wtorek, 15 kwietnia 2014

Fraa w czytelni (76) - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Autor: Harry Harrison
Tytuł: Przestrzeni! Przestrzeni!
Tytuł oryginału: Make Room! Make Room!
Tłumaczenie: Radosław Kot
Miejsce i rok wydania: Poznań 1990
Wydawca: CIA-Books

Właściwie nie jestem jakąś dziką fanką dystopii – w większości przypadków one są bardzo do siebie podobne, oparte na jakiejś formie totalitaryzmu i bardzo często wykorzystujące motyw przeludnienia. Bo to w sumie dość wdzięczne: racjonowanie wody, syfne jedzenie na kartki, mile widziana kontrola urodzeń i takie tam. Kiedy więc pierwszy raz przeglądałam sobie Przestrzeni! Przestrzeni! Harrisona, nieszczególnie mnie to zainteresowało – powieść opiera się na schematach, które mnie po prostu nie jarają. W międzyczasie przeczytałam kilka innych pozycji, ale ostatecznie wróciłam do nieszczęsnego Przestrzeni!…, bo jakoś mnie męczyło. Należałoby przede wszystkim oddać honor autorowi: to, że obecnie tego typu wizja przyszłości wydaje się banalna i mocno wyeksploatowana, nie znaczy, że była taka w trakcie powstawania powieści, w latach sześćdziesiątych. Stwierdziłam więc, że nie będę się ograniczać.
I dobrze zrobiłam – jak się okazało, książkę Harry’ego Harrisona czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Jasne, jest przeludnienie, ale na szczęście autor nie poprzestał na pokazaniu „patrzcie, jaki fuj jest świat przyszłości – no, to nara”, tylko pozwolił czytelnikowi stopniowo zgłębić przyczyny tego stanu rzeczy. Z naciskiem na „stopniowo” – nie odhacza całej ekspozycji na samym początku, by potem w ten zaprezentowany świat wpuścić bohaterów. Czytelnik wraz z bohaterami dowiaduje się prawdy o funkcjonowaniu tej rzeczywistości (głupio używać tu określenia „przyszłość”, mowa bowiem o roku 1999). I, co tu kryć, Harrison wstrzelił się idealnie w moje gusta, kiedy pokazał, do czego doprowadziła społeczeństwo mocno rozbuchana polityka socjalna. A także tak zwani „obrońcy życia”, którzy gotowi są uciekać się do przemocy, byle tylko zapobiegać takiej – a fe! – antykoncepcji. Bo przecież nie wolno, bo każda sperma jest święta. W powieści poznajemy bohaterów, dla których antykoncepcja jest zabijaniem dzieci. Poznajemy też takich, dla których choroba w rodzinie jest błogosławieństwem, bo na chore dziecko albo męża można dostać dodatkowy przydział jedzenia, może nawet kawałek mięsa. Społeczeństwo w powieści jest zdegenerowane w sposób, który całkowicie kupuję – w naszej rzeczywistości przynajmniej częściowo to samo już się dokonało. Dlatego zresztą pod koniec powieści zauważyłam, że podchodzę do niej dużo bardziej emocjonalnie niż na początku. Kiedy Sol wygłaszał swoje stanowisko w sprawie nowej ustawy, miałam ochotę wołać do tekstu „Tak! Dokładnie tak! Teraz pójdź do naszych, pożal się Borze Wiecznie Zielony, środowisk prawicowych i wyjaśnij im to! Wszystko – tłumowi i władzom! Zrób to, proooszęęę!”

W ogóle Sol był świetną postacią – nie ma go dużo, głównie zrzędzi albo opowiada anegdotki ze swojej przeszłości, ale mimo to sprawia wrażenie, jakby był jedynym trzeźwo myślącym człowiekiem w całym mieście pełnym ślepców. Taki dziarski, marudny staruszek, który owszem, czasem robi za element komiczny, ale bardzo często jednak mówi na głos rzeczy, które myśli sobie czytelnik przyglądając się temu okaleczonemu światu.
Prawdę mówiąc, Sol był chyba jedynym bohaterem, którego nie dość, że lubiłam, to jeszcze do którego w ogóle miałam jakikolwiek konkretny stosunek. Sam Andy właściwie cierpiał na okropny brak osobowości. Wiemy o nim, że jest detektywem, że dużo pracuje… ale to tyle. Nie wiemy nawet, czy lubi tę robotę. Jest ciągle zmęczony, ale przy takim natłoku obowiązków, jaki dostał od szefa, to nic dziwnego. Łazi tu i tam, rozmawia z ludźmi, ale wciąż pozostaje absolutnie bezpłciowy. Kiedy do jego mieszkania wprowadziła się hałaśliwa, cuchnąca i nadzwyczaj wkurzająca wielodzietna rodzina myślałam, że może chociaż wtedy w którymś momencie Andy pęknie i pokaże nieco ikry wypierniczając całą tę gromadkę przez okno. Ale nie – nic takiego nie nastąpiło! Andy w całej swojej bezosobowości był jeszcze irytująco pogodzony ze światem, mamrotał narzekania, ale nie robił nic, by zmienić swoją sytuację.
Niewiele lepiej jest z Shirl. Ona co prawda ma przynajmniej jakąś przeszłość i czegoś pragnie, ale to też nie jest zbyt konkretne. Powtarza tylko, że chce być szczęśliwa – ale co to dla niej znaczy? Tego właściwie nie wiemy. Jej przewaga nad Andym polega głównie na tym, że ona coś robiła. Kiedy nie odpowiadało jej życie, jakie wiodła do tej pory – próbowała innego. Czymkolwiek byłoby dla niej to enigmatyczne szczęście, przynajmniej starała się je osiągnąć.
Ostatnim z bezosobowych bohaterów jest nastoletni Tajwańczyk, Chung. Ten z kolei głównie ucieka i się ukrywa. Prawie się nie odzywa. Z początku myślałam, że jego wątek rozwinie się w coś ciekawego. Owszem, rozwija się – ale nic z tego nie wynika. To znaczy dobrze, spotyka Piotra. Ale jeśli mam być szczera, jestem przekonana, że można by Piotra wkomponować w tekst bez pomocy Chunga.
Na szczęście bohaterowie o charakterach słoika kapusty nie zdołali popsuć przyjemności płynącej z lektury. Najpierw mamy bardzo fajnie nabudowaną intrygę, która wciąga w jakiś przewrotny sposób: niby postacie jako takie mi zwisają, ale ciekawa jednak jestem, jak się będą przeplatać ich losy i jak się rozwinie wątek kryminalny, szczególnie że rzecz zupełnie prosta przez głupi przypadek została przez różnych ludzi zinterpretowana jako coś dużo poważniejszego. To było fajne. Właściwie szkoda, że całość nie była pociągnięta trochę w tym kierunku, że kwestię serca na szybie w sumie po krótkiej wzmiance zignorowano, że nie mieliśmy okazji poznać tajemniczego Cuore i tak dalej. Później jednak wątek kryminalny jest coraz bardziej zastępowany socjologicznym, by znaleźć apogeum w zamieszkach i przemowach Sola. Tu już nie ma co prawda intrygi, za to są nadspodziewanie aktualne treści, które budzą emocje.

Przestrzeni! Przestrzeni!, choć jest powieścią z lat sześćdziesiątych i w niektórych miejscach zabawnie się zestarzała (jak wspomniałam: rzecz się dzieje w roku 1999, co wywołuje uśmiech za każdym razem, jak się o tym pomyśli – ach, jakże futurystycznie to kiedyś brzmiało: „XXI wiek”, „rok 2000”! No i całe to okrutne przeludnienie, które nęka USA, to 344 miliony obywateli – obecnie Stany liczą sobie niemal 318 milionów ludności. Liczba zwodniczo bliska tej prorokowanej, ale w jakiś dziwny sposób póki co niepowodująca takiej sytuacji, jaką opisał Harrison), wciąż trzyma fason. Wystarczy nie myśleć o drobiazgach, by móc cieszyć się po trosze kryminałem w stylu prawie noir (szkoda, że nie bardziej), po trosze zaś przerażająco aktualną fantastyką socjologiczną.


Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.




– (…) Od trzydziestu pięciu lat mamy już ten mały kawałek plastiku, który kosztuje raptem parę centów. Raz umieszczony, może zostać tam przez lata i nie zakłóca żadnych procesów życiowych. Nie wypada i kobieta nie czuje nawet, że tam jest, ale jak długo jest, tak długo nie zachodzi w ciążę. Wystarczy go wyjąć i może znowu mieć dzieci. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt naprawdę nie wie, jak to działa. Może gdyby była to tajemnica przez duże T, to cały ten twój Kościół zaakceptowałby wreszcie tę metodę, uznając jej skuteczność za objaw woli boskiej.
– Zaczynasz bluźnić, Sol!
– Ja? Nigdy! Mam takie samo prawo, by próbować odgadnąć zamysły Boga, jak każdy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...