wtorek, 13 maja 2014

Fraa w czytelni (78) - "Trudna operacja"


Autor: James White
Tytuł: Trudna operacja
Tytuł oryginału: Major Operation
Tłumaczenie: Radosław Kot
Miejsce i rok wydania: Poznań 2002
Wydawca: Rebis

No wreszcie! Wreszcie mogę napisać coś, co powinnam napisać z dwa tygodnie temu, ale nie zrobiłam tego, bo moje czytanie ostatnimi czasy cierpi na syndrom „zasypiam po przeczytaniu półtorej strony czegokolwiek”. Niemniej chyba wygrzebałam się w końcu z niedospanego dołka i wracam ze świeżutko przeczytanym trzecim tomem cyklu „Szpital kosmiczny”.
Choć tu muszę zaznaczyć, że pisze mi się o tym coraz trudniej. Tak jak autor powtarza w kolejnych tomach pewne elementy, tak mam wrażenie, że zaraz ja zacznę się powtarzać. Bo w końcu to ten sam setting, ten sam pisarz, a więc i styl mniej-więcej pozostaje taki sam. Cóż ja mogę powiedzieć o trzecim tomie, czego jeszcze nie napisałam przy okazji dwóch poprzednich?
Ale nieważne. Będę rzeźbić.

Powtarzanie. Tak, z perspektywy przeczytanych trzech części mogę stwierdzić, że to jeden z dwóch największych problemów serii. I właściwie nie wiem, z czego to wynika: w przypadku opowiadań o Mordimerze Madderdinie rozumiałam, czemu Piekara co i rusz powtarza podstawowe wyznaczniki wykreowanego świata. Bo to oddzielne teksty, bo oddzielnie i niezależnie publikowane i takie tam. Próbowałam spojrzeć w ten sam sposób na cykl White’a – ale to zupełnie nie zdało egzaminu. Mimo wszelkich powtórzeń na temat klasyfikacji poszczególnych gatunków zamieszkujących Galaktykę, charakteru O’Mary, struktury szpitala i innych podstawowych uwag, czytanie Trudnej operacji w oderwaniu od dwóch pierwszych tomów nie byłoby dobrym pomysłem. Głównie ze względu na głównego bohatera, Conwaya, i jego relacje z innymi członkami personelu szpitala. Bo te się zmieniają, zmienia się też sam Conway. Wyrwanie doktora z kontekstu zupełnie by się nie sprawdziło, ot – żeby nie szukać daleko: uciekłaby nam historia jego i Murchison. Uciekłoby stopniowe wspinanie się lekarza po stopniach kariery. I co prawda świat byłby zrozumiały, ale główny bohater – już nie. Są też inne, mniejsze nawiązania do poprzednich tomów, które po prostu sporo by straciły: ot, choćby zdanie: „Na przykład ziemski lekarz, który cierpiał na arachnofobię, nie był w stanie należycie zajmować się pająkowatymi cinrussańskimi pacjentami” – odwołuje się bezpośrednio do sytuacji z poprzedniego tomu i dużo lepiej gra, jeśli się tamtą sytuację zna.
Żeby było zabawniej, wciąż nie do końca mogę spamiętać tę wspomnianą już klasyfikację gatunków. Wiem, które litery są od czego, ale gdybym miała określić nimi konkretnego obcego z dowolnego settingu, absolutnie bym tego nie potrafiła zrobić.

I skoro jestem przy Murchison i przy wadach, to nie mogę tutaj pominąć drugiej wady powieści, może nawet bardziej uciążliwej, bo naprawdę wywołującej we mnie wewnętrzne skrzywienie wszystkiego: relacje damsko-męskie. Mój Jeżusiu…! Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak nieporadnych wtrętów okołopłciowych. Dorośli ludzie, lekarze (!), a zachowują się jak w podstawówce. Kiedy między nimi znajdzie się para, lecą jakieś dziwne docinki i żarciki, jakby oni wszyscy byli na fazie ciągania dziewczynek za warkocze. Podteksty, uśmieszki… najlepiej chyba będzie, jeśli to zobrazuję:


I jakkolwiek totalnie uwielbiam Erica Idle, to jednak kiedy takie postawy widziałam w Trudnej operacji, miewałam krótkie okresy załamania.

Na szczęście jednak jeśli tylko temat nie schodził na kobiety i erotykę, humor w powieści mnie po raz kolejny nie zawiódł. Przede wszystkim, ma się rozumieć, jest fantastyczny O’Mara, który powoli, acz nieubłaganie pnie się ku górze w moim prywatnym rankingu ulubionych bohaterów. Jego złośliwości są autentyczne, a przemieszane z obojętnością ogromne zaangażowanie wyraźnie widoczne i wiarygodne. I dystans do siebie, który totalnie uwielbiam:
„Nie chcemy stracić Mannona, niemniej uprzedzam, że jeśli uda się panu oczyścić go z zarzutów, zdziwienie chyba mnie zabije. Wspominam o tym, żeby wzmocnić pańską motywację.”
Zresztą, bohaterowie w ogóle są wiarygodni i czytelnik może doskonale zrozumieć, dlaczego poszczególne postacie robią to co robią. Każdy na swój sposób podchodzi do tytułowej „trudnej operacji” i bardzo fajnie to wypada.
Oczywiście, duże wrażenie też robi rozmach wykreowanego świata. Po raz kolejny White pokazuje, że w Galaktyce mogą istnieć naprawdę, ale to naprawdę rozmaite formy życia, że istota inteligentna nie musi być człekokształtna, bah, nie musi w ogóle być podobna do niczego, co znamy. I nie chodzi tylko o sprawy różnych grawitacji czy składu atmosfery: urzekł mnie pomysł gatunku, który musi nieustannie wirować, żeby żyć, bo bezruch równa się śmierci. Tak samo fajny jest pomysł na kluczowego pacjenta, ale nie chcę spoilować.

To, co wciąż jednak siedzi mi w głowie i trochę nie daje spokoju, to całościowy przebieg misji na planecie o wdzięcznej ksywce „Klops” i jego ocena. Nie będzie wielkim zdradzaniem istotnych elementów fabuły, jeśli napiszę, że operacja jest naprawdę trudna i pociąga za sobą całkiem sporo ofiar. Początkowo jednak widać sens tego całego przedsięwzięcia: istoty z Klopsa dysponują niezwykłymi narzędziami – gdyby szpitalowi udało się nawiązać z tymi istotami kontakt i odkupić od nich chociaż parę egzemplarzy tychże narzędzi, mogłoby to mieć fenomenalne znaczenie w przyszłości. Z czasem jednak to jakoś odchodzi na dalszy plan i zostaje już tylko nawiedzony Conway, który chce uleczyć pacjenta za wszelką cenę. Na narzędzia już chyba nikt nie liczy, za to wciąż można liczyć trupy członków Korpusu Federacji. Ja wiem, że to lekarze, więc chcą wypełniać swoją misję na przekór wszystkiemu, ale jednak rachunek jest prosty: ratują jedno istnienie, wszystko jedno jak niezwykłe, kosztem dziesiątek innych. Nie potrafię się na to zgodzić bez szemrania i przyjąć zupełnego spokoju, z jakim bohaterowie powieści do tego podchodzą. Jedynie dowództwo Korpusu trochę protestuje, ale wydaje mi się, że wciąż zdecydowanie za słabo.

Mimo wszystkich tych zastrzeżeń, Trudna operacja pozostaje świetną, wciągającą historią, z lekkim humorem, sympatycznymi bohaterami i niezwykłym „przypadkiem” do uporania się, którą czyta się bardzo szybko i przyjemnie. W sam raz na jakiś długi, zimowy wieczór.

Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.




Jednak martwię się o pańskiego pacjenta. Wszyscy mamy po temu powody, a szczególnie kapitan Descartesa, który wrócił już na Klopsa i wpadł tam w poważne tarapaty. W jego kierunku wystrzelono trzy pociski z głowicami atomowymi. Jeden zszedł z kursu i skaził znaczny obszar oceanu, a ominięcie pozostałych dwóch wymagało sporo zachodu. Kapitan melduje, że nawiązanie przyjaznych kontaktów jest obecnie niemożliwe, gdyż mieszkańcy najwyraźniej uważają, że z sobie tylko znanych powodów porwał ich astronautę. Jego powrót, oczywiście całego i zdrowego, to jedyny sposób zmiany sytuacji. Doktorze Conway, informuję pana, że rozdziawił pan usta. Proszę je zamknąć albo coś powiedzieć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...