sobota, 22 marca 2014

ZaFraapowana filmami (95) - "Star Trek: The Voyage Home"

Właściwie pełnometrażowe Star Treki są dość niezwykłe. Nieważne, czy się je ogląda po raz pierwszy, czy czwarty, wciąż wywołują takie same emocje. Jeśli jakiś przy pierwszym oglądaniu był głupi i nieciekawy, tak już zostanie – ale jeśli któryś bawił, będzie bawił już po wsze czasy. Najlepszym tego przykładem jest właśnie czwarty z filmów, The Voyage Home. Mimo dość smutnego wstępu (dedykacja dla ofiar katastrofy Challengera – o tym zresztą później jeszcze wspomnę), jest to zasadniczo lekka komedyjka z dość łopatologicznym, ekologicznym przesłaniem.

SPOILERY

W przeciwieństwie do poprzednich filmów, tutaj właściwie nie ma jakiegoś konkretnego antagonisty – to znaczy owszem, jest tajemnicza sonda, ale nie da się raczej jej rozpatrywać jako przeciwnika – to raczej tylko pretekst do kolejnej przygody, w dodatku wszyscy zakładają, że w żadnym razie nie ma złych zamiarów. Co więc jest zagrożeniem, z którym będzie walczyć dzielna załoga już-nie-Enterprise? No cóż: czas, ludzkość… coś by się znalazło. Tyle tylko, że ten film nie polega na konflikcie. Jak wspomniałam, chodzi chyba głównie o przesłanie, którym jest to nieszczęsne ratowanie wielorybów – zresztą, zapewne nie tylko wielorybów, ale i w ogóle uświadomienie ludziom, że powinni przestać demolować świat, który ich otacza, bo to się na nich kiedyś zemści. Ok., nie jest to ani zbyt subtelne, ani zbyt nowatorskie – niemniej nie bolało. Głównie ze względu  na całą otoczkę.
kady z filmu
Oto bowiem mamy dzielną załogę już-nie-Enterprise, która przenosi się w czasie, by złapać dwa humbaki i przenieść je do siebie, do XXIII wieku, gdzie usiłuje się z nimi porozumieć sonda. Już na tym etapie miałam sporo pytań: po pierwsze, jak to możliwe, że najtęższe umysły Federacji analizowały sygnał sondy i nic z tego nie wychodziło, a Spock i Kirk podrapali się w głowy przez paręnaście sekund i z pomocą Uhury od razu rozkminili, o co chodzi? Ja tego po prostu nie kupuję. Rozumiem, że Spock szybciej kojarzy fakty i szybciej myśli od ludzi, ale przecież na Ziemi nie siedzą tylko ludzkie półgłówki – wszak siedzi tam nie byle kto, a Sarek (Mark Lenard)! Dlaczego Sarek nie wymyślił tego z przepuszczeniem sygnału przez wodę? C’mon, nie róbcie z Sareka kretyna – jest wolkańską szychą, ambasadorem, powinien umieć samodzielnie myśleć. A Kirk nigdy nie był tytanem intelektu, więc tutaj nie ma o czym mówić – jego atutem jest pomysłowość, która byłaby niewiele warta bez podkładki z teorii Spocka. Toteż kompletnie nie kupuję tego, że na Ziemi nie mogli się połapać co i jak, a na pokładzie Bird of Prey – zajęło im to dosłownie jedną chwilkę.
Pytanie drugie: skąd Federacja miała nagranie wybuchającego Enterprise, które Klingoni prezentowali na radzie? I to widok zarówno z mostka jak i w ogóle z zewnątrz. Owszem, to jest absurd, który przewijał się od samych początków serialu, potem przez filmy (nagranie z monitoringu, na którym widać, jak Spock przekazuje swoją katrę McCoyowi), ale ten akurat przypadek jest jednym z bardziej spektakularnych.
kadr z filmu (kwintesencja lat '80.)
Pytanie trzecie: dlaczego sonda odsysała wodę z oceanów? I w ogóle o co chodziło z całymi tymi zaburzeniami pogody? Chciała się porozumieć z humbakami, w porządku, ale nawet gdyby one dalej żyły, osuszanie ich naturalnego środowiska wydaje mi się mocno głupie. I jak to właściwie działało? Czy gdyby ludzie przepuścili później śpiew humbaków przez odpowiednie filtry, żeby brzmiało tak jak sygnał z sondy, działałoby to tak samo? O tyle mnie to interesuje, że być może ludzkość otarła się o stworzenie niesamowicie skutecznej i w sumie dość taniej broni.
Pytanie kolejne: co z Klingonami? Po co właściwie był ten początek, z tą dramatyczną zapowiedzią, że nie będzie pokoju, dopóki Kirk żyje? Znaczy nie przeczę, że ogólnie ten wątek mógłby być ciekawy… gdyby w ogóle istniał. A tymczasem nijak nie został pociągnięty, a szkoda. Gdyby tak wrzucić klingońską pogoń w XX wiek… cóż, mogłoby być ciekawie.
No i w końcu wątpliwość ostatnia: całe te podróże w czasie. Powtórzę już to, co chyba już kiedyś pisałam: czy te podróże w czasie nie są za proste? No bo… wystarczy się rozpędzić, wlecieć w Słońce i wyhamować – i zawsze działa! Widz kompletnie nie czuje, że to coś wyjątkowego czy niebezpiecznego. No dobra, trzeba się rozpędzić dość mocno – ale no… naprawdę to wszystko? Podróż w czasie nie powinna być czymś w rodzaju kosmicznego splunięcia – powinna być spektakularna, wyjątkowa, niebezpieczna! To znaczy – w tym uniwersum, w którym przecież (teoretycznie) ludzkość opanowała loty w przestrzeni, ale nie w czasie.

kadr z filmu (czyli Scotty kontra technologia
dwudziestego wieku)
Po całym tym dość niezręcznym początku następuje wreszcie to, co najmodniejsze w całym filmie: pobyt Kirka i jego załogi w San Fransisco w XX wieku, konkretnie – w 1986 roku. Myślę, że tutaj twórcy filmu wyłuskali tyle, ile się dało. Pomijając ten dziwny park, w którym nikt nie spacerował i mimo pięknej pogody nikt się nie rozbił o zamaskowany Bird of Prey, wyszło im to bardzo zgrabnie. Przede wszystkim: pięknie wykorzystana historia. To znaczy ej: zimna wojna w rozkwicie, a oni wypuszczają Rosjanina, żeby chodził po ulicy i szukał „niuklear łesel”. Nie mogłam nie płakać przy tym ze śmiechu. Zresztą w ogóle wątek Czechowa jest jednym z najfajniejszych w filmie: zarówno początkowe poszukiwania okrętu atomowego z Uhurą, jak i późniejsza spektakularna ucieczka. Muszę powiedzieć, że dla samego Czechowa mogłabym ten film oglądać w kółko. Kolejnym wątkiem, który mnie spłakał, był profesor Scott z Edynburga, który przebył miliony mil, żeby zwiedzić fabrykę. Zresztą, w tym wątku pojawiło się coś, co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło: wszyscy znamy pewnie historie o podróżach w czasie, gdzie jako główne zagrożenie jest zawsze stawiane zmienianie przeszłości. Wiecie, paradoks zabicia własnego dziadka, spotykania samego siebie i takie tam. Tymczasem tutaj wszystkie te rzeczy po prostu… no cóż, może nie tak do końca zignorowano, bo McCoy wyraził wątpliwość dotyczącą uczenia dwudziestowiecznego facecika wytwarzania przezroczystego aluminium – ale z całą pewnością zbagatelizowano. Odpowiedź Scotty’ego jest tyleż olewcza co cwana. No bo tak naprawdę… a może to wszystko jest już wpisane w historię? To trochę jak w Efekcie motyla: niby są przenosiny w czasie, niby jest wpływanie na przyszłość, ale wszystkie te wycieczki były już wpisane w życie „podróżnika”. A jak już wspomniałam o Scottym, to nie mogę przemilczeć jednego ciekawego elementu filmu: odniosłam wrażenie, że Scotty był do Enterprise bardziej przywiązany od Kirka. Jakby… Kirk dowodził, owszem. Ale to Scotty znał ten statek od podszewki, łapał się w każdym kabelku i to tak naprawdę on był najbardziej zżyty z Enterprise. Stąd zresztą jego hejt w kierunku Excelsiora. Hejt, któremu w pełni kibicuję. Kirk nie przejawiał takich emocji, co właściwie jest dość dziwne w świetle serialu.
kadr z filmu (jak na dryfujący, rozpędzony
statek, to Bird of Prey bardzo zgrabnie przeleciał
pod mostem)
No i Gillian (Catherine Hicks): to naprawdę fajna postać. Samodzielna, zdeterminowana, jedna z nielicznych samic, które nie lecą na Kirka… to znaczy tak trochę lecą, ale ostatecznie przecież nie mamy żadnego wątku romantycznego. Grunt, że to kobieta, która ma jakieś swoje priorytety i zgodnie z nimi  postępuje, nie pozostając bierną damą w opresji, którą w kłopotliwym momencie będzie można po prostu odsunąć ze sceny. Szczerze żałuję, że jej rola kończy się na tym filmie, bo byłaby ciekawym dodatkiem do innych produkcji. Łączyłaby mentalność pokojowo nastawionych, rozwiniętych ludzi XXIII w. i porywczych, nielogicznych dziwaków z dzikiego XX w. – wydaje mi się, że tego typu postaci w Star Treku nie ma zbyt wiele (choć nie ręczę, bo moja znajomość serii póki co jest jeszcze bardzo daleka od całościowej).
A największą zaletą filmu jest, jak dla mnie, w ogóle zwrócenie większej uwagi na całą załogę. To nie jest, tak jak w poprzedniej części, opowieść o Kirku i Spocku, tylko o całej ekipie. Każdy ma swój wątek, każdy ma pamiętne momenty. Tu już nie odczuwam takiego zniesmaczenia na widok traktowania McCoya, bo McCoy też ma swoje pięć minut – w dodatku bardzo sensowne, bo wykazuje się jako lekarz. Czyli wreszcie ktoś sobie przypomniał, że ten facet nie jest tylko zrzędliwym cieniem Kirka, ale ma jakieś umiejętności. I za to ogromny plus dla The Voyage Home.

kadr z filmu (ponowna łza dla cieniów,
ale tym razem z radości)
Jasne, pobyt Kirka i załogi w XX w. nie jest idealny. Oprócz wspomnianej kwestii dziwnie opustoszałego parku, jest jeszcze sprawa Spocka – no bo serio? Nikt, zupełnie nikt nie zdziwił się, że po mieście popitala facet w szlafroku z opaską z froty? Ja rozumiem, że to lata osiemdziesiąte, ale chyba nawet wtedy to mogło być dla kogoś trochę… ekstrawaganckie? Tymczasem Spock nie wzbudza żadnego zainteresowania. Jego kamuflaż jest po prostu perfekcyjny. Trochę to… głupie?
W ogóle zastanawia mnie też kwestia wypuszczania wielorybów na wolność: nie jest żadną tajemnicą, że zwierzę wychowane w niewoli nie przetrwa na wolności. Dlatego zawsze jest tyle zachodu z wypuszczaniem zwierząt, przechodzą długie okresy adaptacji w przestronnych rezerwatach i tak dalej. Wiem, że w przypadku wieloryba trudno o taki rezerwat – ale mam wątpliwości, czy ktokolwiek myślący zdecydowałby się na wypuszczenie tych nieszczęsnych humbaków ot tak, do oceanu. Tym bardziej, że doktor Taylor przecież czarno na białym mówi, że żaden z wypuszczonych wielorybów jeszcze nie przetrwał. Małpa by się nauczyła, że to jednak słaba metoda i trzeba by ją zmienić.

kadr z filmu (i jeszcze raz Czechow,
bo nie mogłam się oprzeć...)
A teraz, w świetle tego wszystkiego, wrócę jeszcze na moment do początku: czyli do dedykacji. Dedykacja może zniesmaczać – to znaczy tak mi uświadomiono, bo prawdę mówiąc, sama wcale tak na to nie patrzyłam. Dopiero hevs zwróciła mi uwagę na to, że jakkolwiek sama dedykacja nie jest niczym zdrożnym, to dorzucanie jej do komedii jest nieco niestosowne. Bo jakby nie patrzeć, śmierć siedmiu osób w katastrofie wahadłowca z żadnej strony zabawna nie jest. Nie ukrywam, że jeśli tak na to spojrzeć, trudno się nie zgodzić. Mimo wszystko pozwolę sobie mieć tutaj odmienne zdanie – bo ja w swojej naiwności nie wątpię, że umieszczenie przed filmem tej dedykacji było szczere i że intencje były jak najlepsze. Tak po prostu.

Słowem, film jest naprawdę fajny, zabawny i przyjemny, a ten cały ekologiczny morał – cóż, po prostu sobie jest, ale nie boli. No bo komu przeszkadzałyby humbaki, kiedy można podziwiać Czechowa szukającego atomowego łesela? No i muszę przyznać, że końcowa scena, gdzie cała załoga staje przed obliczem rady i czeka na wyrok, wywołała we mnie refleksję typu: „hah, na pewno za młodu nie wiedzieli, że los ich ciepnie w taką sytuację”. Jakoś tak po prostu przypomniałam sobie tych bohaterów z początków serialu i poczułam, jak fajnie to się komponuje z filmami. Wtedy sobie po prostu latali z kolejnymi misjami, przytrafiały im się dziwne rzeczy, ale byli zawsze wiernymi poddanymi Federacji i nie mieli zbyt wielu dylematów moralnych (chyba że napotykali dziwne formy życia w kosmosie). Czy ktokolwiek z nich mógł przewidzieć tę sytuację? Pewnie nie. I ta myśl, że życie pokazało im, że na stare lata wciąż jeszcze niczego są w stanie przewidzieć, jest dla mnie w jakiś sposób fajna i budująca.

Jak zwykle: screenów miałam więcej, ale się nie zmieściły.






– Lubicie włoską kuchnię?
– Nie.
– Tak.
– Nie.
– Tak.
– Nie.
– Tak. Uwielbiam włoską kuchnię. I ty też.

– …tak.

piątek, 21 marca 2014

ZaFraapowana filmami (94) - "Star Trek: w poszukiwaniu Spocka"

Jestem debilem. Wiem o tym. Powinnam w tej chwili pisać o kondycji polskiego rynku wydawniczego i o dramacie pani Malanowskiej, która płacze, bo nikt nie chce czytać książki polecanej przez „specjalistów”, których opinia wszystkim wisi. Albo o aferze Pyrkongate, szczuciu cycem i kąpielach w kostkach. Z wiarygodnych źródeł wiem, że wtedy miałabym milijony komciów i wogle. A tymczasem brnę w coś, o czym już mi czytelniczka powiedziała wprost, że po prostu tego nie czyta (*macha do Owcy*). Cóż zrobić? Głupia ja – najwyraźniej sława i pieniądze nie są mi pisane.

Ale mogę się pojarać, tak też więc czynię. Będą spoilery. Ale wychodzę z założenia, że jak ktoś nie widział, to nie obejrzy (*macha do Owcy ponownie*), a jak kogoś ten temat w ogóle interesuje, to obejrzał już dawno.
Trzeci z pełnometrażowych filmów z serii Star Trek jest niezły. Tak całkiem serio: nie jest wybitny, ale jest niezły. Tak jak poprzednia część (a inaczej niż pierwszy film, będący zapierającym dech w piersi arcydziełem, bez porównania lepszym od Odysei kosmicznej), choć wykłada się w detalach, wciąż jest produkcją, do której chce się wracać i która w kolejnych seansach wciąż daje sporo rozrywki. Żeby nie było, że jestem gołosłowna: oglądałam to już trzy razy – póki co frajda ani razu nie była mniejsza, choć – nie przeczę – z czasem dostrzega się nowe drobiazgi, których – być może – nie widać na pierwszy rzut oka. Słowem: Leonard Nimoy po drugiej stronie kamery spisuje się naprawdę nieźle.

kadr z filmu (czyli jak wyglądałoby hentai,
gdyby Klingoni byli Japończykami)
Przede wszystkim nie mogę nie wspomnieć o głównym antagoniście tej części: Klingonie Kruge (Christopher Lloyd). Z jakiegoś dziwnego powodu ludzie jarają się zakompleksionym frajerem, Khanem, podczas gdy pod ręką jest doskonały Kruge. I owszem, ogromna w tym zasługa Lloyda, który może grać kogokolwiek, a nadal będzie świetny. Ale serio: Kruge to dumny wojownik, który docenia waleczność innych (widać to pod koniec, kiedy daje załodze Enterprise dwie minuty, choć jest proszony tylko o minutę), honorny i uczciwy. Nie jest fajny, co to to nie. Bądź co bądź to on kazał zabić jednego z zakładników. I to on zdjął jednego z własnych ludzi za złe wykonanie rozkazu (swoją drogą, „Poszczęściło mi się” było pięknym pogrążeniem się). Nie nienawidzi Federacji, nie leczy żadnych swoich kompleksów, na nikim się nie mści – on po prostu taki jest. Taką ma filozofię. Jest wojownikiem i jest wiarygodny. I to w nim lubię (oprócz, ma się rozumieć, obłąkanej aparycji Lloyda). Zresztą, w którymś momencie pada kwestia tego, że potrzebują torpedy Genesis, żeby przetrwać. Co sprawia, że motywacje Klingonów są jeszcze fajniejsze – bo tu, jak się okazuje, nie chodzi o rozwałkę dla samej rozwałki, ale o przetrwanie gatunku. Choć ten temat nie jest pogłębiony – a w zasadzie szkoda. Ponurą przyszłość Klingonów zobaczymy dopiero jakiś czas później, w innym filmie.
kadr z filmu (może i przestarzały,
Enterprise jest still majestic)
Klingoni mają też inne zalety: na przykład zupełnie inne podejście do Genesis. Dla nich to broń i ewentualne inne działanie maszyny stanowi ewentualnie mało istotny efekt uboczny. Ładnie to grało w kontraście z nieco słodkopierdzącą Federacją.
No i rzecz ostatnia: muzyka! Totalnie uwielbiam motyw muzyczny Bird of Prey! Mogłabym ten film oglądać w kółko tylko dla tych kilku scen, w których nadlatuje statek Klingonów. Muzyka jest do niego doskonale dopasowana, oddaje dzikość i egzotykę tej rasy.
Szczerze mówiąc, na tle Klingonów załoga Enterprise wypada stosunkowo słabo. To znaczy nie są źli – są nawet zabawni. Niech wystarczy wspomnieć Scotty’ego, który rozmontował Excelsiora, pana Sulu, do którego nie wolno mówić „kurduplu” czy Uhurę, która pięknie spacyfikowała jakiegoś narwanego gnojka, który miał pecha zasugerować jej, że jej kariera się kończy i że Uhura jest już stara. Sam Kirk jednakże jest jakiś taki… słaby. Niby dalej maniakalnie uwielbia Enterprise (szczególnie na początku ładnie to widać, kiedy chce za wszelką cenę ocalić swój statek od rozebrania na części), co jednak nie przeszkodziło mu odpalić autodestrukcji. Owszem, pojawiło się dramatyczne „What have I done?”, a sama scena zniszczenia Enterprise jest naprawdę ładna i epicka, niemniej… cóż, dziwnie się czułam, kiedy ja weszłam w tryb NOOOOO, a Kirk tak spokojnie tę katastrofę oglądał. No i mam bardzo nieprzyjemne odczucia względem doktora McCoya. Nie chodzi o to, że się nie spisał – sęk w tym, że inni nie spisali się w stosunku do niego.
kadry z filmu
(tu Fryy ronią łzę dla cieniów minionych)
Prawdę mówiąc, jeśli wziąć pod uwagę McCoya, W poszukiwaniu Spocka mnie przygnębia. Jakby nie patrzeć, jego rola w całej historii jest dość istotna: utknęła w nim katra Spocka, jego umysł, dusza, czy jak to tam nazwać. Mimo tego z jakiegoś powodu Kirk i pozostali członkowie załogi traktują doktora trochę jak… dzbanek. Dzbanek ze Spockiem, który trzeba przetransportować i przelać zawartość do innego ciała. Tymczasem McCoy ma wciąż własne myśli i uczucia: sam jest niepewny i trochę przerażony całą sytuacją, próbuje się odnaleźć jako oficer naukowy (świetna scena, kiedy pyta, czy dobrze mu idzie), wreszcie przecież ryzykuje życiem, żeby cała ceremonia przywracania Spockowi jego katry się udała. Czy dostaje za to słowa podziękowania, czy ktokolwiek w ogóle o nim wspomina w którymkolwiek momencie filmu? Kiedy schodzi „ze stołu” po ceremonii, cholernie gorzką sceną dla mnie jest ta, w której staje przed Kirkiem i mówi, że nic mu nie jest – kuźwa! Kirk był jego przyjacielem – i co? No właśnie: kompletnie nic. Później, kiedy Spock przygląda się członkom załogi Enterprise, też mija McCoya jak całą resztę, ani na moment nie zatrzymując na nim wzroku… to trochę dziwne: c’mon, chłopie, ten facet przechowywał twoją duszę… przechowywał ciebie przez ładny kawałek czasu we własnej głowie! Wykaż trochę zaangażowania! Ale nie – przecież wszystko to zasługa Kirka. I tylko Kirka. I jak uwielbiam Kirka, tak tutaj mi się mocno przejadło, jak bardzo cała uwaga jest skupiona na nim. I po prostu odczuwam jakiś taki dyskomfort, że McCoy nigdy nie dostał tych słów wdzięczności, na które przecież zasłużył.

kadry z filmu
(no właśnie: taki jest cały film - McCoy
potrzebuje pomocy, której znikąd
nie otrzymuje...)
Oddzielną sprawą jest sam Spock: umarł i narodził się na nowo, więc trudno mieć do niego jakieś konkretne pretensje, natomiast pretensje mam do twórców filmu, że jakoś zupełnie nie myśleli przy rozpisywaniu roli Wolkanina. Po pierwsze: czy fryzura Spocka jest genetyczna…? Znaczy ej: dojrzewa na Genesis zupełnie „na dziko”, niemniej zawsze ma idealnie przyciętą grzywkę i krótkie włosy. Ale moment… to nie jest genetyczne, przecież w pierwszej części doskonale pamiętam, że całkiem mocno zarósł! Więc o co chodzi…? Dalej: kiedy wskoczył w wiek młodzieńczy, jednocześnie wskoczył w pon farr. Czemu? Przecież był w połowie człowiekiem – przez co pierwsze pon farr przeszedł o wiele później niż normalnie Wolkanie. Nimoy o tym zapomniał? No i c’mon, o co chodziło z tym smyraniem się po palcach? Warunki „zaleczenia” pon farr były dość proste i oczywiste. Nie chodzi o to, że domagam się wolkańskiego pornola – po prostu to smyranie było mocno idiotyczne i nie bardzo rozumiem, w czym miało niby pomóc. Słowem: Spock jest niby w porządku, ale głównie dla osób, które nie oglądały serialu.

kadr z filmu
(...ale dzięki, że NIE zapytałeś, gnoju!)
Z innych mankamentów filmu: Saavik (Robin Curtis) jest fatalna. Tandeta z kiosku Ruchu, serio. Przez cały czas usiłowałam wyobrażać sobie, że gra ją nadal Kirstie Alley. Poprzednia Saavik nie miała jakiejś wypasionej charakteryzacji, ale mimo tego była niesamowicie wiarygodna: silna, rozsądna babka, zdolna do dowodzenia statkiem. Tymczasem jej nowe wcielenie może i ma fikuśne brwi, ale mimo tego pozostaje mimozą bez wyrazu, kompletnie nieprzekonującą w byciu Romulanką.
W trakcie oglądania W poszukiwaniu Spocka pojawia się też sporo pytań: dlaczego McCoy nie potrafił wykonać tego wolkańskiego, paraliżującego chwytu, skoro siedział w nim Spock? Dlaczego ochrona nie wchodzi do kajuty Spocka, tylko dopiero kapitan musi to zrobić? Przecież chyba od tego jest ochrona, no nie? (och, ale spójrzmy prawdzie w oczy: to Star Trek, czyli wiemy, jak wygląda dbałość o bezpieczeństwo…) Kirk i Spock są przyjaciółmi – dlaczego w takim razie Kirk kompletnie nic nie wiedział o całej sprawie z katrą i potencjalną nieśmiertelnością Spocka? Wydawałoby się, że to dość istotna wiedza, tym bardziej między przyjaciółmi. Nagranie z monitoringu – czemu było zmontowane z wielu kamer, z cięciami, zbliżeniami i tak dalej? Jak działa monitoring na tym statku? Dlaczego Spock przestał się starzeć po opuszczeniu Genesis – albo dlaczego inni nie zaczęli się starzeć po przybyciu na Genesis? Na czym to wszystko polegało? Jak to jest, że Klingoni mówią po angielsku, ale ludzie z Federacji nie mówią po klingońsku? To trochę głupie, bo stawia w tym konflikcie Klingonów w pozycji intelektualistów. Czy hasło do autodestrukcji naprawdę jest aż tak idiotyczne? Zero zero zero…? Are you kidding me? Chociaż tyle dobrego, że potrzeba trzech osób do podania kodu… choć w kolejnych filmach nie będziemy o tym pamiętać, no ale nie uprzedzajmy faktów.

Mimo tych wszystkich wątpliwości, które się klują przy oglądaniu W poszukiwaniu Spocka, ten film jest po prostu przyjemny. Nie niesie ze sobą jakichś strasznie głębokich treści, nawet konflikt młodość vs. doświadczenie został nieco uproszczony (na korzyść doświadczenia), niemniej jest fajny. Miejscami efektowny, miejscami zabawny, z fascynująco rozczarowującą niewdzięcznością wobec McCoya i naprawdę świetnym antagonistą. W sumie więcej mi nie trzeba. Nie jest to dzieło przełomowe – ale daje sporo frajdy. A ja po to zazwyczaj oglądam filmy. Miałam więcej screenów, ale już nie dałam rady ich tu wcisnąć. No trudno.




– Scotty, raport.
– Już prawie kończymy. W chwili dokowania będziemy mogli przejść na automatykę.
– Dobrze, resztę naprawi pan po przylocie. Ile może potrwać remont Enterprise?
– Osiem tygodni, ale pan nie ma tyle czasu. Dla pana uwinę się w dwa.
– Czy zawsze mnożył pan czas naprawy razy cztery?

– Oczywiście. Jak inaczej mógłbym utrzymać reputację cudotwórcy?

poniedziałek, 17 marca 2014

Fraa w czytelni (72) - "Ostatni władca Pierścienia"


Autor: Kirył J. Yeskov
Tytuł: Ostatni władca Pierścienia
Tytuł oryginału: Последний Кольценосец
Tłumaczenie: Ewa i Eugeniusz Dębscy
Miejsce i rok wydania: Olsztyn 2002
Wydawca: Solaris


Swego czasu byłam fanką… hmm… nie, to złe słowo. Byłam fanatyczką Władcy Pierścieni i twórczości Tolkiena w ogóle. Znałam jakieś dziwne detale z całej mitologii Ardy, przeżywałam pełne egzaltacji jaranie się przy wybranych opowieściach z Silmarillionu (później też z Księgi Zaginionych Opowieści i z Niedokończonych Opowieści), a nawet pisałam fanfica – choć był to mroczny czas sprzed internetów i nie miałam pojęcia, że to co robię, jest pisaniem fanfica. Po prostu się jarałam.

Chwała Jeżusiowi, minęło mi to jakoś mniej-więcej wraz z premierą pierwszej części adaptacji Jacksona – powoli zaczęłam oswajać się z myślą, że to tylko książki, że ktoś może mieć własną wizję przedstawionych zdarzeń, że ekranizacja nie musi być kropka w kropkę zgodna z oryginałem i tak dalej. Nie zmienia to wcale faktu, że kiedy zobaczyłam na księgarnianej półce Ostatniego władcę Pierścienia, fuknęłam tylko pogardliwie i poszłam dalej, myśląc o tym, jak to niektórzy odcinają kupony od cudzego sukcesu i talentu.

Po tamtym fanatyzmie nie został nawet ślad. Z czytanych dawno temu książek prawie nic nie pamiętam, ale za to jestem otwarta na rozmaite interpretacje i adaptacje Tolkienowskiej twórczości, dzięki czemu zresztą miałam wiele radochy pocinając sobie w gry oparte o Władcę Pierścieni – gry, które zapewne piętnaście lat temu uznałabym za bluźnierstwo. Toteż do Ostatniego władcy Pierścienia również podchodziłam bez wcześniejszych uprzedzeń. Właściwie byłam nawet ciekawa tego, co zapowiadano na okładce: „Wojny o pierścień oczami Saurona”.


Nie przypuszczałam, że twórca tej zajawki nawet nie raczył zapytać kogoś, o czym faktycznie jest ta książka – bo przecież już nawet nie wymagam, żeby sam przeczytał.


No więc ustalmy jedno: to nie jest powieść o wojnie o Pierścień. I z całą pewnością nie jest tam nic oczami Saurona. Akcja dzieje się jakiś czas po wojnie, Sauron zaś – co jest logicznym następstwem – od dawna nie żyje. Czytelnik dostaje opowieść o jakichś zupełnie nieznanych koleżkach, którzy – a to nowość! – muszą zniszczyć w ogniu Orodruiny przepotężny artefakt. Tak dla odmiany. Orodruina lekiem na całe zło.


Ale ja wrócę jeszcze do tych szczątków wojny o Pierścień, które się przewijają tu i ówdzie we wspominkach: nie ukrywam, że to była pierwsza rzecz, która mnie straszliwie rozczarowała, kiedy czytałam Ostatniego władcę Pierścienia. Liczyłam na to, że autor pokaże mi te wydarzenia, które znam z Władcy…, tylko poda odmienną ich interpretację wynikającą z odmiennej perspektywy, wskazując na to, że w swoich oczach Sauron i Saruman postępowali słusznie, a Gandalf i reszta opacznie wszystko zrozumieli. Tymczasem Yeskov poszedł po linii najmniejszego oporu, najzwyczajniej w świecie… pokazując zupełnie inne wydarzenia. To jest Władca Pierścieni: historia prawdziwa. Tak, cholerna „historia prawdziwa”, tak samo marna, jak zawsze wszystkie „historie prawdziwe”, szczególnie kiedy są „prawdziwymi” wersjami opowieści z definicji zmyślonych. Punkt widzenia nie miał tu żadnego znaczenia, bo przecież zmienione były fakty nijak z interesem Mordoru niezwiązane, jak na przykład relacje między Aragornem i Arweną czy Aragornem i Eowiną. Z tym zresztą wiąże się drugie rozczarowanie: kreacja bohaterów, która była po prostu tandetna. Im bardziej u Tolkiena ktoś był dobry, tym bardziej tutaj był zły – i na odwrót. A żeby czytelnik nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że postacie negatywne są na pewno negatywne, w razie gdyby komuś nie wystarczyło klasyczne pogardliwe wykrzywienie warg, postacie te zostały bardzo starannie skompromitowane z każdej strony (na przykład dowiadujemy się, że Aragorn jest marnym kochankiem – z całą pewnością wojna o Pierścień oczami Saurona nie mogłaby się obejść bez tej informacji; Sauron po prostu patrzy na Aragorna i myśli „wszystkie orgazmy udawałem”), wszystko co związane z pozytywnymi postaciami zaś jest opatrzone dookreśleniami typu „mistrzowsko” czy „szlachetny”. Prawdę mówiąc, jeśli tym złym w ogóle w bitwie coś się udaje, to tylko dlatego, że albo mają szczęście, albo miażdżącą przewagę liczebną (a jak już o bitwie wspominam, to motywacyjna mowa Eomera jest najbardziej żałosną brednią, jaką kiedykolwiek czytałam).


Oprócz nachalnie odwrotnego podziału na dobrych i złych, a także mylącej, bo zupełnie niezwiązanej z okładkowym opisem fabuły, książka ma też inne mankamenty. Mam tu na myśli sam styl… cóż, autora albo tłumacza. Nie wiem, czyjej zasługi było tu więcej.

Po pierwsze więc, powieść buja się od rzygliwego patosu do nużących wtrętów jakby wprost z podręcznika i nazad. Jedno i drugie generalnie nudzi, a jak w międzyczasie trafi się trochę sensownej treści, to zostaje ona zarżnięta pozostałymi elementami: nadużywaniem cudzysłowów (serio, były fragmenty, w których myślałam, że zdanie bez cudzysłowu jest zdaniem zmarnowanym – a może jednak, zamiast pakować połowę tekstu w cudzysłowy, wypadałoby wzbogacić słownictwo czy coś…?), zbyt łopatologicznym objaśnianiem, co się właśnie stało (i to w najgorszym stylu, czyli: jeden bohater mówi do drugiego bohatera coś, o czym obaj doskonale wiedzą, ale być może nie wie o tym czytelnik, więc trzeba mu to niby subtelnie przekazać… blargh) no i… cóż, nie ukrywam, że to był moment, przy którym moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę: autorską samojebką. Nic nie poradzę, inaczej tego określić nie umiem. Siedzi sobie bohater, opisuje scenę, której właśnie jesteśmy świadkiem, po czym podsumowuje ją, że ho ho ho, koleś, który coś takiego by wymyślił, to musi mieć nie lada wyobraźnię i wogle.


Klimatu w tym nie ma za grosz, za to mamy takie kwiatki jak użycie słowa „Blitzkrieg” w odniesieniu do wojennych poczynań Zachodu. Blitzkrieg! Kuźwa!

Na koniec jeszcze zostaniemy poczęstowani śmiertelnie nudnym i, prawdę mówiąc, do niczego niepotrzebnym epilogiem.


Żeby nie było: większa część powieści to coś w rodzaju historii szpiegowskiej i jeśli kogoś jara orientowanie się między fefnastoma siatkami wywiadowczymi i odróżnianie Tajnej Służby od Tajnego Wywiadu, od Frontu Wyzwolenia Jerozolimy, to być może mu się to spodoba. Akurat nie są to moje klimaty, więc cała ta intryga kompletnie po mnie spływała. Zresztą, zgodzę się tu z recenzją, wyhaczoną dziś rano na Tawernie RPG:


„Sama intryga w powieści nie jest jednak taka mierna. Często dochodziłem do wniosku, że gdyby przenieść ją do jakiegoś autorskiego świata, to wszystko byłoby lepsze: lepiej by się czytało i ocena byłaby wyższa.”


Mam to samo wrażenie – podpinanie tego do Tolkienowskiego uniwersum było do niczego niepotrzebne.


Nie przeczę, że udało mi się w całej tej powieści znaleźć jedną postać, którą lubiłam. Ichneumon był stosownie lojalny, inteligentny, niebezpieczny i martwy, żebym z nim sympatyzowała. Tyle tylko, że tak jakby powieść nie była o nim. Niestety, główni bohaterowie byli mi tak bardzo obojętni, jak tylko się dało.


Ogólnie ujmę to tak: czytałam o kilka nieb lepsze amatorskie powieści pisane w miesiąc. Spójniejsze fabularnie, z bardziej dopracowanymi bohaterami i lepszym językiem. Ta książka jest po prostu słaba. Gdyby była w jakimś oryginalnym settingu byłaby nieco lepsza, ale wciąż słaba. A tak… jest bardzo słaba. Jest zwyczajnie słabym, takim dość typowo blogaskowym fanfikiem. Kompletnie niewartym uwagi i na bogów: nie mam pojęcia, dlaczego wydanym. A jak ktoś nie wierzy w blogaskowość tekstu, niech przemyśli zamknięcie powieści: "Jednym słowem, bracia, żyjmy w przyjaźni. Co w danym przypadku oznacza: nie podoba ci się? Nie słuchaj, a w opowieści nie przeszkadzaj" - czyli ni mniej ni więcej, mamy klasyczne "Jak ci się nie podoba, to nie musisz tu wchodzić!!!11oneone1!!jeden!1" - hell yeah! Autor na sam koniec tupnął nóżką i fochnął się na jakikolwiek przejaw krytyki!

  


My jesteśmy odwróceni do przeszłości, ludzie do przyszłości. Ty wybrałeś kiedyś magię i dlatego nigdy nie przekroczysz granicy wykreślonej przez Valarów, podczas gdy u nich, w nauce, wzrost wiedzy – a w następstwie tego i mocy – jest zaiste nieograniczony. Pożera cię najgorszy rodzaj zawiści – zawiść rzemieślnika do artysty… Cóż, jest to naprawdę ważki powód do zabójstwa. Nie ty pierwszy i nie ostatni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...