środa, 26 lutego 2014

ZaFraapowana filmami (92) - "Star Trek: The Motion Picture"

Jak już wspominałam, tkwię w maratonie ST. Jak również wspominałam, przede mną był pierwszy z pełnometrażowych filmów, The Motion Picture z 1979 r. w reżyserii Roberta Wise’a (odpowiedzialnego też za montaż w Obywatelu Kane, a także reżyserię takich filmów jak Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, West Side Story i Dźwięki muzyki; czterokrotnego zdobywcę Oscara, odznaczonego National Medal of Arts). No dobra, tak naprawdę to wiele wyjaśnia… To znaczy prawdę mówiąc dopiero w tej chwili zorientowałam się, kto ten film reżyserował, ale po prostu to mi się wreszcie zaczyna układać.

Chciałabym jakoś zgrabnie i tyle o ile inteligentnie podsumować swoje wrażenia z seansu. Szukam odpowiednich słów, jakichś ładnych porównań czy fraz…
Ujmę to może w ten sposób:




Dziękuję za uwagę, dobranoc.



Wróć, Froo. Wypadałoby uzasadnić, aye? Do roboty więc.

Dobrze, bądźmy szczerzy: początki nie zapowiadały czegoś tak zjawiskowego. Przez ładnych kilka minut widz dostaje… hm… wygaszacz ekranu. Serio, miałam taki w którychś windowsach. Wiecie, ten z wrażeniem lotu przez kosmosy. W połowie zaczęłam się zastanawiać, czy to już tak do końca będzie, czy ki czort. By oddać sprawiedliwość produkcji, hevi zasugerowała, że to mogła być uwertura, a my jesteśmy amuzykalne ćwoki (ok., ujęła to inaczej, ale wiadomo, o co chodzi). Nie wykluczam tego, bo jestem osobą, która musi odpalić Wikipedię, żeby w ogóle sprawdzić, co to jest „uwertura”. Acz w sumie niezależnie od tego, czy to uwertura czy nie, wniosek miałam i mam nadal ten sam: to mogło być dobre w kinie – wkręcało widzów w klimat. Jak się ogląda na kompie, magia znika i zostaje… no właśnie: wygaszacz ekranu.
Niemniej później zaczyna się film i tutaj wszystko diametralnie się zmienia. 

kadr z filmu
Zacznijmy od tego: ROZMACH. Whoa! W serialu wszystko było z tektury i starych firanek, kosmiczny zwierzak zaś był zmontowany z jorka i papier-mâché. A tutaj… tu tak to wszystko jest epickie i zapierające dech w piersi (znów podpowiadają mi Internety: budżet TMP wynosił 35 mln dolarów i był przeszło trzykrotnie wyższy niż powstających w sumie równocześnie Gwiezdnych Wojen). I powiedziałabym, że są okrutne dłużyzny, ale to są przepiękne dłużyzny: ładnych kilka minut widz może wraz z Kirkiem podziwiać wyremontowanego Enterprise, podobnie mnóstwo czasu zostało poświęconego na dokładne pokazanie dziwnego, obcego… czegoś, naprzeciw czemu Enterprise ma polecieć. Oglądając ma się wrażenie, że oto twórcy wreszcie dostali do rąk narzędzia, by pokazać fanom wszystko to, czego nie mogli pokazać w serialu. Ma się wrażenie, że się w tym pławią i z lubością pokazują, metr po metrze, piękny kadłub Enterprise, który niegdyś był tylko dość toporną makietą.
Jasne, nie jest perfekcyjnie. Chociaż po pewnym czasie pojmuję ten zamysł, niezmiennie bawił mnie lewitujący człowieczek za każdym razem, kiedy była jedna z tych monumentalnych scen. Gdyby pojawił się raz, nie zwróciłabym uwagi – ale on był stałym elementem. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to takie kuriozalne cameo samego Roddenberry’ego, jak ręka Gibsona w Pasji.
Ale skoro już mieliśmy dzięki Roddenberry’remu (nadal jestem przekonana, że to był on!) porównanie wielkości, to z kolei dziwnie malutki wydał się Enterprise w jednej z końcowych scen, gdzie część załogi wychodzi na zewnątrz. Nieco się to gryzło z tym, co pokazywano widzom dotychczas.
Jeśli już narzekam, to wspomnę jeszcze o kostiumach: powiem krótko – nie podobały mi się. Nie widzę większego sensu w zastępowaniu wcześniejszej, wyrazistej kolorystyki tymi mdłymi pastelami. No i nie ukrywam, że tęskniłam do starych, dobrych miniówek żeńskiej części załogi – ot, taka tam siła przyzwyczajenia. McCoy w koszuli a’la Elvis też średnio się sprawdzał – ogólnie był chyba odpowiedzialny za podprogowy przekaz „to są lata siedemdziesiąte”.



kadr z filmu
Ale to chyba całość narzekania na ten film – na pewno częściowo wynika ono z tym, że jednak minęło sporo czasu od premiery, częściowo zaś z przyzwyczajenia.
Z drugiej strony, bardzo biedne byłoby oglądanie tego filmu bez wcześniejszego obejrzenia serialu. Rzecz w tym, że TMP prezentuje widzom starą, znaną i lubianą ekipę, ale po latach – ich drogi dawno się rozeszły, każde zajęło się swoimi sprawami, Spock wrócił na Volkan, Kirk dochrapał się stopnia admirała (nie takie fajne, bo tym samym musiał rozstać się z Enterprise), Scotty nadzorował wspomnianą już przebudowę statku, a McCoy zapuścił brodę i został hipisem otworzył prywatną praktykę lekarską. I tak dalej. Jedną z fajniejszych rzeczy jest oglądanie tych wszystkich bohaterów, których – tak przynajmniej mogło się zdawać – znamy na wylot, jak się przez te lata zmienili. Oni i relacje między nimi. Oczywiście, najwyraźniej to widać na przykładzie Spocka. Teraz, kiedy jest bardziej Volkanem niż człowiekiem, robi się coraz bardziej creepy. Jego pierwsze spotkanie z Kirkiem – dawnym przyjacielem przecież! – to gadanie do siebie przez narosły przez te lata mur niezrozumienia.
Owszem, samo pokazanie Enterprise, zarysowanie sytuacji i dokładna prezentacja bohaterów, całe to swego rodzaju „zebranie drużyny”, zajmuje mnóstwo czasu. Coś, co teoretycznie jest tylko wstępem do właściwej akcji, tutaj jest nie mniej ważne od tego, co później nastąpi. Ale dzięki temu właśnie bohaterowie z TOSa stają się wreszcie postaciami z krwi i kości. Nie ma już głupkowatego marysuizmu czy utartych powiedzonek, za to jest – jakkolwiek tak bardzo koszmarnie to zabrzmi – głębia. Ale serio, nie wiem, jak inaczej to nazwać. Kirk (no co, jest głównym bohaterem, więc oczywiste, że na nim najlepiej to widać) nagle staje się tak dramatycznie realistyczny, widz czuje jego dramat – kapitana, którego odsunięto od ukochanej Enterprise, który musi ustąpić przed młodszymi, który wreszcie jest skłonny zrobić wiele, by odzyskać to, co utracił.
Ach, ale tu wchodzi kolejna sprawa: konflikt międzypokoleniowy, który został bardzo fajnie zarysowany. Doświadczenie kontra nowe technologie. I, co zawsze lubiłam w Star Trekach, nie ma przedstawionych łopatologicznie żadnych wniosków ani jakiejś jednoznacznej oceny. Kirk nie wychodzi z tej konfrontacji z czystym kontem, ale i Decker… cóż, bardzo widać, że Decker to taki potencjalny Kirk kolejnego pokolenia.

kadr z filmu (Decker i sonda-Ilia)
Wbrew pozorom jednak, to nie jest rzewliwa obyczajówka. Tyle tylko, że teraz będą spoilery, bo będę się zachwycać czymś, co jest jednym z istotniejszych fragmentów fabuły.
Okazuje się, że V’Ger to maszyna. Dobra, jest to dość znany patent, maszyny kontra ludzie, bezduszne tryby kontra życie i takie tam. Tyle tylko, że ten film zupełnie odwraca perspektywę. Maszyny nie są sztuczną inteligencją, nie są jakimiś zbuntowanymi gadżetami istot żywych. One same żywe. To inna forma życia, ale jednak życia. Jasne mieliśmy już hortę w odcinku The Devil in the Dark – formę życia opartą na krzemie. Ale sęk w tym, że – o ile ogólnie człowiek ogarnia możliwość istnienia innych form życia niż te węglowe – o tyle jakoś maszyna znajduje się poza tą pulą. Maszyna może najwyżej udawać życie, jeśli jest dostatecznie podobna do człowieka.
Ale nie w Star Trek: The Motion Picture.

I dalej jeszcze większy spoiler.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie w ogóle sam V’Ger. Było coś fajnego w tym, że zdołał wrócić po latach. Że zyskał życie i świadomość. W ogóle muszę przyznać, że cywilizacja, do której musiał dotrzeć, to wspaniałe istoty: obdarzyli go życiem, rozbudowali, umożliwili powrót tam, gdzie miał spotkać swojego Stwórcę. A u nas? Najwyżej by rozmontowali i sprzedali na złom.

Między tymi wszystkimi zachwytami nie mogę nie wspomnieć, że na mnie największe wrażenie zrobiła scena awarii transportera. Był to chyba jedyny raz w życiu, kiedy tak bardzo stwierdziłam, że chyba jednak idea teleportowania się mnie nie przekonuje. Ten moment w filmie był przerażający i wrzynający się w pamięć.

Żeby nie było: to nie do końca tak, że siedziałam z zapartym tchem i wyłącznie chłonęłam film. Po pierwsze, w ogóle nie byłam przygotowana na tak niesamowicie rewelacyjne widowisko. Po drugie, mimo wszystko znam tych bohaterów i ich lubię, i nie mogę się powstrzymać od wrzucania w najmniej stosownych momentach „He’s dead, Jim!” i takich tam rzeczy. Tak samo jak nie mogłam przestać się śmiać z wyszczuplającego kroju munduru Kirka. No i tego człowieczka, który – gdyby tylko nie próżnia – na pewno krzyczałby „ŁIIII!”, lecąc tak przez przestrzeń. Ale to tylko takie tam uśmiechy wynikające z mojej sympatii dla settingu. Nie zmienia to faktu, że Star Trek: The Motion Picture to całkowicie niesamowite widowisko, piękne, spektakularne i mądre, ze świetnymi postaciami i świetnym przekazem. Ach, no i genialną muzyką. Wcale się nie dziwię, że był nominowany do Oscarów, Złotych Globów i Saturnów. Znaczy dobrze, dziwię się nominacjom za kostiumy, ale to się pewnie wplątało przypadkiem.




– I'm sorry, Will.
– No, Admiral. I don't think you're sorry. Not one damned bit. I remember when you recommended me for this command. You told me how envious you were and how much you hoped you'd find a way to get a starship command again. Well, sir, it looks like you found a way.

wtorek, 25 lutego 2014

ZaFraapowana filmami (91) - Star Trek: TOS & TAS

Star Treka zna każdy. Tak, wiem, generalizuję. Ale serio. Każdy. Nie mówię, że każdy jest fanem, ale nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł pytać „ale ossso chozi?” w odniesieniu do czegoś, co leci w telewizji od pięćdziesięciu lat z wypadami do kina od czasu do czasu. Niemniej, jak to bywa z takimi długowiecznymi produkcjami, często zna się tylko jakiś wycinek – i ja też znałam przez długie lata tylko wycinki Star Treka. Trochę The Original Series, dużo The Next Generation (może nawet całe?), jak na lekarstwo Voyagera. Na szczęście w wyniku jakiejś niezobowiązującej rozmowy zawiązała się grupa maratonowa ST – rzecz polega na tym, żeby obejrzeć całego Star Treka. Całego. Od pilota z kapitanem Pikem, po Into Darkness, co powinno nam zająć nie więcej niż jakieś trzy lata.
Co prawda tempo poszczególnych osób w grupie trochę się rozjechało, ale ja obecnie jestem po The Original Series i The Animated Series, u progu pełnometrażówek i The Next Generation. Ponieważ dwie pierwsze serie stanowią całkiem zgrabną całostkę, uznałam, że czas najwyższy coś napisać… ewentualnie skompilować coś z pisanych na bieżąco podczas oglądania notatek, których – jak właśnie zauważyłam – łącznie z obrazkami mam 70 stron.

Seriale sci-fi w latach sześćdziesiątych nie miały lekko, szczególnie przy mocno ograniczonym budżecie. Dziś pewnie mało kto wyobraża sobie eksplorację kosmosu bez zaawansowanego CGI, a przecież wciąż do telewizyjnych klasyków fantastyki wraca się chętnie: Star Trek, Doctor Who czy choćby The Addams Family – mimo że widać tekturowe dekoracje, a charakteryzacja ledwo się trzyma na twarzach aktorów, te rzeczy nadal dobrze się ogląda. Zresztą, moim zdaniem zbędność efekciarstwa dobrze pokazuje Lexx, któremu – choć jest serialem z lat dziewięćdziesiątych – pod wieloma względami dużo bliżej do produkcji o trzydzieści lat starszych. I który niezmiennie fangirluję.
Star Trek: The Original Series ma to wszystko: dziwnie giętkie halabardy, tekturowe kamienie, sklecone z byle czego rekwizyty i całkowicie epickie kostiumy, wygrzebane najprawdopodobniej z babcinej szafy i zdarte z karniszy. W życiu nie widziałam w takim zmasowaniu jakichś starych nocnych koszul i firanek, jak w tym serialu. Co jest fajne, to pomysłowość w ich wykorzystaniu i – mimo wszystko – staranie, by wyglądało na coś innego. I tak dłoń w koronkowej rękawiczce robi za nietypową roślinę, morderczy android zaś nosi różową, kwiecistą kieckę i szlafrok. Twórcy TOSa nie znali pojęcia obciachu. Wszystko nadawało się do wszystkiego. Owszem, to daje po oczach. Odcinek What Are Little Girls Made Of werżnął mi się tak głęboko w pamięć, że przypuszczalnie będę miała już traumę do końca życia. I, żeby było zabawniej, to w niczym nie przeszkadza. Oglądając serial miałam nieustannie wrażenie, że został stworzony przez ludzi, którzy jarali się tym tak samo jak później fani. Mieli świadomość swoich ograniczeń, mieli dystans, ale jednocześnie mieli wiele do powiedzenia, więc robili co mogli z tym, co mieli. To sprawia, że owszem, płakałam ze śmiechu, widząc niektóre rekwizyty czy dekoracje, ale to najwyżej wzmacniało moją miłość do serialu.
kadr z odcinka What Are Little Girls Made Of
Bo, jak już wspomniałam, Roddenberry i inni mieli w głowach rewelacyjny świat i opowieści, które chcieli przekazać widzom. Opowieści bardzo zróżnicowane, poważniejsze lub bardziej komiczne, z happy endem lub bez, ale z całą pewnością wciągające i, mimo wszelkich technicznych niedociągnięć, ładnie pokazane.
Nie ma najmniejszego sensu przytaczać, o czym są konkretne odcinki, zresztą zajęłoby to zdecydowanie za dużo miejsca i czasu. Mamy telepatów, politykę, obcowanie z innością, światy równoległe, podróże w czasie, a to wciąż tylko niewielki wycinek poruszanych tematów. Przede wszystkim atutem wszystkich tych historii było niepodawanie wszystkiego na tacy. Widz sam może sobie wymyślić, co jest głównym dylematem w danym odcinku, no i sam może wyciągnąć wnioski i dokonać oceny prezentowanych postaw. Bo praktycznie wszyscy „źli” bohaterowie w swoich głowach są tymi dobrymi – wszyscy wierzą w słuszność swoich spraw, tak samo jak Kirk i pozostała załoga Enterprise wierzy w słuszność ichniej misji. Nieporozumienia wynikają z różnic kulturowych, z niefortunnych doświadczeń i tak dalej. Dla przykładu tylko podam Who Mourns for Adonis, The Conscience of the King albo A Taste of Armageddon. Inną rzeczą, która mi się też podoba, są nieszablonowe zakończenia. I owszem, przede wszystkim myślę tutaj o jednym z pierwszych odcinków, Charlie. Jeśli miałabym dopatrywać się wad, to wskazałabym tu głównie na skrótowość. Czasami rzeczywiście wystarczyło zasygnalizować problem i fajnie to wychodziło, ale czasami miałam niedosyt. Najmocniej chyba to odczułam w Space Seed, w którym po raz pierwszy widz spotyka Khana. Moim zdaniem w tym jednym odcinku było materiału na film pełnometrażowy.

Ale oprócz samych fabuł, są przecież bohaterowie. A ci są po prostu fajni. W dużej mierze to zasługa aktorów, owszem. Ale oni są po prostu ładnie, konsekwentnie poprowadzeni. Oczywiście, przede wszystkim nasuwa się kapitan James T. Kirk (William Shatner), który poza wachlarzem oczywistych cnót i zalet, ma parę ciekawych cech: po pierwsze, jego miłość do Enterprise. Nie jest to uczucie, które pojawiło się na potrzeby jakiegoś odcinka, a potem zniknęło. To się przewija stale. Jeśli Kirk ma do wyboru kobietę albo swój statek, wybierze statek. Jeśli ktoś spróbuje odebrać mu dowodzenie, Kirk bez mała popada w obłęd. Inną Kirkową fajną cechą jest jego fanatyczne przywiązanie do jasno określonego, „ziemskiego” systemu wartości, gdzie ceni się przede wszystkim wolność i prawdę – twierdzę, że to fajne, ponieważ te wartości w serialu bardzo często są kwestionowane. I, co ciekawe, nie zawsze Kirkowi udaje się je wybronić, a jeśli nawet, to nierzadko jest to dość gorzkie zwycięstwo, co do którego można w ogóle mieć wątpliwości, czy jest zwycięstwem.
kadr z odcinka Friday's Child
Jest też oczywiście oficer naukowy, Spock (Leonard Nimoy) – nie mam do niego zastrzeżeń poza pilotem – mam niejasne wrażenie, że nie był tam jeszcze do końca dopracowany. Ciągle nie mogę zapomnieć sceny, w której po wylądowaniu na obcą planetę wraz z kapitanem zaczął miziać jakiegoś kwiatka (och tak, o BHP napiszę trzy słowa za chwilę!) i na jego oblicze wypełzł taki błogi uśmiech… to mi nie pasuje. Po prostu nie pasuje. I później już zresztą nie było takich sytuacji (no, oczywiście nie liczę tych całkiem uzasadnionych).
Nie ma sensu wypisywać charakterystyk wszystkim bohaterom, napiszę więc tylko tyle, że wszyscy są świetni. No, poza tym stanowią istną kopalnię pamiętnych tekstów, jak „He’s dead, Jim” czy „It’s illogical”.
Inaczej ma się sprawa z postaciami epizodycznymi – to znaczy owszem, są wśród nich bohaterowie przekonujący i spójni (blondynka z The Cloud Minders, bohaterowie The Conscience of the King, czy nawet wkurwiający Mudd – który, niestety, jest bardzo wiarygodny w byciu wkurwiającym…), ale twórcy serialu nie uniknęli wpadek. Przede wszystkim mam tu na myśli odcinek Miri – z dziećmi. Te dzieci po prostu są słabe. Chłopaczek, który powinien być w wieku dojrzewania, zachowuje się jak dwulatek. W ogóle cała ta dzieciarnia, choć żyje trzysta lat, zachowuje się, jakby od wyginięcia dorosłych minęły trzy dni, a one są wciąż w euforii, że nie muszą myć rąk przed jedzeniem i mogą kłaść się spać, kiedy chcą. Kompletnie tego nie kupiłam.

No i jeszcze jedna istotna dla Star Treka kwestia: BHP załogi Enterprise. Wymieniłabym to właściwie jako wpadkę, ale z drugiej strony, to jest coś tak stałego i konsekwentnie ciągniętego przez wszystkie sezony, że człowiek zaczyna to traktować po prostu jako taki smaczek, charakterystyczną cechę, odróżniającą ten serial od całej reszty.
Wedle wszelkich prawideł i zdrowego rozsądku, na Enterprise nie powinien ostać się nikt żywy. Ci ludzie robią absolutnie wszystko, żeby zginąć w jakiś fikuśny sposób. Nie mają ciepłych ubrań, kiedy wybierają się na lodową planetę. Zostawiają komunikatory gdzie popadnie. Wszystkiego dotykają gołymi rękami. Swego czasu śmiałam się, że w Prometeuszu ci wszyscy uczeni zachowują się jak głupki, bo zdejmują te swoje hełmofony będąc na obcej planecie i smyrają obce formy życia bez żadnych zabezpieczeń. Teraz widzę, że to ma ogromne tradycje. I, co ciekawe, jednak w Star Treku bardzo rzadko ktoś faktycznie ginie w wyniku tej bezmyślności. To znaczy tak ogólnie trup ściele się gęsto (w końcu nie darmo mają tam parę setek dziarskich redshirtów), ale debilne zachowanie i śmierć nie zazębiają się wcale tak często, jak można by przypuszczać.
Warto przy tej okazji wspomnieć też o najczęstszym składzie ekspedycji przenoszących się na wspomniane już obce globy: są to bardzo starannie wyselekcjonowani ci, którzy – zupełnym przypadkiem – są na statku niezastąpieni i których ewentualna śmierć na misji byłaby opłakana w skutkach. Czyli kapitan, pierwszy, naczelny lekarz. Ktoś mógłby zapytać, czy przypadkiem nie jest debilizmem wysyłanie na zwiad kapitana i pierwszego. Czy idea nie jest taka, że pierwszy zastępuje kapitana, w razie jeśli kapitanowi coś się stanie. Ale to nie ma znaczenia. Im wyższy oficer, tym bardziej jest popychlem na pierwszej linii. W ramach ciekawostki: pod koniec trzeciego sezonu twórcy TOSa chyba jednak zaczęli się ogarniać, bo tu i ówdzie zaczynają przejawiać myślenie. Niestety, serial urwał się, nim bohaterowie zdążyli przyzwyczaić się do tej nowej, dziwnej czynności.

kadr z odcinka The Infinite Vulcan
Trochę z obowiązku w sumie dopowiem jeszcze nieco o TASie, czyli animowanej kontynuacji The Original Series, z tymi samymi bohaterami i nawet czasem nawiązaniami do wątków z TOSa.
Ujmę to tak: wszystko, co było fajne w TOSie, jest złe w TASie. Bohaterowie są zupełnie nijacy, głównie za sprawą totalnego braku mimiki. Spodziewałam się, że może teraz – skoro wszystko będzie rysowane – przynajmniej scenografia będzie fajna, bo znikają ograniczenia techniczne i zostaje tylko wyobraźnia rysownika. Na litość Jeżusia, nic bardziej mylnego! Rysunki są straszne. Animacja okropna i sztuczna, rysy twarzy nie istnieją (McCoy ma wory pod oczami, fakt – za wyjątkiem momentów, kiedy ich nie ma…), a przede wszystkim: to jest po prostu niedbałe. Jakby komuś się po prostu nie chciało poświęcać czasu i energii na graficzną stronę serii. Pojawiają się ewidentne błędy, jak ramię przenikające czoło, zły kolor włosów postaci, jakiś niestarannie maźnięty kluskoludek zamiast bohatera, są fatalne zbliżenia twarzy, które naprawdę nie budują napięcia, skoro twarz nie ma mimiki, bardzo często postacie są zastąpione tylko czarnymi sylwetkami, a już zupełnie mnie dobiło, kiedy w trzecim odcinku z rzędu zobaczyłam dokładnie tę samą polankę i ten sam kadr, tylko oczywiście w każdym odcinku na środku stały różne ludziki. Myśleli, że nikt nie zauważy? To trzeba było tego przynajmniej nie wrzucać w tak bliskim sąsiedztwie!
Z kolei fabularnie – cóż, pierwszym problemem jest jakby brak decyzji, czy kierujemy serię do dzieci czy dorosłych. Infantylizm miesza się z czymś, co próbuje być poważniejsze… no właśnie, „próbuje” – bo wątki w TASie są prowadzone jakoś zupełnie po łebkach, jakby nad tym też nikomu nie chciało się przysiąść.
Żeby oddać sprawiedliwość: mam niejasne wrażenie, że ostanie odcinki były, mimo wszystko, nieco lepsze. Choć to może wynikać z tego, że wypaliło mi mózg, bo większość serii oglądałam w trybie półtoradniowego maratonu. Może też wynikać z faktu, że po odcinku z Muddem wszystko wydaje się lepsze.

No. To by było na tyle. Chaotycznie, ale najwidoczniej tak musiało być. Gdyby kogoś interesowały wnioski prezentowane jeszcze bardziej chaotycznie, w dodatku wielogłosowo i ze spoilerami, to zawsze może zajrzeć tutaj.




– Wiesz, co dostaniesz, gdy przekarmisz tribble'a?
– Grubego tribble'a.
[The Troubles with Tribbles]


Spock: Pana mundur, kapitanie.
Kirk: Trafił mi się ładniejszy. To chyba gestapo.
Spock: Zgadza się. Będzie z pana wspaniały nazista.
[Patterns of Force]


McCoy: Widział pan zauroczenie w oczach Spocka? Wreszcie spotkał komputer swojego życia.
[The Ultimate Computer]
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...