piątek, 7 marca 2014

ZaFraapowana filmami (93) - "Star Trek: The Wrath of Khan"

Długo mnie tu nie było. Wyzwanie startrekowe z jednej strony mnie wsysnęło po całości, z drugiej zaś szeptało podstępnie „nie trać czasu na blogowanie! Oglądaj! Tyle filmów, tyle odcinków przed tobą!” – ale postanowiłam wreszcie się ogarnąć.
Nawiązując do komentarza spod poprzedniego wpisu, odniosę się do recek Nostalgia Critica – tak, wiem, że Gniewu Khana akurat nie recenzował. Ale chodzi mi o całokształt – bo to właśnie za pośrednictwem filmików NC dowiedziałam się, że ponoć pełnometrażowe Star Treki dzielą się na dwa rodzaje: nieparzyste, które generalnie są gówniane, i parzyste – czyli te dobre. I The Wrath of Khan, jako drugi film z serii, łapie się jako ten dobry.
I tu pragnę złożyć oświadczenie: ten podział jest o kant zadka potłuc.

Drugi film z pełnometrażowych Star Treków nie jest dobry z bardzo wielu powodów. To znaczy niech mnie nikt źle nie zrozumie: on nie jest zły. Nie, zły będzie The Final Frontier, temu po prostu wiele, wiele brakuje, by móc o nim powiedzieć, że jest dobry. Począwszy od fabuły: tu było mi szczególnie przykro, bo pierwszy film dawał niesamowity potencjał (aha, to będzie jedna wielka spoiler-notka, w razie gdyby ktoś wiązał swoją przyszłość z pełnometrażówkami ST). Bądź co bądź, powstała nowa forma życia – forma życia, kuźwa! Krzyżówka maszyn (żyjących maszyn, podkreślam!) i ludzi. Przecież za pośrednictwem Voyagera mógł nastąpić kontakt z absolutnie niesamowitą cywilizacją – tą, która dała mu życie. Czy to serio mało, żeby zrobić z tego film? Tymczasem wałek: w The Wrath of Khan zapominamy zupełnie o tym, co zdarzyło się w The Motion Picture i kręcimy sobie dalej jakieś małe przygody. Przykro patrzeć na takie marnotrawstwo materiału. To samo dotyczy Spocka, który był obcy i niesamowity w pierwszym filmie, a tu wrócił do modelu serialowego sympatycznego koleżki ze spiczastymi uszami.
Ale, żeby nie było: pomysł tutaj też był niczego sobie. Przecież wracamy do Khana, którego widz mógł już poznać w odcinku pierwszego sezonu, Space Seed. Khan to nadczłowiek, zesłany przez Kirka wraz z siedemdziesięcioma innymi nadludźmi na niezamieszkałą planetę. Genetycznie zmodyfikowany, dwudziestowieczny geniusz zbrodni i władca całkiem sporego kawałka Ziemi, który przetrwał dwieście lat w hibernacji na pokładzie statku Botany Bay. Gniew Khana? Wow, brzmi obiecująco. Wow, nadludzie rozsierdzili się. Będzie co oglądać. Kirkowi przyjdzie ścierać się przecież z niesamowitą siłą – zarówno mięśni jak i umysłu. Wow.

Tyle że nie.

kadr z filmu
Powiem wprost: Khan (Ricardo Montalban) jest debilem. Po prostu. Jest głupi, jest tylko jakimś niewydarzonym, podstarzałym hipisem, którego życiowa filozofia to Khan smash! – zero dumy, zero inteligencji. Owszem, dużo mówi się o jego intelekcie, ale tego w ogóle nie widać w działaniu. Widać za to całkiem sporo kompleksów. Począwszy od pierwszej sceny z jego udziałem, kiedy dziwi się, że Czechow nie opowiedział o nim kapitanowi Terrellowi. Ileż tam było niemego rozczarowania pod tytułem „ueee? Nie opiewają mnie w pieśniach?” – i później widać było tę samą tendencję. Jeśli ktoś rozpoznawał bądź pamiętał Khana, Khan zacieszał. Jeśli nie – Khan był smutną pandą. A co z jego uber planem uśmiercenia Kirka i przejęcie Genesis? Cóż, jeśli idzie o Genesis, to mniej-więcej tyle samo (czyli w sumie nic) osiągną Klingoni w kolejnym filmie. A z tym uśmiercaniem Kirka… po pierwsze: skąd w ogóle ta obsesja? Ona nie pasowała do Khana. Khan w odcinku serialu był honorny, czarujący, doceniał dzielnych wojowników, doceniał odwagę (przecież z tego względu nie poderżnął gardła choćby McCoyowi), z uśmiechem na ustach manipulował ludźmi i sprawiał, że robili to, czego on chciał, a myśleli, że to oni tego chcą – jego odejście na Ceti Alpha V zaś było w gruncie rzeczy przysługą, odbyło się za porozumieniem stron, a Khan był wręcz zadowolony: bądź co bądź zamiast sądu, Kirk wycofał wszystkie zarzuty i – jak to ujął sam Khan – dał mu to, czego Khan chciał: imperium do zbudowania. Że niby pół roku później planeta obróciła się w pustynię? Cóż, ktoś tak inteligentny jak Khan powinien chyba ogarnąć, że Kirk tego nie wiedział i że nie zesłał dwudziestowiecznych nadludzi celowo w miejsce, gdzie wkrótce miała rozpanoszyć się wietrzna pustynia. Nie było żadnego powodu do obsesji, jaką w filmie pełnometrażowym miał Khan na punkcie Kirka. Ten zarzut, że Kirk nawet nie zajrzał, żeby sprawdzić, jak im idzie, był – z całym szacunkiem – z dupy wzięty. A dlaczego miałby sprawdzić? Nigdy nie było mowy o tym, że będzie ich odwiedzał co parę miesięcy.
Słowem: Khan z pełnometrażówki ma się nijak do Khana z odcinka Space Seed. Szkoda, bo tamten serialowy miał niesamowity potencjał, a po latach widz dostaje jakąś tandetę z kiosku Ruchu. Filmowy Khan jest niezbyt rozgarnięty (sorry, pokazanie książek i szachownicy we wnętrzu wraku Botany Bay nie wystarczy, żebym uwierzyła w intelekt postaci), bezsensownie mściwy i małostkowy, co ma się nijak z tym, co mówił w serialu Spock: że naukowcy zapomnieli, że wraz z nadludzkimi zdolnościami idą również nadludzkie ambicje. Khan nie ma ambicji. Ma tylko swoją dziwaczną obsesję.

Mój drugi wąt dotyczy doktor Carol Marcus (Bibi Besch) – ej: przez trzy sezony Kirk, za przeproszeniem, obracał kobietę za kobietą. Było absolutnym świętem, jeśli w odcinku pojawiała się samica i się nie zakochiwała w naszym dziarskim kapitanie. Dużo fajniej, moim zdaniem, wypadłoby, gdyby na potrzeby filmu wybrać którąś z kobiet już znanych, zamiast sypać z rękawa jakąś doktor Marcus, o której nikt wcześniej nie słyszał.

Ale żeby nie było: były i pozytywne zaskoczenia w tym filmie. Głównie mam tu na myśli Saavik (Kirstie Alley) – Romulanka jest po prostu świetna. Udało jej się być rozsądną, logiczną kobietą, nie pretendującą jednocześnie do bycia jakimś tanim zastępczakiem Spocka. No i uwielbiam to jej nieustanne spojrzenie typu „oni wszyscy są idiotami, ale rozkaz jest rozkaz, więc robię”.

kadr z filmu
Odchodząc już od bohaterów: film jest tak naprawdę dość bliski serialowi – mam tu na myśli ogólny klimat. Tak jak The Motion Picture pokazywał coś zupełnie nowego, tak tutaj mamy taki uśmiech w stronę starych, dobrych przekomarzanek McCoya i Spocka, romansów Kirka czy jego obsesji na punkcie statku (świetnie pokazanej, kiedy Saavik wyprowadzała Enterprise z doku – Kirk miał wyraz twarzy i ogólną postawę pod tytułem „NIE, zupełnie mi nie przeszkadza, że to nie ja, tylko jakaś spiczastoucha lafirynda siedzi na moim foteliku i kieruje MOIM statkiem… zupełnie mi z tym dobrze, kurwa, tylko dajcie mi coś rozpieprzyć, bo nie zdzierżę!”). Monumentalnych, przepięknych i długich scen do podziwiania statku nie ma tyle co w pierwszym filmie, ale tu i ówdzie też jest na co popatrzeć.
Nie do końca rozumiem, czemu podkreślano fakt, że Kirk nigdy nie stał w obliczu śmierci – jeśli dobrze pamiętam serial, ludzie padali tam jak muchy – i nie mam tu na myśli wyłącznie redshirtów. Przecież kapitan tracił też bliskich i sam znajdował się w śmiertelnym zagrożeniu nie raz. Jak można do tego stopnia to wszystko bagatelizować?
Choć muszę przyznać, że w ogóle jeśli chodzi o śmierć, to wszystkie zgony w tym filmie nie ruszyły mnie tak, jak awaria transportera z pierwszego filmu. Ale tamta scena była naprawdę creepy.
Co jeszcze nie trzyma się kupy? Robale, wpuszczone do uszu Terrella i Czechowa. Mieli być podatni na sugestie, oszaleć i umrzeć. Kapitan Terrell przeszedł od razu z podatności do umierania, a robal z czerepu Czechowa po prostu… wylazł. Czemu on wylazł? Czemu Czechowowi nic się nie stało? Gdzie to szaleństwo i wogle? Tyle gadania, a ostatecznie nic z tego nie było.

Cóż ja tu jeszcze mogę powiedzieć…? Miałam sporo notatek, ale nie chce mi się do nich zaglądać, więc na tym poprzestanę. Ten film jest ładny, choć odwłoka nie urywa. Jest tyle o ile ciekawy. Rozczarowuje, niestety, bohater, który powinien być największym atutem. Na plus należy policzyć Saavik, no i fakt, że bohaterowie wreszcie nie chodzą w kalesonach, tylko mają fajne mundury. Choć wszyscy są redshirtami, co jest nieco niepokojące. Ale nawet kurtki mają i skafandry, co w ogóle jest czystą niesamowitością. No i bohaterowie są starzy – tak, to dla mnie w ogóle fajny aspekt tych filmów. Kirk i reszta załogi to już nie są młodzi i piękni herosi, tylko starsi ludzie, których drogi rozeszły się w różnych kierunkach, którzy mają swoje problemy i swoje zadania. To jest fajne, bo nieczęste w filmach. No i ostatnia rzecz, która mi się podobała: końcówka. Poświęcenie Spocka, choć widzę tam parę luk, wciąż wypada ładnie. I pogrzeb też. Ale o tym wspomnę szerzej przy okazji kolejnego filmu.




– I'm going down to the station.
(…)
– Begging the Admiral's pardon: General Order 15: 'No  flag officer shall beam into a hazardous area without armed escort.'

– There is no such regulation.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...