czwartek, 29 maja 2014

Fraa w czytelni (79) - "451 stopni Fahrenheita"

(okładka randomowego,
wygóglanego wydania)
Autor: Ray Bradbury
Tytuł: 451° Fahrenheita
Tytuł oryginału: Fahrenheit 451
Tłumaczenie: Adam Kaska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1960
Wydawca: Czytelnik

No dobra. To jeden z tych tytułów, przy których pewnie każdy łapie się za głowę, jak w ogóle mogłam tego jeszcze nie czytać. Ano mogłam, no. Lepiej późno niż później, prawda?
Zasadniczo wiedziałam, o co się rozchodzi – to znaczy przecież wszyscy wiedzą, no nie? Palenie książek, zły totalitaryzm, zagrożenie nuklearną wojną totalną (c’mon, lata pięćdziesiąte to początek atompunku!), degeneracja społeczeństwa. Niemniej muszę powiedzieć, że po miłym epizodzie z Kronikami marsjańskimi po prostu spodziewałam się czegoś innego. To jest napisane tak bardzo inaczej, że gdybym nie wiedziała, kto jest autorem, w życiu bym tych dwóch książek nie postawiła obok siebie na półce. Podczas gdy Kroniki… były – jakkolwiek niegłupie – to jednak lekkie i czytało się je miejscami po prostu jak humorystyczne historyjki, 451 stopni… jest przede wszystkim dziwaczne. Serio. Im bardziej to czytałam, tym bardziej dziwaczna była fabuła, bohaterowie i przede wszystkim: język. Prawdę mówiąc, przez dużą część książki starałam się rozkminić, co z tego wszystkiego jest tylko jakąś zawiłą metaforą, obrazami zmęczonej wyobraźni głównego bohatera, a co dzieje się naprawdę. Nie przesadzę wiele jeśli napiszę, że scena, w której Montag wraca do domu i następuje cały opis jego żony oraz tego wszystkiego, co się z nią dzieje, był dla mnie po prostu przerażająca. Leżała tak, zimna, nieruchoma, wsłuchana w trzaski w słuchawkach, martwa, ale nie martwa, w ciemności. Brrr. I właściwie cały czas tak było: przejmująco i dziwacznie.

Mimo tego lektura nie jest wolna od humoru i to jest w niej w sumie zadziwiające. Że w tym kuriozalnym, ciężkim klimacie można się całkiem szeroko uśmiechnąć. Głównie wynika to z bohaterów, którzy, mając do siebie dystans, potrafią żartować z siebie. Bywa to gorzki humor, ale jednak jest i daje chwile odprężenia czytelnikowi.

A sama fabuła? Cóż. Mogłabym powiedzieć, że oczywiście – jak to futurysta tamtych lat – przesadzał. Że strach przed atomem, ostateczną degradacją ludzkości, przeludnieniem czy czym tam jeszcze (no dobrze, przeludnienie to akurat nie tutaj, ale nieważne) tak bardzo rzuciło się autorowi na czerep, że popadł w szaloną skrajność, o której wiemy teraz, z perspektywy czasu, że była wielką pomyłką.
Ale tak nie powiem.
Bo tak szczerze? No dobrze, nie mamy strażaków, którzy palą książki. Ale weźmy ten cytat:
– Klasyków obcina się, by ich dopasować do piętnastominutowych audycji radiowych, następnie obcina dalej, by tekst zmieścił się na szpalcie, której przeczytanie zajmuje dwie minuty, a wreszcie wyciska się do dziesięcio- czy dwunastowierszowego streszczenia w słowniku.
Brzmi znajomo? Czy też powinnam przypomnieć, co się dzieje z programem szkolnym od lat? Może Bradbury przyspieszył pewne sprawy w powieści, ale jedno muszę przyznać: nie pomylił się. Niestety. W ogóle to cholernie przygnębiające, bo z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że to właśnie ci autorzy, którzy przedstawiali rozmaite pesymistyczne wizje przyszłości gatunku ludzkiego, mieli rację. Może technologia nie poszła jeszcze aż tak daleko, ale kierunek jest niezbyt budujący. Przy czym Montag przynajmniej miał tyle odwagi, żeby przyznać się do błędów przeszłości:
– Jeśli chodzi o mnie, to napisałem książkę pod tytułem „Palce i rękawiczka – właściwy stosunek między jednostką a społeczeństwem” i oto gdzie jestem! Witam pana, Montag!
– Ja nie należę do was – powoli odezwał się Montag. – Zawsze byłem idiotą.
A skoro już tak o tym Montagu wspominam któryś raz: jak na głównego bohatera jest całkiem w porządku. Czuje się jego zagubienie i kibicuje mu się. Obserwując pozostałe postacie, czytelnik serio ma ochotę krzyknąć do Montaga „chłopie, bierz swoje książki i zabieraj się stamtąd”. Jest jak dziecko uczące się świata – powoli uświadamia sobie pewne rzeczy i to wszystko wychodzi całkowicie wiarygodnie.
Dziś w nocy myślałem o tej całej nafcie, którą zużyłem przez dziesięć lat. I myślałem o książkach. I po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że za każdą z tych książek stoi jakiś człowiek. Jakiś człowiek musiał ją wymyślić. Jakiś człowiek przez długi czas musiał ją spisywać na papierze. A nigdy dotychczas nad tym się nie zastanawiałem.
Przemyślenia Montaga są proste, ale trafiają. Jest doskonały właśnie jako ten człowiek, który uczy się, czym są książki, czym jest kultura i literatura.

Moje główne zastrzeżenie odnośnie tej książki tak naprawdę dotyczy czegoś (kogoś) innego: Klarysy. Jasne, jest istotna – to ona zapoczątkowuje przemianę Montaga. Ale po pierwszej scenie z nią po prostu liczyłam na coś więcej. Skoro już weszła z takim przytupem, jakoś dziwnie mi było, kiedy po prostu pozbyliśmy się jej z fabuły. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść?

Nie zmienia to faktu, że książka jest faktycznie niesamowita i robi ogromne wrażenie. Świat bez książek jest równie przerażający co realny… zresztą, może właśnie dlatego taki przerażający, że realny. Wątek Montaga zostawia jednak iskierkę nadziei (nawet jeśli nie kupuję deus ex machinowego „nauczyliśmy się zapamiętywać książki co do literki” i uważam to za raczej słaby wytrych dla zakończenia) i sprawia, że powieść nie jest aż tak pesymistyczna, jak mogłaby być.

Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.


A na zakończenie cytat, przyczyny zamieszczenia którego są mocno hermetyczne, ale nic nie szkodzi. Myślę w każdym razie, że mam motto dla któregoś NaNo.




Granger popatrzył na ogień. – Feniks – rzekł.
– Co?
– Niegdyś, dawno przed Chrystusem, był taki diabelnie głupi ptak zwany feniksem. Co paręset lat budował sobie stos pogrzebowy i spalał się na nim. Musiał być bliskim krewnym człowieka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...