czwartek, 10 kwietnia 2014

Fraa w czytelni (75) - "Marsjański poślizg w czasie"

Autor: Philip K. Dick
Tytuł: Marsjański poślizg w czasie
Tytuł oryginału: Martian Time-Slip
Tłumaczenie: Małgorzata Fiałkowska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1999
Wydawca: Amber

No dobrze. Szykuję się do tego wpisu od tygodnia i jakoś nie mogę zebrać myśli. Nie wiem, od czego zacząć: czy od tego, że nawet o kolonizacji Marsa można opowiadać w tonach rozkładającego się i powoli umierającego świata, czy że recenzje z Internetów są tak okropnie mylące, czy że powieść jest – jakby to tu elegancko ująć… – zdrowo pierdolnięta i właściwie trudno coś sensownego napisać o niektórych elementach poza radosnym wuteef…
Ale zacznę chyba od Internetów.
Zazwyczaj robię tak, że przed lekturą nie czytam żadnych recek ani opisów, potem układam sobie własne wnioski, a potem – w poszukiwaniu dodatkowych wskazówek, bo może coś pominęłam, a może ktoś coś uber ciekawego napisał – przeglądam cudze opinie. Tym razem jednak do tego stopnia nie potrafiłam wymyśleć czegoś własnego, że sięgnęłam do innych tekstów w poszukiwaniu jakiejkolwiek inspiracji. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zaczęłam czytać o tym, że Marsjański poślizg w czasie to historia o tym, jak to kolonia na Marsie jest w pełni rozkwitu (opis wydawcy, do przeczytania w księgarniach internetowych)! Myślałam, że recenzja Rafała Kosika coś mi podsunie (choć Rafała Kosika nie lubię póki co ani jako pisarza, ani jako człowieka – zaznaczam, że „jako człowieka” oznacza „gościa, którego opinie i z którym rozmowy czytywałam w internetach”), no i zaczynało się nieźle, ale potem zaczął pociskać o maszynach i sztucznej inteligencji, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy myśmy czytali tę samą książkę. Gwoździem do trumny był opis z Wikipedii, który przytoczę w całości:
„Arnie Kott – właściciel korporacji mającej monopol na Marsie w dostarczaniu osadnikom wody otrzymuje tajną informację, że ONZ planuje w odludnym terenie rozpocząć budowę nowego, ogromnego osiedla ludzkiego. Jednego z osadników – Jacka Bohlena, który opuścił przeludnioną Ziemię wraz z żoną i synem, odwiedza niespodziewanie jego ojciec, Leo. W przeszłości Bohlen chorował na schizofrenię.”
Bo jest dla mnie rzeczą absolutnie zadziwiającą, jak bardzo to streszczenie nic nie mówi o tekście i jak bardzo każde następne zdanie jest oderwane od poprzedniego.

No, ale koniec końców inspiracje się wykluły, więc internetowy risercz swoje zadanie spełnił.
Otóż więc tak: jasne, czytelnik dostaje fabułę. Jest cała ta historia o Arniem Kotcie (Kottcie…? Damn, nienawidzę nazwisk z końcówką –tt! Tak, Wyatta Earpa też nienawidzę!), jest Bohlen, który w przeszłości chorował na schizofrenię. I jest ONZ, które planuje inwestycję. Ale przecież dobrze wiemy, że to tylko preteksty. Przecież to Dick. Nie mam jeszcze wielkiego rozeznania w jego twórczości, ale zdążyłam się już zorientować, że fabuła jest u niego pretekstem do zadawania pytań o najgłębsze zakamarki człowieczeństwa, do pokazywania śmierci i… no, właściwie to do ogólnego pognębienia. I przecież tutaj wcale nie jest inaczej: nie mówię tylko o świecie schizofreników, bo o tym trzeba by wspomnieć za chwilę osobno. Ale przecież bohaterowie mówią wprost, że kolonia na Marsie umiera. Że Ziemia ją porzuciła i ogólnie ten eksperyment się nie udał. Czy nagłe zainteresowanie ONZ można uznać za oznakę powrotu dobrobytu do kolonii? Nie, moim zdaniem w żadnym razie nie. W zasadzie narrator nie daje powodów, by wątpić, że cała inwestycja w górach będzie jedynie ostatnią, przedśmiertną drgawką i po tym, jak Ziemia porzuci nowiutkie osiedle, okaże się, że będzie ono służyło jedynie okropnie powolnemu konaniu. Tak więc nic nie wskazuje na to, że na Marsie cokolwiek się udało lub się uda.
Jest natomiast sporo o śmierci. Może nie bezpośrednio (choć i trupy się pojawiają), ale w ogólnej atmosferze. W głowach bohaterów. W schizofrenicznych wizjach. Nie wiem do końca, czy da się jakoś dosłownie rozumieć owo „glublanie", ale nie trzeba. Po pewnym czasie to słowo zaczyna napawać czytelnika strachem i obrzydzeniem – głównie chyba obrzydzeniem. Jest zgniłe, martwe i zarobaczone, ze wszech miar odrażające. Robi się jeszcze dziwniej, kiedy dotrzeć do fragmentu:
„– Odejdź – wysapała do tego czegoś, ale nie odeszło. – Jeszcze – powiedziała wtedy i to coś się z niej śmiało. Śmiało się i śmiało, a ona i przygniatający ją cieżar robili to dalej. Nie mogli przestać.– Glublaj mnie jeszcze – mówiła. – Glublaj mnie, glublaj, glublaj, wsadź swój glublak we mnie, w mój glublak, Glublaczu. Glublaj mnie, glublaj, lubię się glublać! Nie przestawaj.”
Serio… gdybym kiedykolwiek miała wątpliwości w kwestii kondycji psychicznej Dicka, to teraz ostatecznie się rozwiały.

Ale to wszystko sprawia, że Marsjański poślizg w czasie tak świetnie się czyta – jest fascynujący i okropny zarazem. No, i jeszcze cała ta sprawa czasu. Pojawia się pytanie, kto kogo próbuje kontrolować: społeczeństwo schizofreników czy jednak schizofrenicy otaczający ich świat. I jak daleko może sięgać potęga ich umysłu? Czy naprawdę są w stanie przenosić się (i nie tylko „się”) w czasie? Czy zaglądają w przyszłość, czy może po prostu zatruwają swoją chorobą psychikę innych? Czy Arnie Kott naprawdę odwiedził swoją przeszłość, czy to była tylko halucynacja z niedożywienia i śmierć?
Muszę tu oddać sprawiedliwość Kosikowi – owszem, gdzieś tam jest ten element ducha w maszynie, jest przerażająca wizja człowieka, który, choć zachował świadomość, został sprowadzony do kupy części zamiennych. Ale nie wydaje mi się, żeby to właśnie stanowiło sedno powieści. Och, oczywiście, są też Nauczyciele – maszyny, które w szkole wygłaszają pogadanki przed dziećmi. Ale oni z kolei są zbyt sztuczni i odczłowieczeni, żeby czytelnik w ogóle zadawał sobie takie pytania. Są tylko ograniczonymi automatami, które w żadnym razie nie stanowią konkurencji dla żywych istot. Toteż miałam wrażenie, jakby Rafał Kosik zaczął co prawda pisać o Marsjańskim poślizgu…, ale w ostatnich akapitach coś mu się pomieszało i zaczął recenzować Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?.

I nawet nie mogę napisać, że powieść się zestarzała. To znaczy jasne: mamy kolonię na Marsie – a na tym Marsie rdzenną, ze wszech miar humanoidalną ludność przywodzącą na myśl Murzynów i Indian, a także – no przecież! – mamy słynne kanały. Nie ma w tym nic dziwnego, Marsjański poślizg… ukazał się na rok przed tym, jak Mariner 4 rozwiał wątpliwości co do Marsjan i słynnych kanałów. Sęk w tym, że te elementy zupełnie w niczym nie przeszkadzają, nie śmieszą, nie wzbudzają politowania. Po prostu są, doskonale współgrają z całością i podczas czytania człowiek nawet nie myśli o tym, że hej – przecież to bzdura.

To dobra książka. Mocna. Zapadająca w pamięć. Pełna ponurych refleksji, których treść czytelnik sam musi sobie skonkretyzować. Nie wiem, może ktoś zobaczy tam konflikt człowieka i maszyny – ja tego nie widzę. Widzę za to rozkład świata, rozkład ludzkiej duszy i ich wzajemną zależność.


Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.




Nie nadawała się na matkę. Kąpała i karmiła niemowlę, traktując je jak szczura doświadczalnego. Dbała o to, by dziecko było czyste i zdrowe, ale nigdy mu nie zanuciła piosenki, nie śmiała się do niego, nigdy właściwie z nim nie rozmawiała. Nic dziwnego, że dzieciaka dotknął autyzm. Czy mogło stać się inaczej? Te rozmyślania wprawiły Steinera w ponury nastrój. Czego innego można się spodziewać po małżeństwie z kobietą magistrem?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...