środa, 12 marca 2014

Fraa w czytelni (71) - "Kroniki marsjańskie"


Autor: Ray Bradbury
Tytuł: Kroniki marsjańskie
Tytuł oryginału: The Martian Chronicles
Tłumaczenie: Paulina Braiter, Paweł Ziemkiewicz
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1997
Wydawca: Prószyński i S-ka

Tak, tak, nie czytałam 451 stopni Fahrenheita. Bah!, nie czytałam chyba w ogóle niczego autorstwa Raya Bradbury’ego. Czemu? Z tego samego powodu co zwykle: a tak jakoś się nie złożyło…
Faktem jest, że w przypadku Kronik marsjańskich nie miałam bladego pojęcia, czego się spodziewać. I faktycznie spotkało mnie drobne zaskoczenie. To znaczy właściwie nic zdrożnego: po prostu kiedy zaczynam czytać książkę o podboju Marsa, spodziewam się czegoś bardziej… no… może ujmę to tak: pierwszą książką o podboju Marsa, jaką przeczytałam, były Piaski Marsa Clarke’a. Wszystkie inne, traktujące o tym zagadnieniu, chcąc nie chcąc porównuję do tej powieści. Jak się okazało – wszystkie za wyjątkiem Kronik…. Bo bądźmy szczerzy: ich się nie da porównać. Bo Kroniki… w nosie mają podbój kosmosu, ten temat jest tylko pretekstem. To po prostu podbój jakiegoś nowego świata, od podboju obu Ameryk różniący się jedynie dystansem. Nie ma tu żadnych detali technicznych, nie interesuje nas, ile czasu się leci, jakie jest paliwo, dlaczego na Marsie jest taka a nie inna atmosfera, co wpłynęło na kształt Marsjan – nope. Wystarczy, że wiemy parę podstawowych rzeczy: na Marsa się lata rakietami, są jacyś Marsjanie, a powietrze jest rozrzedzone, ale można oddychać. Kolonizacja Marsa w dużym stopniu jest jak zasiedlanie Dzikiego Zachodu. W sumie Mars nawet nie jest żadną Czerwoną Planetą – ma błękitne niebo i błękitny piasek, a kanałami płyną rzeki – tak, tak, bo przecież to jeszcze ten czas, kiedy funkcjonowała teoria marsjańskich kanałów. Przyznam, że to mnie nawet rozczuliło, bo sama pamiętam jakieś stare programy czy czasopisma, gdzie o tym całkiem poważnie mówiono – choć zapewne w kontekście historycznym, bo nie mam prawa pamiętać faktycznie czasów wiary w te kanały – nawet moi Rodzice mieliby kłopot z pamiętaniem tego.
Jasne, jeśli patrzeć na ten zbiór opowiadań wyłącznie pod względem… hm… merytorycznym, książka bezlitośnie się postarzała i nie zostało z niej kompletnie nic: kanały, Marsjanie, klimat, a wreszcie historia ludzkości: bądź co bądź, rzecz w Kronikach… dzieje się na przestrzeni lat 1999-2026. Autor każe nam czytać o pierwszej załogowej wyprawie na Marsa, która miała miejsce w 1999 r.! Jak tu się nie uśmiechnąć?
Ano całkiem zwyczajnie – bo to nie ma żadnego znaczenia. Bo to nie jest książka, którą można by rozpatrywać tylko jako zbiór potencjalnie historycznych faktów. Bo to nie jest o samym podboju Marsa, ale o jego zdobywcach – ludziach.

Widać ducha czasu. Widać powojenne rozczarowanie ludzkością, strach przed kolejnymi, jeszcze gorszymi wojnami, strach przed kataklizmem atomowym. Człowiek w Kronikach… jest małostkowym, agresywnym ignorantem, który jeśli czegoś nie rozumie, musi to zniszczyć. Który niszczy zarówno celowo jak i mimochodem. Autor nie sugeruje tego wszystkiego czytelnikowi w subtelnych aluzjach, tylko pokazuje wprost: oto na Marsie, planecie na swój sposób mistycznej, starożytnej, a nade wszystko pięknej, lądują ludzie – i pierwszą rzeczą, którą robią, jest ciśnięcie puszki do rzeki, zwymiotowanie po pijaku w wymarłym mieście Marsjan czy deptanie wyschniętych kości tubylców.
Tu i ówdzie pojawiają się jednostki, które potrafią uszanować Marsa i które nie mają złych zamiarów, ale one giną w tłumie, nie są w stanie zahamować ludzkiej fali, jaka przetacza się przez planetę.

W pierwszej chwili miałam wrażenie, że to raczej dość humorystyczne historyjki, bo początkowe opowiadania są raczej lakoniczne i niewiele jest mowy o Marsie czy o ludziach. Pewne wydarzenia po prostu się rozgrywają, opisane są zresztą z rewelacyjnym humorem, po czym czytelnik jedzie dalej. Z czasem jednak miałam wrażenie, że klimat tych opowiadań stawał się coraz cięższy. Zaczęły pojawiać się całe akapity, których do tej pory nie mogę wyrzucić z głowy – bo jakkolwiek opisów jest właściwie mało i czasem nawet nie miałam pojęcia, jak wyglądają główni bohaterowie, to jak już się jakiś opis pojawia, jest najzwyczajniej doskonały i wbijający w fotel. Opisy wyraźnie tworzą nastrój konkretnych scen, by przekazać konkretne wnioski, a nie są zwykłym ozdobnikiem.
No i bardzo mi się podobała kompozycja całości: konkretne historie jednostek przeplatają się ze skrótowymi relacjami, jak ten podbój ogólnie dalej się rozkręcał, pojawiają się na ich tle. I, choć pozornie to wszystko są niepowiązane ze sobą historyjki, to jednak tu i ówdzie wracają znani już bohaterowie czy mówi się o wydarzeniach opisanych w którymś z wcześniejszych opowiadań, dzięki czemu całość sprawia wrażenie, jakby rzeczywiście były to wyrywki z kroniki poświęconej jednemu procesowi.

Co ja mogę jeszcze powiedzieć? Mamy rok 2014. Nie kolonizujemy Marsa, nie było wojny atomowej, czarni są równouprawnieni (w ogóle ciekawe, że akurat w tej kwestii autor tak bardzo się rozjechał z rzeczywistością), na Marsie nie ma kanałów, a fantastyka nie została zakazana i spalona (och, jedno z dziwniejszych i fajniejszych opowiadań, to Usher II). Ale człowiek wciąż pozostaje sobą i choć historia potoczyła się inaczej, ludzkość z tego – pesymistycznego, niestety, choć odmalowanego z humorem – obrazka Bradbury’ego jest nadal aktualna.


Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.



Wierzę w rzeczy, których dokonano, a na Marsie istnieją ślady, że dokonano tu mnóstwa rzeczy. Są tu ulice, domy, pewnie także książki, wielkie kanały i pomieszczenia, w których trzymano, jeśli nie konie, to inne domowe zwierzęta. Może dwunastonogie, kto wie? Wszędzie, gdzie spojrzę, dostrzegam rzeczy zdradzające ślady użycia. Dotykano ich, wykorzystywano przez całe wieki.
Jeśli zatem pyta mnie pan, czy wierzę w ducha używanych rzeczy, to owszem, wierzę. To wszystko tu jest. Wszystkie przedmioty, niegdyś tak powszechne. Góry też miały kiedyś własne nazwy. I nigdy nie zdołamy wykorzystać ich, nie czując się przy tym niezręcznie. Nie przywykniemy do tych gór: nadamy im nowe nazwy, ale nigdy nie zabrzmią one właściwie, bowiem stare nazwy istnieją gdzieś, skryte w otchłani czasu, i to właśnie one kształtowały niegdyś te szczyty. Imiona, które nadamy kanałom, górom i miastom, spłyną po nich niczym woda po kaczce. Nieważne, jak bardzo będziemy próbowali, nigdy nie zdołamy dotknąć sedna Marsa. A potem zacznie nas to złościć i wie pan, co zrobimy? Zniszczymy go. Zedrzemy z niego skórę, aby nadać mu nowe oblicze.

wtorek, 11 marca 2014

Fraa w czytelni (70) - "Zły"


Autor: Leopold Tyrmand
Tytuł: Zły
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Wydawca: Wydawnictwo MG

Metryczkę zmyśliłam. Znaczy nie zmyśliłam, a wzięłam z internetów – prawdziwe pochodzenie mojego ebooka jest równie szemrane, co pochodzenie biletów na pewien mecz Polska-Węgry w 1954.

Prawda jest taka, że gdyby nie wyzwanie czytelnicze, nigdy w życiu bym po tę książkę nie sięgnęła. Owszem, jest o Warszawie – bardzo o Warszawie. Warszawskość wylewa się z każdej strony i jest wpychana czytelnikowi szpadlem wprost do mózgu. Ale mój patriotyzm lokalny ma swoje granice – fabularnie ta powieść to zupełnie nie są moje klimaty. Ani dziejami czy kulturą PRLu się nie jaram, ani nie jestem fanką kryminałów. A jeśli to mało, żeby mnie odstraszyć, to mamy jeszcze wątek miłosny.
No ale wyzwanie.

Nie ukrywam, że tę książkę czytało mi się… trudno. Może nie jakoś bardzo źle, ale trudno. To nie jest rzecz do łyknięcia w dwa wieczory – i nie chodzi tylko o długość, choć ta też swoje robi. Tym bardziej, że dialogi są zapisywane bez enterów, więc strony są bardzo uczciwie zapchane.
Ale chodzi o klimat, który przetacza się po tej książce. Rzecz dotyczy warszawskich chuliganów i ogólnie nizin społecznych. Ludzie są brudni, spoceni, wulgarni i okrutni. I całe miasto takie jest: przypadkowy przechodzień nie może być pewny dnia ani godziny, kiedy ktoś go pobije do nieprzytomności. Można mieć tylko nadzieję na przeżycie. I nawet nie chodzi o kradzież – wtedy to by było bardziej do przełknięcia. Ale okrucieństwo w powieści jest w większości przypadków zupełnie zbędne, do dotkliwych pobić i ran dochodzi właściwie mimochodem, z nudów. Gdyby nie to, że już to robię, po przeczytaniu tej powieści zaczęłabym paranoicznie unikać wszystkich wokół, dopatrując się w nich degeneratów gotowych w każdej chwili podpalić mi włosy albo skopać, aż mi wypadnie ostatni ząb. Więc kiedy się czyta coś takiego w zasadzie na akord, bo wyzwanie samo się nie wygra, a miesiąc się kończy, człowiek w końcu czuje się mocno przytłoczony.
Plus, co tu dużo mówić, powieść ma parę rzeczy, które mnie trochę irytują. Po pierwsze: apostrofy do warszawskiego… wszystkiego! Bardzo egzaltowane, pełne uwielbienia i patosu. Do lodowisk, do kamienic, bram, bazarów, fryzjerów, kurzu, lirycznych pączków (no dobra, „liryczne pączki” brzmią akurat epicko…), kawiarenek i Jeżuś wie do czego jeszcze. Owszem, te elementy – zazwyczaj otwierające rozdział – miały swoje uzasadnienie: zapowiadały miejsce akcji. Niemniej były nieproporcjonalnie rozdmuchane w stosunku do tego, ile tak naprawdę niosły ze sobą treści. I, co tu dużo kryć, ja tego nie kupowałam. Owszem, narrator próbował wmówić mi, że co prawda każde miasto ma swoje bramy, no ale te warszawskie bramy to są zupełnie, ale to zupełnie inne – a ja tej inności za diabła nie czułam. Nie wystarczy dorzucić do czegoś epitet „warszawski”, żeby to nagle nabrało jakiegoś magicznego ducha miejsca.
Irytowała mnie też Marta – w ogóle postaci kobiece w powieści są dość mdłe (nawet Olimpia Szuwar, wspaniała, silna osobowość, koniec końców jest zredukowana do damy czekającej na swojego bohatera), ale Marta to już szczyt tej nijakości. W jakiś magiczny sposób jej uśmiech sprawia, że z każdych kłopotów wychodzi cało. Lezie z obcym facetem do jakiejś szemranej dzielnicy na jakieś szemrane imieniny, a potem szok i niedowierzanie, że po paru(nastu) głębszych panowie się zaczynają do niej dobierać? Serio?
Chyba ostatnią rzeczą, która w powieści działała mi na nerwy, była muzyka. To znaczy nie samo jej występowanie, ale fakt, że narrator z uporem maniaka usiłował mi wymienić z tytułu chyba każdą piosenkę, którą ktokolwiek tam śpiewał lub grał. Oczywiście, większość tych tytułów nic mi nie mówiła, więc ślizgałam się po tym tekście, zastanawiając się, czy to naprawdę aż tak ważne i czy ta scena byłaby dużo uboższa, gdybym nie znała całego repertuaru jakiegoś barowego muzykanta.

Ale z drugiej strony, powieść ma mnóstwo zalet: po pierwsze więc – Warszawę. Nie tę w apostrofach, tylko tę w tle. Znajome ulice i place, napisy, które widywałam każdego dnia jeżdżąc do liceum. Warszawa, którą znam – a z drugiej strony, w dużo trudniejszym czasie, bo przecież to Warszawa z początku lat pięćdziesiątych. I akurat te opisy mi się szalenie podobały: podkreślające, że miasto podnosi się ze zgliszcz po wojnie. Place budowy przeplatały się ze zrujnowanymi szczątkami kamienic, gdzie ludzie próbowali wieść normalne życie – zainstalowani gdzieś na piętrach, mimo że nie zawsze istniał parter. To wszystko było niesamowicie fajnie ukazane.
Dalej: bohaterowie. Podobali mi się z dwóch względów. Po pierwsze więc, chodzi o ich ksywki. Jeśli Tyrmand już jakąś postać nazywał, to miażdżył tym system. Meteor i Kruszyna to tylko początek długiego sznurka cudownych nazwisk… lub ksywek, no tak. Momentami trudno było nadążyć, co jest czym. Wilga, Wirus, Merynos, obywatel Kudłaty, Kolanko, Kompot, Dziarski, Śmigło, Mefistofeles, Bratek, Moniek, Laweta, Wąsik… i tak dalej. Nie mogłam przestać zacieszać, kiedy czytałam te cudowne miana. Ale ci bohaterowie byli mocni też z innego względu. Oni po prostu wywoływali emocje – i to często skrajnie sprzeczne, w dodatku w tej samej chwili. Bo z jednej strony bywali sympatyczni, lubili dobrze żyć – cóż, jak każdy. Mieli swoje pasje, jak… no, jak nie każdy, ale jak niektórzy. Wilga żył samochodami, Kruszyna czytał. Z drugiej strony, to wszystko była banda zwyrodnialców, nie cofających się nawet przed zakatowaniem człowieka na śmierć. I jakkolwiek ich lubiłam, przez całą książkę jednak życzyłam im jak najgorzej.
Podobał mi się też w powieści humor. Począwszy od – tak myślę – niezamierzonego, czyli momentami dramatycznie sztucznych dialogów, które nawet nie próbują udawać naturalnych (choć ogólnie język i styl w powieści jest świetny i pozwala do reszty zanurzyć się w świecie warszawskich zwyrodnialców), poprzez eufemistyczne, urokliwe opisywanie bluzgów, dziwne sformułowania (moimi faworytami jest „parówkowa orgia” i „Wszystkim zrobiło się naraz jakoś bardzo przyjemnie i zaczęto rozmawiać o dokuczliwej epidemii grypy”, a także przepiękny zwrot „Zatrzaśnij się, Meteor”), humor sytuacyjny (dość często związany z kacem), mądrości życiowe Wilgi („Gin, jak się okazuje, należy pić szybko i w dużych ilościach”), kończąc na malowniczych opisach tu i ówdzie.


„Mój ojciec chodził nieustannie pijany i w chwilach gdy mnie nie był, brał mnie na kolana i zionąc wódką śpiewał mi ulubioną swoją piosenkę o ułanie, który wrócił na urlop do domu, zaproszony został na wesele i wymordował kawaleryjską szablą cały ślubny orszak, ponieważ poczuł się czymś urażony. Cała ta historia miała jakoby dziać się ongiś na Czerniakowskiej ulicy, zaś ułożona w piosenkę stanowiła jeden z hymnów warszawskiego rynsztoka; muszę przyznać, że w tym czasie czyniła na mnie ogromne wrażenie i każdą uroczystość rodzinną, imieniny czy chrzciny, uważałem za całkowicie nieudaną, o ile nie kończyła się rozprawą nożową i Pogotowiem.”


No i akcja. Choć akcja nigdy nie była dla mnie priorytetem i choć w Złym przez pierwszy tydzień czytania nie wygrzebałam się poza ekspozycję bohaterów, koniec końców okazało się, że akcja jest bardzo mocną stroną powieści. Dynamiczne momenty są naprawdę dynamiczne, a jeśli są flaki i krew, to niemal się widzi tę krew na własnych rękach. Pościg był tak sugestywny i świetnie napisany, że kiedy narrator uświadomił mi nagle, że toczy się w zawrotnym tempie 80km/h, poczułam się nieco wytrącona z równowagi, bo ja oczami duszy widziałam te samochody prujące z dwieście na godzinę. No ale cóż… lata pięćdziesiąte.
Dodatkowym plusem jest też sama intryga, tożsamość tytułowego Złego, a nade wszystko: pan w meloniku. Pan w meloniku jest moim niekwestionowanym numerem jeden tej powieści, uwielbiam go i nieustannie mu kibicowałam. Wprowadza rewelacyjną nutkę kryminału w starym stylu, chyba jedynego, jaki jestem w stanie łyknąć. No i, najzwyczajniej w świecie, jest szalenie sympatyczny.

Teraz może zalecieć spoilerem, no ale trudno.

Jest jeszcze coś, o czym nie mogę nie wspomnieć przy okazji Złego: superbohater. Poza tym, że książka jest opowieścią o warszawskim rynsztoku i kryminałem, jest przecież historią naszego własnego, ludowego Batmana. Czytając nie mogłam się pozbyć z głowy myśli „czytajcie i uczcie się, bracia Kmiołek! Tak się opowiada o polskim herosie!” – bo przecież jest facet, którego historia bije na głowę traumę Bruce’a Wayne’a. Są realia, które czuć PRLem, które nie mogłyby nawet leżeć w pobliżu tego, co mają nam do zaoferowania produkcje amerykańskie lub Amerykę klonujące. Tak jak w przypadku Batmana, są podzielone opinie na temat naszego tajemniczego rycerza, który pod osłoną nocy walczy ze złem – inne zdanie ma milicja, prasa, wreszcie różnie do tego podchodzi zwykły, prosty lud. Niektórzy źle interpretują motywy i działania Złego. Na miłość Jeżusia – w tym jest wszystko, czego potrzeba do stworzenia prawdziwie rodzimego superbohatera. Aż szkoda, że taki potencjał gdzieś zaginął – bo powieść niby bardzo znana, tylko ja na przykład jeszcze do niedawna się z nią nie spotkałam i nie znam wielu osób, które się z nią spotkały (szczególnie przed wyzwaniem). A przecież… na co komu Biały Orzeł, kiedy ma się Złego?




Jeden z filozofów obliczył, że warszawiacy wdychali wtedy cztery cegły rocznie. Warszawiacy oddychali budową – nie była to metafora, lecz ciężka, zakurzona, ceglana i pylasta prawda. Trzeba zaś bardzo kochać swe miasto, by odbudowywać je za cenę własnego oddechu. I może dlatego Warszawa z pobojowiska gruzów i ruin stała się znów dawną Warszawą, wieczną Warszawą, tą samą Warszawą – mimo nowych kształtów ulic i konturów domów – że warszawiacy powołali ją do życia, tchnąwszy w jej ceglane ciało swój własny, gorący oddech.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...