postapokaliptyczny klimat. Klimat, który wisi nad losami bohaterów nieustannie, nawet jeśli tak naprawdę to wcale nie jest żadna postapokalipsa. Uwielbiam Dickowe umierające światy, wszechobecną atmosferę rozkładu i beznadziei. Dlatego byłam nieco zaskoczona, kiedy przyszło mi zaprzyjaźniać się z opowiadaniami ze zbioru Ostatni Pan i Władca.
Przede wszystkim: zdecydowanie wolę tego autora w powieściach niż w opowiadaniach. W powieści ma czas na rozwinięcie tego swojego specyficznego klimatu, akcja może się turlać powoli i bez nerwów, wciągać jak bagno. Opowiadanie nie może być bagnem – ono po pierwszej stronie albo wciągnie, albo nie. A potem już nie ma przebacz. Większość tekstów z tego zbioru… cóż, zaciekawiło, to prawda. Ale nie wessało tak, jak mógłby wessać dłuższy tekst poświęcony temu tematowi. Ot, choćby Złotoskóry poświęcony niezwykłym mutacjom czy Inaczej, niżby się zdawało w bardzo niekonwencjonalny sposób dotykający problemu nieśmiertelności. Sonda przyszłości to ciekawe podejście do podróży w czasie, Majstersztyk zaś zwrócił moją uwagę głównie dlatego, że najazd z Proximy Centauri jest tam datowany na 2014 r., więc wiecie… no.  Niemniej tak w ogóle Majstersztyk to jeden z lepszych tekstów zbioru. Choć tu muszę zaznaczyć, że mocno przypominał mi Lemowski Kongres futurologiczny: oto mamy sielankowy świat, do którego wkracza bohater – ale czy na pewno ta sielanka to prawda? A może iluzja? A kiedy odkrywamy prawdę, to… cóż, czy to na pewno prawda? A może to iluzja pod iluzją pod iluzją? Czy bohater dowie się, jak wygląda najgłębsza warstwa prawdy? No i czy chce i czy powinien się dowiedzieć?
Tytułowy Ostatni Pan i Władca z kolei przypominał mi Żelaznego niejakiej Kruffy i liczę na to, że szersza publiczność również kiedyś będzie miała okazję te dwie opowieści porównać. Kruffo, wywołuję Cię do tablicy!

Zupełną pomyłką, jak dla mnie, było w przypadku Dicka pisanie tekstów humorystycznych. Naprawdę: uważam, że z deprechą, Weltschmerzem i konfliktem na linii człowiek-maszyna ten autor radził sobie doskonale. Ale jeśli idzie o dowcip… cóż, powiem tylko tyle, że Wojnę z Fnoolami będę próbowała wyprzeć. Nie jest bardzo zła, ale zdecydowanie nie po drodze mi z tym poczuciem humoru. A także z tym, że dowcipowi została podporządkowana logika w fabule. Czytałam to i ciągle się zastanawiałam: dlaczego kapitan wdaje się z obcymi najeźdźcami w rozmowy i częstuje ich ziemskimi używkami? Przecież to obce formy życia, trochę używania mózgu, na litość Jeżusia! Dlaczego mowa jest o tym, że gdyby obcy przemienili się w Hauka, trzeba by obu odstrzelić, skoro przecież oni byliby o metr niżsi od Hauka, a więc dość łatwi do rozpoznania? I cały ten wątek cycatej sekretarki… tak bardzo Element Komiczny. To wszystko było jakieś takie głupie i ledwo się trzymało przysłowiowej kupy. Zresztą, sens czasem gubił się też w innych opowiadaniach – klaksony słyszalne w próżni są dość wyraźnym tego przykładem.
Część opowiadań (Na obraz i podobieństwo Yanceya, Nie zrekonstruowane M) znałam już wcześniej, bo pojawiły się w zbiorze Raport mniejszości. Przyznam, że nawet mnie to ucieszyło, bo powtórna lektura tych tekstów ani trochę im nie zaszkodziła, za to teraz o wiele lepiej siedzą mi w głowie. Bo to akurat są bardzo fajne opowiadania.

Mój główny zarzut, jeśli chodzi o ten zbiór, dotyczy tak naprawdę kompozycji. Zabrakło tu tego, co było we wspomnianym już Raporcie mniejszości: wyraźnego, spajającego całość klimatu i historii, która przewija się gdzieś w tle, nawet jeśli opowiadania pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. W Ostatnim Panu… mamy humorystyczne Fnoole, dziwaczne i futurystyczne zmagania ludzi z robotami, zapowiedź Blade Runnera w postaci opowiadania Mała, czarna skrzynka, jest też tekst fantasy – Król Elfów. Nie potrafię tego ująć inaczej niż tylko: każdy pies z innej wsi. Czytelnik skacze z klimatu w klimat, nie mogąc tego wszystkiego jakoś spiąć. Szkoda. Myślę, że właśnie przez to te opowiadania sporo tracą i nie można wciągnąć się w ich klimat – no bo ten klimat przecież ciągle się zmienia!

Opowiadaniem, przy którym chciałabym się na moment zatrzymać, jest ostatni tekst zbioru, Przedludzie. Z jednej strony jest zwyczajnie zabawne w swojej grozie i w wytknięciu ludzkiej głupoty. Z drugiej – okropnie oczywista krytyka zagadnienia aborcji, potraktowana jednostronnie i… no cóż, zupełnie mi z nią nie po drodze. Niemniej podobało mi się wskazanie, jak o ludzkim istnieniu decydują urzędnicy przyklepaniem odpowiedniego przepisu, jak z dnia na dzień ktoś może być uznany za człowieka albo przestać być za niego uznawanym. Zdziwiło mnie tylko bagatelizowanie prostego faktu, że płód od dziecka odróżnia nie tylko zwykła umowa społeczna, ale też dość wyraźna i istotna granica: w łonie matki i poza nim. Ostatecznie jednak, jakkolwiek tekst mógłby być o pewne rzeczy pogłębiony, nadal wypadł interesująco i zabawnie w swoim cynizmie.

Gdybym miała powiedzieć o tym zbiorze coś ogólniejszego, byłoby to chyba tyle: przeczytać można, ale bez szczególnego parcia. Lepiej zapoznać się najpierw z innymi tekstami, również ze wspomnianym już zbiorem Raport mniejszości (choć jest późniejszy niż Ostatni Pan…), bo po prostu tam można się zaprzyjaźnić z tym świetnym klimatem tekstów Dicka. Jak już ktoś to uczyni, może też ofkoz sięgnąć po Ostatniego Pana i Władcę. Czyta się w sumie szybko i przyjemnie. Ja po prostu spodziewałam się więcej.

Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.




­– (…) Pokaż mi prawdę, a będę nadal wykonywać swoją pracę.
– Nie, Milt – powiedziała Mary. – Gdybyś poznał prawdę, nie mógłbyś żyć i pracować. Skierowałbyś tę broń przeciwko sobie. – Mówiła spokojnie, nawet ze współczuciem, ale oczy miała szeroko otwarte, czujne.
– W takim razie zabiję najpierw ciebie, a potem siebie.
– Zaczekaj – zamyśliła się. – Milt… to jest takie trudne. Nie wiesz absolutnie nic i spójrz, w jakim jesteś stanie. Wyobraź sobie, jak będziesz się czuł, kiedy zobaczysz, jak twoja planeta wygląda naprawdę. Ja ledwo mogę to wytrzymać, a ja jestem… – Zawahała się.
– Powiedz to.
– Ja jestem tylko – to słowo nie chciało jej przejść przez gardło – przybyszem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...