sobota, 29 marca 2014

ZaFraapowana filmami (97) - "Star Trek: The Undiscovered Country"

Iiii ostatni z pełnometrażowych Star Treków spod znaku Oryginalnej Serii. Do napisania o nim zbierałam się dość długo, bo prawdę mówiąc wciąż do końca nie wiem, jak mam się do niego ustosunkować. Nie podbił mnie – to na pewno. Z drugiej strony, na pewno był lepszy od swojego poprzednika. Do reżyserii wrócił Nicholas Meyer, odpowiedzialny za The Wrath od Khan – i to by w sumie wiele wyjaśniało: film jako taki zły nie jest. Po prostu ma sporo luk i… i nie przekonuje. Tak jak Khan był zupełnie nieprzekonującym antagonistą, tak i tutaj główny problem budzi sporo wątpliwości i zasadniczo jest dość mocno niezgodny z serialem.

SPOILERY, KOMU SPOILERY?

Przede wszystkim chodzi mi o Klingonów: z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy uważają, że Klingonom nie można ufać i że oni są fuj i trzeba ich spacyfikować, wykorzystać okazję, że akurat są osłabieni i zdmuchnąć z powierzchni Galaktyki. Tak przynajmniej twierdzi sporo wysoko postawionych osób z Gwiezdnej Floty.
Dziwne?
A jakże! Po pierwsze, o Klingonach można zapewne powiedzieć całkiem sporo i nie wszystko będzie do końca pozytywne (no, chyba że mówiłabym to ja – fanka Klingonów), ale zupełnie nie pasuje mi do nich „nie można im ufać”. Jeśli dobrze ogarniam, jest to rasa honorowych wojowników, którzy owszem, zawsze i wszędzie szukają zaczepki, bo walka to ich żywioł, ale nigdy by nie bawili się w jakieś spiski. Najbardziej zbliżona do spisku rzecz, na jaką się zdobyli, to dyplomatyczne przepychanki Krasa i Kirka we  Friday’s Child czy dostarczanie broni w A Private Little War. Przy czym ani jedno, ani drugie tak naprawdę żadnym spiskiem nie było, tylko prostymi interesami. Bo Klingoni nie spiskują. To nie leży w ich naturze. Są jak Predatorzy.
Z drugiej strony, zadziwia stanowisko szych z Gwiezdnej Floty: od zawsze Federacja była nastawiona na pokojową eksplorację kosmosu, tyle było gadania o tym, że ludzie od trzech stuleci nie mieli wojen, bo zrozumieli, że to głupota, Kirk zresztą przecież zawsze latał na pokojowe misje, mieli te swoje dyrektywy i tak dalej: a tutaj nagle okazuje się, że połowa Gwiezdnej Floty chce dokonać kosmoholocaustu? To po prostu nie pasuje. To zaprzecza wszystkiemu, co było mówione wcześniej. Sprawia, że widz zaczyna sympatyzować z Klingonami, bo ludzie to szuje. Jakkolwiek z kolei Klingoni to straszne pierdoliny, bo – jak na takich wielkich wojowników – byli dziwnie bezradni na własnym statku, kiedy wyłączono sztuczną grawitację: nie mieli przy sobie broni, nie umieli się poruszać, tylko lewitowali, podrygując łapkami. To było złe.
Niedobrze, że te dwa elementy przeinaczono, bo (cóż, dla mnie przynajmniej) to jedne z ważniejszych zasad rządzących startrekowym uniwersum.

kadr z filmu (czyli: gdzie jest Spock?)
Dobrze natomiast, że bohaterowie wreszcie trochę wrócili do swoich charakterów po tym, co było w The Final Frontier. Kirk nie jest już rozhisteryzowanym dzieciuchem, a – co najlepsze – przywrócili McCoyowi poczucie humoru. Wreszcie, po tylu filmach. Jedynym mankamentem było nazwanie Kirka karierowiczem – to znaczy równie dobrze ktoś, próbując go obrazić, mógłby powiedzieć… nie wiem… „ty czarnuchu”. To po prostu nie ma z nim nic wspólnego. Zresztą, nawet w filmie w jednym zdaniu mieliśmy bardzo wdzięczną sprzeczność: „niesubordynowany karierowicz”. Że co proszę? Niesubordynowany, jeśli dobrze rozumiem, to taki, co ma priorytety inne niż dowództwo i od czasu do czasu stwierdza, że te jego są ważniejsze. Karierowicz zaś to ktoś, kto żyje dla kariery – czyli nie ma własnych wartości, a zrobi wszystko, żeby awansować. Wazeliniarstwo i gorliwe wypełnianie rozkazów included. Zresztą, akurat Kirk jako „karierowicz” pokazał się już w przeszłości, kiedy zrobił dosłownie co się tylko dało, żeby zostać zdegradowanym ze stopnia admirała i był zachwycony, że został z powrotem tylko kapitanem.
Jedna jeszcze rzecz mnie trochę… można powiedzieć, że zniesmaczyła: przyjrzyjmy się, czego dokonuje w filmie Kirk: gorliwie namawia Gwiezdną Flotę do wojny (ten pokojowy Kirk!), przyjmuje Klingonów na przeraźliwie niezręczną kolację, schlewa wszystkich romulańskim ale, potem daje się aresztować, wysłać do kopalni, gdzie daje się wyprowadzić Martii, a potem pozwala się teleportować Spockowi, a potem… ach tak, w ostatniej chwili rzuca się na ratunek prezydentowi – powiedzmy, że jest to jakieś działanie… choć bądźmy szczerzy: snajper chyba okrutnie spudłował, bo z tego co widziałam, Kirk dopiero zaczynał skakać, a prezydent stał bez ruchu na swoim podeściku, kiedy strzał minął go po prawej.
kadr z filmu (Enterprise leci w stronę
zachodzącego Słońca. Still majestic)
A co robi Spock? Organizuje tę misję, wierząc w możliwość pokojowego współżycia ludzi i Klingonów; kieruje akcją ratunkową Kirka, prowadzi śledztwo, przygotowuje z McCoyem torpedę, która wreszcie będzie skuteczna na Bird of Prey, Wydobywa od Wolkanki tajemnice spisku. Mówiąc oględnie: odwala całą robotę. To jest film o Spocku, a nie o Kirku. Kirk w nim nic nie robi, pozwala tylko sobą miotać, jak komu wygodnie. Niemniej w finałowej scenie, po bohaterskim uratowaniu prezydenta i całej konferencji pokojowej, to właśnie jemu przypada cała chwała. Dlaczego? Przecież to skrajnie niesprawiedliwe. Jego zasługa w tym wszystkim jest minimalna!

Ale wbrew pozorom, film miał sporo dobrego, dzięki czemu oglądało się go przyjemnie. Jak wspomniałam, McCoy odzyskał poczucie humoru, dzięki czemu na przykład w czasie rozprawy mógł rzucić żarcikiem, który docenili nawet Klingoni. W ogóle było sporo humoru: począwszy od wspomnianej już kolacji z Klingonami, która była zabawna w swojej niezręczności. Załoga Enterprise miała sporo fajnych momentów, jak dialog z klingonami po klingońsku, dialogi przy okazji sabotowania rozkazów, czy ogólna konsternacja i wiszący w powietrzu wybuch śmiechu, kiedy Wolkanka zaczęła cytować regulamin. Dzięki temu jestem skłonna zupełnie wybaczyć wykładanie się na szczegółach typu: czy zmiennokształtny nie powinien jednak podlegać prawu zachowania masy…? Dlaczego Martia zamieniająca się w różne dziwne stwory ma nadal swój głos, a zamieniona w Kirka – Kirkowy? Niemniej jest to taka raczej lekka historyjka, która w sumie nie zapada szczególnie w pamięć. Niby treść jest bardzo poważna, bo przecież chodzi o ratowanie gatunku, pokój w Galaktyce, a także o koniec kariery znanej nam załogi – w końcu są tuż przed emeryturą. Zresztą, podobała mi się rozmowa Kirka i Spocka, w której Spock pytał, czy to możliwe, że stali się już tak starzy, że są nikomu niepotrzebni. Smutne to. Ale to wszystko nie zmienia faktu, że film nie robi takiego wrażenia jak The Motion Picture. Nie czuć tego zagrożenia dla Gwiezdnej Floty ani dla kogokolwiek innego. To po prostu opowieść o ostatniej przygodzie załogi Enterprise, koniec końców dość melancholijna i z ładnym zakończeniem, ale zupełnie niepotrzebnie wypełniona jakimś rozdmuchanym problemem opartym na przeinaczeniach w najważniejszych elementach świata. Tak czy owak, można obejrzeć – stanowi ładne domknięcie historii załogi, która wreszcie godzi się z nieuniknionym.

Aha – przydupasem pana Sulu jest Christian Slater.




– Panie Scott, rozumiem, że ma pan problemy z napędem warp. Jak dużo czasu potrzebuje pan na naprawę?
– Z napędem jest wszystko w porządku.
– Jeśli wrócimy, spiskowcy znajdą sposób na pozbycie się dowodów i już nigdy nie zobaczymy kapitana i doktora McCoya żywych.
– To może potrwać tydzień, sir.

– Dziękuję.

czwartek, 27 marca 2014

Fraa w czytelni (73) - "Fontanny raju"

Autor: Arthur C. Clarke
Tytuł: Fontanny raju
Tytuł oryginału: The Fountains of Paradise
Tłumaczenie: Radosław Kot
Miejsce i rok wydania: Kraków 2010
Wydawca: vis-à-vis/Etiuda

Po wątpliwej satysfakcji płynącej z lektury Ostatniego władcy Pierścienia, potrzebowałam odmiany. Czegoś, do czego miałam pewność, że będzie fajne. Ciekawe, dobrze napisane, przemyślane, z logicznym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Sięgnęłam sobie więc do Clarke’a, bo Clarke zawsze dobry.
Fontanny raju to jedna z jego najsłynniejszych powieści, zaraz za Odyseją kosmiczną i Spotkaniem z Ramą. Nagrodzona Hugo i Nebulą, wykorzystuje stosunkowo świeży wówczas pomysł skonstruowania ogromnej kosmowindy. Sam pomysł więc od razu mnie urzekł – mam zresztą do niego sentyment, bo sama wymyśliłam kosmowindę mając jakieś dziesięć lat (jak każde normalne dziecko, zaraz po dinozaurach wpadłam w fazę fascynacji kosmosem). To znaczy moim pierwotnym pomysłem była winda z Ziemi na Księżyc, ale ponieważ jedno i drugie cholerstwo się rusza, ostatecznie poprzestałam na orbitach. Zaraz… Jak to było? Wielkie umysły myślą podobnie? Rech rech rech…
W każdym razie po Fontanny raju sięgałam spokojnie i przekonana o pozytywnych wrażeniach.

Żeby nie było: wrażenia są ze wszech miar pozytywne! Po prostu spodziewałam się czegoś nieco innego, niż otrzymałam. Przede wszystkim: tytułowe „fontanny raju” wcale się nie pojawiają w głównym wątku, tylko w historycznej opowieści o Kalidasie, królu Taprobane – jego panowanie co prawda nie trwało długo, ale koncentrowało się wokół stworzenia wokół swojego pałacu rajskiego ogrodu – oraz godnego bogów nieba na szczycie świętej góry. I przyznam, że jakiś czas mi zajęło, nim udało mi się połączyć historię Kalidasy z historią inżyniera Vannevara Morgana i jego marzenia o windzie do nieba. Właściwie dopiero kiedy sobie zaczęłam bazgrać na kartce, rozmyślając nad tą notką, doznałam olśnienia, po którym, jeśli mam być szczera, książka od razu podoba mi się bez porównania bardziej. Przedtem były to trzy różne opowieści i, choć każda z nich na swój sposób była wciągająca, nie widziałam w tym jakiejś myśli przewodniej – teraz ją widzę. I widzę, że te trzy opowieści to prawdę mówiąc jedna opowieść, historia pewnego marzenia, pokazana w trzech różnych momentach jego istnienia.
Ano właśnie: w streszczeniach w internetach widziałam głównie tyle, że dwudziesty czwarty wiek, inżynier buduje windę prowadzącą na orbitę geostacjonarną, wizja ludzkości rozpoczynającej ekspansję w kosmos. Tak, bez wątpienia jest to jakaś prawda i można to znaleźć w powieści Fontanny raju. Jeśli ktoś by mnie pytał jednak o zdanie (a wiem, że nikt by tego nie zrobił, ale po to właśnie założyłam bloga), jest to przede wszystkim opowieść o marzeniu. Marzeniu, które towarzyszyło ludzkości od zarania. Każdy próbował zrealizować je na swój sposób. W przypadku Kalidasy marzenie o dotknięciu nieba było mocno nacechowane religijnie. Dwa tysiąclecia później, ma się rozumieć, religia zeszła na dalszy plan, a miejsce, które niegdyś mieli zamieszkiwać bogowie, teraz zamieszkują obce cywilizacje, tajemnica i bezkres. Ale marzenie wciąż jest to samo – różni się w detalach.
Ale wspomniałam o tym, że to trzy opowieści, a wymieniłam tak naprawdę tylko dwie. Otóż, obok historii Kalidasy i Morgana, jest jeszcze trzecia, najbardziej wysunięta w przyszłość: o Gwiezdnym Szybowcu. Nie będę o nim pisać więcej, żeby nie spoilować, ale powiem tylko tyle, że dla mnie to po prostu finalna faza rozwoju wciąż tego samego marzenia.

Do powieści jednak musiałam w jakiś sposób się dostroić. Na początku nawet nieco mnie nużyła i zastanawiałam się, czemu akurat ta jest taka słynna. Teraz, im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej staje się to dla mnie oczywiste. Ale tak naprawdę Fontanny raju wciągnęły mnie dopiero jakoś w połowie. Wcześniej było w porządku, ale bez przesady. Brakowało mi tego, z czym wcześniej miałam do czynienia w twórczości Clarke’a: zgłębiania jakiejś tajemnicy (monolitu, Ramy, świata poza obrębem Miasta itp.), śmiałego i optymistycznego spojrzenia w przyszłość ludzkości, wreszcie natłoku niesamowitych opisów. Miałam wrażenie, że powieść koncentruje się raczej na bohaterach, a – jak już wspominałam – bohaterowie Clarke’a, mimo że teoretycznie nie potrafię wskazać żadnego konkretu, który by za tym przemawiał – są dla mnie jacyś obcy i sztuczni. Choć przecież nigdy nie są wyidealizowani. Ale mam wrażenie, że nawet ich wady, humor i odruchy są w jakiś sposób wystudiowane.
Cóż – opisów, rzeczywiście, nie ma tak dużo jak w Odysejach kosmicznych czy w Spotkaniu z Ramą. A raczej nawet jeśli są, to nie robiły na mnie aż takiego wrażenia, jako że dotyczyły niesamowitości znajdujących się tu, na Ziemi. Dopiero pod koniec narrator zabrał czytelnika ponad chmury i nie będę ukrywać: była to moja ulubiona część powieści.

Ostatnią rzeczą, której nie mogę pominąć, jest posłowie. Sir Arthur C. Clarke to chyba jedyny autor, u którego tak chętnie czytam wstępy, posłowia i wszystkie odautorskie notki, niebędące samą powieścią. Tutaj, jak zresztą można się spodziewać, mamy drobne sprostowania odnośnie miejsca akcji, tajemniczej wyspy Taprobane i góry Sri Kanda, a także zarys historii kosmowindy – kto, gdzie i kiedy na to wpadł, gdzie opublikował i z jakim odzewem spotkała się ta wizja. Po pierwsze, w tych dopiskach widać doskonałe przygotowanie autora (co akurat nie jest zaskoczeniem – c’mon, to Clarke, a nie jakiś pisarzyna, co to jara się kosmosami!). Po drugie, było mi nadzwyczaj miło przekonać się (po raz kolejny), jak gruntownie przemyślaną rzecz czytam – błoga odmiana po Ostatnim władcy Pierścienia
Jednocześnie w powieści jest sporo drobnych zaskoczeń i delikatnego humoru – wszystko to sprawia, że Fontanny raju naprawdę będę bardzo dobrze wspominać i bardzo się cieszę, że się z tą książką zaprzyjaźniłam.


Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego "Eksplorując nieznane".



Morgan z zakłopotaniem przyjął do wiadomości, że oni już chyba wiedzą. Parę sekund milczenia potwierdziło jego domysły. Morgan pomilczał jeszcze chwilę, aby i oni dowiedzieli się, że on wie, co oni wiedzą. Ostatecznie wszyscy poczuli się w pełni doinformowani, chociaż nikt nie miał najmniejszego zamiaru kiedykolwiek wspomnieć o tym głośno.

niedziela, 23 marca 2014

ZaFraapowana filmami (96) - "Star Trek: The Final Frontier"

No dobrze. Tym razem Leonard Nimoy schodzi ze swojej miejscówki za kamerą (na której, moim zdaniem, sprawdził się naprawdę ładnie – nie wybitnie, ale jego filmy są przyjemne i dają sporo frajdy przy oglądaniu) i robi miejsce dla samego Shatnera. Czas się przekonać, jak wyjdzie opowiadanie Kirka o Kirku.

BĘDZIE DUŻO SPOILERÓW.

Smutna prawda jest taka, że już początek filmu nie nastraja optymistycznie. Scena na pustyni przypomina trochę Lancelota pędzącego na odsiecz damie w opresji, z kolei wątek Kirka i przyjaciół na biwaku… no cóż. Z jednej strony jest Kirk, który zachowuje się jak kretyn. Z drugiej jest Spock, który chyba wziął na siebie ciężar bycia Elementem Komicznym i jest to przykre. Odrzutowe buty… cóż, uważam to zwyczajnie za wstawkę od czapy. Nigdy wcześniej nie pojawiła się tego typu technologia. I zresztą jeśli mam być szczera, nawet gdyby była, to wsadzenie jej w buty wydaje mi się skrajnie głupie. Przyzwoity jet-pack – dobra. Ale buty? Czy utrzymanie się w nich w pionie nie jest cholernie trudne? No nieważne… buty będą prawdziwym problemem dopiero później. Wrócę jeszcze do Kirka: ok., rozumiem przesłanie (zresztą trudno go nie zrozumieć – kapitan wszystko łopatologicznie nam wyjaśnia), ale nawet wiara w przyjaźń i mistyczna wiedza dotycząca własnej śmierci nie stanowi usprawiedliwienia dla zupełnie głupiego narażania życia. Przyjaciele nie są zobowiązani do pilnowania non-stop jednego koleżki, no i wypadałoby szanować ich wrzody żołądka. Zwalanie na nich całej tej odpowiedzialności jest po prostu świństwem.
I, jeśli mam być szczera, w ogóle Kirk jest największym problemem tego filmu. Nie przeczę, ma ze trzy lepsze momenty (jeden z awaryjnym lądowaniem plan B, drugi, kiedy wykrzykuje Sybokowi, że potrzebuje swojego bólu i że to ten ból sprawia, że Kirk jest tym kim jest – w zasadzie cały wywód trochę trąca banałem, ale został ładnie zaprezentowany, no i cytat, który mnie totalnie urzekł: "Zabierzcie to światło z mojej twarzy!"), ale głównie zachowuje się jak rozkapryszony, egoistyczny dzieciak, którego ktoś powinien przełożyć przez kolano, żeby się w końcu ogarnął. To po prostu nie jest ten Kirk, którego znaliśmy przedtem. Najbardziej znamienny moment? Kiedy tłucze się z Sybokiem, a broń ląduje w rękach Spocka. Totalnie nie wierzę, że dawny Kirk tak by się zachowywał. O ile pamiętam, ludzie w XXIII wieku szanują życie i tak dalej. Nie uznają kary śmierci, a fazery mają wiecznie na ogłuszanie. Celowe zadanie komuś śmierci zawsze było czymś dużym. Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że przecież w tamtym momencie już wszyscy wiedzieli, że Sybok nie zamierza nikogo zabijać, że w ogóle nie chce wyrządzać nikomu krzywdy, tylko chce gdzieś polecieć. Jak na startrekowe realia, strzelenie w tamtym momencie do Syboka byłoby aktem barbarzyństwa i zasługiwałoby na potępienie – zupełnie abstrahując od więzów pokrewieństwa.
kadr z filmu (no dobrze - oni byli zabawni)
Dobrze, jeszcze bym zrozumiała, że Kirk kazał strzelać w afekcie. Ale całe jego późniejsze zachowanie? Nazwanie Spocka zdrajcą, strzelanie fochem jak stąd do Azerbejdżanu, z przytupem i kolorowym wiatraczkiem? Zdrajcą, na litość Jeżusia! – to nie jakieś błahe przekomarzanki, tylko bardzo poważny zarzut przecież! A potem dzika pretensja, że to nie może być brat, bo Spock nie ma brata. Przepraszam bardzo: Spock chyba nigdy nie musiał się nikomu spowiadać ze swojej sytuacji rodzinnej i wydaje mi się w pełni naturalne, że nie mówił o Syboku, skoro Sybok był dla całej rodziny hańbą i został wygnany dawno, dawno temu. Kirk nie miał żadnego prawa do takich pretensji. A jego pokrzykiwanie, że „wystarczyło nacisnąć spust”? Na bogów, kapitanie, czy ty siebie słyszysz? Mówisz o zabiciu kogoś, kto sam nigdy nikogo nie planował zabijać. To nie jest tylko „naciśnięcie spustu”, to morderstwo.
To znaczy ja – chyba – domyślam się, o co chodziło. Szczególnie w świetle końcowej gadki, że Kirk myślał, że stracił brata, ale go odzyskał. Chodziło o kryzys ich przyjaźni. Sybok miał wejść między kapitana i Spocka i wystawić ich relację na próbę. Co ciekawe, Spock nie miał z tą próbą najmniejszego problemu: przez cały czas jest absolutnie lojalny wobec Kirka i Gwiezdnej Floty. Natomiast Kirk zaczyna coś sobie roić i histeryzować. I ja naprawdę nie widzę tam podstaw do takiego zachowania.

kadr z filmu (najwyraźniej nauka nie poszła
w las i Spock jednak nauczył się stosowania
barwnych metafor)
Z drugiej strony mamy Syboka, który jest co prawda sympatyczny na swój sposób, ale też dość trudno mi go pojąć. To znaczy jego cele i motywacje rozumiem, jest dość typowym przykładem obłąkanego proroka, natomiast zupełnie nie rozumiem tej jego dziwnej mocy. Jeśli dobrze się zorientowałam, to nie było wolkańskie połączenie umysłów – ono inaczej działa i inaczej się objawia. Nie było też powiedziane, że Sybok miał jakieś supermoce – miał być tylko bardzo utalentowany i inteligentny. A tymczasem w jakiś dziwny sposób zabiera ludziom ich ból… jak to niby działa? W dodatku Spock i McCoy zostali chyba potraktowani jakimś pakietem premium, bo jako jedyni mieli… cóż, nawet nie nazwę tego wizją, bo takie określenie zakładałoby, że scena rozegrała się tylko w głowie bezpośrednio zainteresowanego. Ale nie, im przedstawiono jakieś całe scenki, które widzieli wszyscy w pomieszczeniu. Co to miało być? Jak Sybok to zrobił? No i, jeśli mam być szczera, nie widzę za bardzo związku między tym, że ktoś przestał odczuwać swój ból a tym, że dołączył do Syboka. Dlaczego wszyscy oprócz Spocka i McCoya, pozbawieni bólu, stawali się ludźmi proroka? Przecież chyba wciąż mieli świadomość tego, że Enterprise jest porwany i takie tam.

(powiedzmy) kadry
z filmu (a tak na serio,
Sybok nie miał dużych
wymagań do tego Edenu -
wystarczyło, że będzie
niebo i ziemia. No i czaicie
ten uber rajski pejzaż?)
Skoro już mówię o bohaterach, z radością obwieszczam, że wreszcie rozkminiłam, co mi od początku nie grało w pełnometrażówkach. Bo coś nie grało, ale nie potrafiłam dotąd zlokalizować źródła problemu. Dopiero przy drugim oglądaniu The Final Frontier (tak! Obejrzałam ten szajs dwa razy! Oto jest skala mego poświęcenia!) dotarło to do mnie, kiedy przyglądałam się McCoyowi. Otóż w serialu zawsze uwielbiałam te momenty, kiedy członkowie załogi Enterprise sobie przygadywali. Zazwyczaj to byli Scotty i Spock albo McCoy i Spock, ale zdarzały się i inne konfiguracje. W moich wypiskach cytatów z całego TOSa właśnie te wymiany ciętych uwag stanowią większość. Tymczasem w filmach pełnometrażowych, choć cały czas mamy zachowany ten farbowany „konflikt” doktora i Spocka, ta relacja jest w zasadzie pozbawiona humoru. McCoy przestał być zabawny i jest już tylko zrzędliwy. Filmy sporo na tym tracą, bo humor trzeba wciskać w innej formie, co często przybiera postać dość prostego slapsticku. Ot, że tak wspomnę Scotty’ego, który przedzwonił w jakiś występ głową i stracił przytomność. Śmieszne, ale na bardzo krótką metę. Tym bardziej, że c’mon: szedł powolnym spacerkiem. Jak to możliwe, że aż stracił przytomność od tego uderzenia? I żeby nie było: zdarzało mi się przywalić głową w znaki drogowe czy sklepienie jaskini – wiem, że boli, ale never ever z tego powodu nie zemdlałam. Co innego, gdyby był chociaż rozpędzony. Ale nie był!

No dobrze, to były te takie największe czepy. Parę mniejszych? Po kolei więc: Gwiezdna Flota miała do dyspozycji sprawny statek z zieloną załogą i niesprawny statek z doświadczoną załogą. Co stało na przeszkodzie, żeby zrobić podmiankę i wysłać na misję sprawny statek z doświadczoną załogą? Znaczy to taka rozkmina czysto dla samej rozkminy, bo przecież znam odpowiedź: Enterprise, biczyz! Wiadomka, że mając do dyspozycji Enterprise i nie-Enterprise, każdy wybrałby Enterprise. Choć przypuszczam, że dowództwo Floty powinno mieć trochę inne priorytety…
Uhura. O. Mój. Jeżu. Nie wierzyłam, że to widzę, ale jednak – zobaczyłam. Kazali tej nieszczęsnej niemal sześćdziesięciolatce gibać się nago w świetle księżyca! Nie zrozumcie mnie źle: ja naprawdę uwielbiam Uhurę. Świetnie się trzyma jak na swój wiek. Zawsze uważałam ją za najlepszą laskę na Enterprise – bah!, oglądam teraz The Next Generation i Uhura wciąż prowadzi w moim prywatnym rankingu lachonów Star Treka. Ale czas na gibanie się nago w świetle księżyca był w serialu. Pełnometrażówki… cóż, to już po prostu nie przystoi. To po prostu złe. Nie umiem tego wyjaśnić, ale to złe. Wyobrażacie sobie swoje babcie gibiące się nago w świetle księżyca?! No właśnie.
kadr z filmu (still majestic)
Dalej: sztuka kamuflażu. Ekspedycja ratunkowa podszywa się pod zwiadowców Syboka, tak? No więc wszyscy mają jakieś maseczki, kaptury i taki tam badziew – za wyjątkiem, ma się rozumieć, Kirka, który pędzi w awangardzie z odsłoniętym ryjkiem. On chyba po prostu sabotował całą tę misję, innego wyjaśnienia nie widzę…
Z Uhurą to w ogóle nie do końca ogarnęłam wątek – najpierw gibie się nago w świetle księżyca, a zaraz potem pilotuje wahadłowiec. WTF? Przecież wahadłowiec pilotował chyba ktoś inny, wahadłowiec w ogóle był gdzie indziej… Ale to chyba po prostu akcja mnie trochę przerosła, no trudno. Ponieważ miałam mózg wypalony właśnie przez gibiącą się nago w świetle księżyca Uhurę, uznaję, że miałam prawo nie nadążyć za akcją.
I czy wpadnięcie do koryta z wodą zabiło tę kobietę-kota? Serio? Chlupnięcie w wodę…? Mam wrażenie, że postacie w tym filmie są jakieś okrutnie podatne na urazy – jak nie Scotty to jakaś statystka z futrem…
Jeśli zaś chodzi o szukanie Edenu… jakby to… wiecie, już tacy byli, co go szukali. Przypomnę, żeby Wam też się to śniło po nocach:


Skąd Spock wziął rakietowe buty na pokładzie Enterprise? Miał je w kieszeniach czy ki czort? Nagle po prostu się w nich pojawił – w dodatku nadleciał do Kirka od góry – czyli Kirk i McCoy musieli nie zauważyć, jak ich przedtem wyprzedził. Co jest właściwie dość dziwne, bo te buty dość hałasują.
Czary goryczy dopełnił morał na końcu, który nie dość, że jest banalny, bo to akurat nie byłoby szczególną nowością, ale jest podany w niemożliwie fatalny sposób. Serio – czekałam, aż Kirkowi wystrzeli tęcza z brzuszka. W sumie dziwne, że w tle żadne białe gołąbki nie przeleciały. No po prostu to było złe.

Podsumowując więc, muszę powiedzieć tyle: usiłuję wyprzeć ten film. Jak uwielbiam całą serię, uniwersum, obsadę TOSa i tak dalej, to po prostu The Final Frontier był żenująco zły. Pełen dziur, z okropnie wkurzającym Kirkiem, nielogiczny i miejscami niesmaczny. Po prostu nie. Nie chcę tego więcej widzieć. I jest to do tej pory jedyna produkcja spod znaku Star Treka, z którą nie chcę mieć więcej do czynienia. Williamie Shatnerze: jak uwielbiam cię jako Jamesa T. Kirka, tak będę cię hejtować jako reżysera. Bądź zdrów, lecz nie reżyseruj, graj, lecz nie pisz scenariuszy, bij się, lecz nie tańcz, podkładaj głos, lecz nie wymyślaj historii, tego ci życzy i tę ostatnią przyjacielską radę posyła ci Fraa fangirlantae.





– “All I ask is a tall ship, and a star to steer by.”
– Melville.
– John Masefield.
– Are you sure about that?
– I am well-versed in the classics, Doctor.
– Then how come you don't know “Row, Row, Row Your Boat”?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...