piątek, 14 lutego 2014

ZaFraapowana filmami (90) - "X-Men"

(źródło)
Choć jestem spóźniona jakieś… dużo lat, mimo wszystko chciałabym zadumać się na chwilę nad problemem X-Menów. Nie dlatego, że jest mi to temat jakoś szczególnie bliski – nigdy nie czytałam komiksów (choć wiele o nich słyszałam), jedynie jakoś w liceum oglądałam kreskówki (ten na Fox Kids był świetny, Ewolucję zawsze jakoś podprogowo hejtowałam). Natomiast ostatnio tkwię w X-Menowym maratonie filmowym (brakuje mi już tylko tych dwóch o Wolverinie, ogólno-x-menowe odhaczone). Zgodnie więc ze złotą zasadą „nie znam się, ale się wypowiem”, niniejszym zamierzam spożytkować wieczór na Froowe o mutantach rozmyślania.
Będą spoilery (z filmów).

Najpierw ogólnie: filmy… no cóż, nie są złe. Ogląda się nawet przyjemnie. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz oglądałam pierwszy z filmów, miałam pozytywne wrażenia – szczególnie ze względu na zgodność bohaterów z moimi prywatnymi (czyli post-Fox Kidsowymi) wymogami: Jean była nijaka, a Cyklop mnie wkurwiał, lubiłam Storm i Wolverina (bicz pliz, Wolverine jest jak Loki – nie da się go nie lubić), a Xavier wyglądał nieprzyzwoicie identycznie jak w kreskówce. Czy twórcy X-Menów od zawsze wiedzieli, kto by go zagrał w aktorskiej adaptacji i celowo tak go rysowali?
Potężny zgrzyt nastąpił za to przy Rogue, która z kapitalnej babeczki z jajem przeobraziła się w jakąś pojękującą małolatę z syndromem niedomkniętych ust i łzawego spojrzenia.
Fabułę, naturalnie, dość trudno mi oceniać, bo wiadomo: to co znałam, było serialem. A tu nagle pojedyncze filmy (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że również staną się praktycznie serialem…), więc wiadomo, że nie należy się spodziewać jakichś wielkich podobieństw. Tym bardziej, że zasadniczo filmy powinny nawiązywać do komiksów, a ja nawet nie wiem, na ile kreskówki to robiły… no dobra, w chwili pisania tych słów wiem już nieco lepiej, bo zrobiłam rajd po Wikipedii. Nie w tym rzecz.
Ale generalnie mi się nawet-nawet podobało. Jakkolwiek zapamiętałam raczej niewiele, co powinno dawać mi nieco do myślenia.

Podczas niedawnego seansu uświadomiłam sobie, skąd to wyparcie. Nie chodzi o to, że po latach uznałam filmy za złe. Ale dostrzegłam spore podobieństwa do Avengers, czyli: idę na film, spodziewając się naparzanki superbohaterów mających fikuśne moce. A dostaję duuużo gadania, kwękania nad swoim losem, zawiedzione nadzieje i niespełnione romanse, a na sam koniec jakiś smętny wyprysk rozwałki. No dobra, rozwałki na ogół są fajnie zrobione. Ale jest ich po prostu mało! I tak jak z Avengersów pamiętam jedynie tę scenę:


…tak z X-Menów… cóż, z pierwszych raczej niewiele, z drugich kojarzyłam tylko podnoszenie samolotu przez Jean z końcówki.

W ogóle ta filmowa seria o mutantach ma jeden, solidny problem: miłość. Serio – ja rozumiem romanse między bohaterami, w zdrowym dawkowaniu nie mam nic przeciwko. Ale tutaj to była przesada. Po obejrzeniu tych kilku części mam wrażenie, że w sumie cała kwestia genetyczna to tylko jakiś tam marny dodatek, a chodzi głównie o to, że Rogue nie może mieć chłopaka, ale jest zazdrosna o Bobby’ego, bo Kitty może go macać, a w ogóle to sęk w tym, że Wolverine kocha Jean, ale ona kocha Scotta, z wzajemnością zresztą, a Rogue, choć ma tego niemacalnego chłopaka, to i tak robi maślane oczy do Wolverina (takoż niemacalnego). Poza tym Hank zarywa Mystique, Mystique kocha Xaviera, a potem Erica, ale Xavier kręci z agentką... Na litość Jeżusia, czy ja oglądam brazylijską telenowelę, czy filmy o mutantach naparzających się z innymi mutantami?!
Ogląda się to ogólnie przyjemnie, ale po prostu nic nie zostaje w głowie z tego bełkotu.

Ale filmowi X-Meni mają jeszcze inne problemy, zupełnie niezwiązane z moimi subiektywnymi odczuciami. Wychodzi toto w Pierwszej klasie. Znaczy no… czy twórcy w ogóle oglądali poprzednie części? Ja przecież nie wymagam zgodności z komiksem, ale jednak wypadałoby pamiętać, co było powiedziane o uczniach Xaviera w poprzednich częściach tej samej serii, prawda? Tymczasem pod koniec Pierwszej klasy profesor Xavier ląduje na wózku. Ale przecież w retrospekcji z początku Ostatniego bastionu wysiadł z samochodu – i chodził! Nie, żebym narzekała, ale to dość istotna różnica. Albo Cerebro: Magneto (nie pamiętam, w której części) wyraźnie mówi, że zna się na rzeczy, bo pomagał przy konstruowaniu urządzenia. A w Pierwszej klasie? Prototyp mamy zbudowany przez McCoya (btw, serio tak trudno było pomyśleć o zamontowaniu tego hełmofonu trochę niżej i dostawieniu krzesełka? Przecież skoro to urządzenie trzepie użytkownika po mózgu, warto by było chociaż zadbać o to, żeby użytkownik nie pierdyknął o podłogę nagle), a nowszego modelu, tego w szkole Xaviera, wcale nie ma… i trudno uwierzyć, żeby miała się pojawić, skoro w finale filmu Magneto przechodzi na ciemną stronę mocy. A skoro już jestem przy finale Pierwszej klasy: Xavier „zamroził” złego szwaba. A potem dużo krzyczał, kiedy Magneto złego szwaba mordował. Po pierwsze: czemu krzyczał? Przecież wszyscy nie lubili złego szwaba, bo był zły. Znaczy ja wiem, że Xavier był tak świątobliwy, że nawet takiego degenerata nie chciałby zabijać, ale jednak trochę overreacted… Po drugie: skoro tak mu się to nie podobało, czemu po prostu nie odmroził złego szwaba? Albo nie przejął jego umysłu (jak to robił z wieloma innymi osobami w filmie), żeby jakoś się ocalić (znaczy nie się, tylko szwaba)? W moim odczuciu ta scena była nieco bzdurna.
No, ale w ogóle Xavier w tym filmie mnie mocno rozczarował. Miał być chyba cudownym dzieckiem, geniuszem, który z sympatycznego hulaki przeobraża się w zaangażowanego i cnotliwego geniusza. Moim zdaniem to się nie udało. Był mdły i nijaki, a potem był dla odmiany mdły i nijaki. Choć akurat spodobała mi się konsekwencja: we wszystkich filmach, choć to Xavier jest dobry, a Magneto zły, tak naprawdę nieustannie i przy każdym sporze wychodzi na to, że Xavier to naiwny frajer, a Magneto ma rację. I w Pierwszej klasie nie było inaczej.
W ogóle w Pierwszej klasie Magneto jako jeden z nielicznych jest… no, po prostu fajny. Choć najfajniej i najbardziej wyraziście i tak wypada Wolverine, nawet jeśli jego wystąpienie trwa kilka sekund. Sęk w tym, że bohaterowie cierpią tam na jakąś taką bezbarwność. I tygodniowe szkolenie wcale im nie pomaga. W ogóle ej: serio? Wzięte z ulicy mutanty ogarniają swoje supermoce w tydzień? To na kij później cała ta szkoła Xaviera? Wystarczyłyby intensywne, tygodniowe kursy. Tymczasem nasi bohaterowie w siedem dni z jakichś przypadkowych wywłok stają się ubermocarzami. Yay. A Ron Banshee zostaje pierwszą zmutowaną latającą wiewiórką. Niech będzie. Rozczarowaniem w Pierwszej klasie był też Bestia, ale tu chodzi mi po prostu o charakteryzację. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ja po prostu jestem przyzwyczajona do takiego Bestii:

(źródło)
a nie tamtego chuderlawego czegoś z zajęczą wargą. On by się nawet do Planety Małp nie nadał.

Tak, wychodzi w sumie na to, że największe problemy nastręczyła mi Pierwsza klasa. Przy niej wykwitły jakieś dziwne sprzeczności i niedociągnięcia, których wcześniej tak bardzo nie było widać.
To wszystko nie zmienia faktu, że na pewno będę oglądać serię dalej. Wciąż liczę na to, że pojawi się jeszcze Gambit (mój X-Menowy tróloff, choć jak teraz o tym myślę, to chyba chodziło o fajny płaszcz i niezły dubbing), Sinister (fangirlowałam go w kreskówce okrutnie) i Apokalips (nie fangirlowałam go, ale trzeba przyznać, że jako antagonista był dość imponujący). Bądź co bądź to filmy o naparzających się mutantach z fikuśnymi mocami, no nie? What could possibly go wrong? Ech, cholerne sentymenty.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Fraa w czytelni (68) - "Szpital kosmiczny"

Autor: James White
Tytuł: Szpital kosmiczny
Tytuł oryginału: Hospital Station
Tłumaczenie: Wiktor Bukato
Miejsce i rok wydania: Poznań 2002
Wydawca: Rebis

Mam ostatnio taką fazę na sięganie po autorów, z którymi nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Tym razem padło na Jamesa White’a i pierwszy tom cyklu „Szpital kosmiczny”. No bo c’mon, Ostry dyżur w kosmosach? Kto mógłby się oprzeć? Tym bardziej, że rzecz powstała na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a więc spodziewałam się, że całość będzie dokładnie tym, co lubię. Tym bardziej po rekomendacji Wikipedii, która powiedziała mi, że cykl jest jedną z pierwszych space oper evuh.
Nie zawiodłam się.

Czytelnik poznaje losy… cóż, właściwie trudno tu mówić o losach jakiegoś konkretnego bohatera. Niewątpliwie w książce są postacie, które można nazwać głównymi, wszyscy jednak wiemy, że nie o nie chodzi. Chodzi o miejsce. To trochę jak w serialu Deadwood: niby śledzimy bohaterów, ale w rzeczywistości obserwujemy po prostu, jak funkcjonuje miasto. Tak samo jest tutaj: czytelnik śledzi działanie kosmicznego szpitala, skupiającego na przeszło trzystu poziomach lekarzy i pacjentów z całej Galaktyki. Z oczywistych względów szpital musi być dostosowany do bardzo urozmaiconych rodzajów istot: oddychających tlenem, chlorem, metanem, radioaktywnych, telepatów i empatów, pełzających, latających, chodzących, wielkości piłki tenisowej czy mamuta – w szpitalu jest miejsce dla każdego. Co więcej, nierzadko zdarza się, że przykładowo ziemski lekarz musi zająć się zupełnie nieziemskim pacjentem, a wtedy idą w ruch hipnotaśmy.
No właśnie – ten szpital jest w ogóle bardzo fajnie pomyślany. Autor dość zgrabnie mierzy się z kolejnymi trudnościami, jakich nastręczałaby duża rozmaitość gatunkowa lekarzy i pacjentów. Są więc wspomniane hipnotaśmy, oczywiście każda istota jest zaopatrzona w autotranslator, są też urządzenia do sterowania grawitacją, bo przecież na różnych planetach jest ona różna. Sama obserwacja rozwiązań zastosowanych w szpitalu dostarcza mnóstwa rozrywki. Kolejnym atutem są w ogóle ci wszyscy nieziemcy. Mam tu dość świeże porównanie z Buntem i mam do powiedzenia jedno: tak to się robi, Resnick! Nawet jeśli narrator w Szpitalu kosmicznym nie rozwodzi się nad detalami, dlaczego dana postać akurat ma sześć nóg i przypomina owada (doktor z planety Cinruss, Prilicla – którego, choćbym skisła, i tak czytam „Priscilla”), a jakaś inna wielką gąsienicę, i tak mamy to wyjaśnione w stopniu, który określiłabym jako „tyle o ile”. Akurat tyle, żeby czytelnik „kupił” daną istotę, ale żeby nie nudził się, czytając losy gatunku od wielkiego wybuchu. A przede wszystkim, w obrębie jednej istoty te jej cechy są spójne, nie przypominają randomowego pakietu dobieranego na zasadzie „im egzotyczniej tym lepiej”.
Ale nie tylko ze względów gatunkowych społeczność szpitala jest interesująca. Fajnie wypada też jej struktura organizacyjna. W placówce można natknąć się nie tylko na zwykłych lekarzy i pielęgniarzy, ale jest też choćby naczelny psycholog, który ma dbać o dobrą kondycję psychiczną zarówno pacjentów, jak i personelu medycznego. Od czasu do czasu plączą się też Kontrolerzy – przyznam, że właściwie sama nie wiem, czy stanowią bardziej coś w rodzaju policji czy wojska. Nie da się jednak ukryć, że odpowiadają za porządek tam, gdzie nie wystarczy zastrzyk. Na szczególną uwagę zasługuje najwyższy stopień lekarzy: Diagnostycy. Są to doktorzy nafaszerowani hipnotaśmami, z jednej strony posiadający wybitne umiejętności, z drugiej jednak – dość obłąkani. W tym akurat tomie nie mają jakichś większych ról, co zresztą wzbudziło moje rozczarowanie, bo oni naprawdę zapowiadają się bardzo interesująco. Liczę na to, że w kolejnych częściach cyklu będzie możliwość nieco ściślejszego zaprzyjaźnienia się z nimi.
Niemniej to właśnie przy okazji Diagnostyków znalazłam coś, na co mogę ponarzekać: niestety, na tom Szpital kosmiczny składa się pięć opowieści, które pierwotnie ukazywały się w piśmie New Worlds w latach 1957-1960. A to oznacza jedno: powtarzanie informacji. Jestem zdania, że kiedy wydawca decyduje się na zbiorcze opublikowanie tekstów publikowanych już gdzieś oddzielnie, należałoby dokonać takiej redakcji, by ta opowiadaniowość tak nie raziła. To po prostu źle się czyta, kiedy pięć razy w jednej książce pojawia się jakaś dość istotna, wręcz podstawowa informacja o pewnej grupie.

Pozostaje, oczywiście, kwestia fabuły. Jak wspomniałam, książka przypomina Ostry dyżur w kosmosie – i jak na tę analogię przystało, mamy pięć „odcinków” i pięć oddzielnych przypadków medycznych. Łącznikami dla całości są główni bohaterowie, ale poszczególni pacjenci nie mają ze sobą nic wspólnego. Zdawać by się mogło, że przez to można przerwać czytanie w każdym momencie, bo nie ma złożonej intrygi, która zdążyłaby wciągnąć – otóż nic bardziej mylnego. Człowiek kończy czytanie jednego przypadku i nie może się doczekać, jaki pacjent trafi się doktorowi Conwayowi w następnej kolejności. Sam doktor Conway zaś wyrasta na szpitalnego supermana, choć robi to po cichu, skromnie i w zasadzie bardziej się mu współczuje kolejnych nieprzespanych godzin, niż podziwia geniusz.

Cóż ja tu więcej mogę powiedzieć…? W zasadzie niewiele. Moja znajomość z Jamesem Whitem na pewno nie skończy się na tym tomie. Cykl zapowiada się miodnie, jest nieco nieinwazyjnego humoru tu i ówdzie, jest ogromna, zaludniona galaktyka i bardzo fajne zwrócenie uwagi na to, jak niewiele wiemy. Jak bardzo inne mogą być istoty zasiedlające odległe planety, jak trudno nieraz ocenić, co sprawi komuś ulgę, a co ból. Że nasz punkt widzenia nie może stanowić żadnej bazy w określaniu stanu pacjentów. I jakkolwiek nigdy nie miałam serca do tych wszystkich medycznych seriali, to chyba właśnie znalazłam swój substytut dla nich.


Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.




To się mogło zdarzyć tylko tutaj, pomyślał Conway kwaśno, wychodząc. Oto miał na ramieniu lekarza nieziemca, który wyglądał jak przezroczysta, trzęsąca się niczym galareta kluska, ich wspólnym pacjentem był zdrowy i krzepki dinozaur, a o co w tym wszystkim chodziło, jego współpracownik nie bardzo chciał wyjaśnić. Conway słyszał kiedyś o ślepym posłuszeństwie, ale ślepa współpraca była dlań pojęciem nowym i – jego zdaniem – raczej głupim.

niedziela, 9 lutego 2014

30-Day Book Challenge: dzień 30

(źródło, rech rech rech)
Ulubiona książka wszechczasów.

I oto dotarliśmy do bezdyskusyjnie najgłupszego pytania w tym wyzwaniu: do ulubionej książki. To ten dziwny moment, w którym jakimś dziwnym cudem mam wybrać jedną pozycję spośród wielu, przykładając do nich jakąś bliżej nieokreśloną miarkę, która w ogóle pozwoli porównać ulubioną książkę z dzieciństwa, ulubioną o kosmosach, ulubioną fantasy, ulubioną dystopię, ulubioną komedyjkę, ulubiony kryminał, ulubiony reportaż, ulubioną historyczną, ulubioną grozy i tak dalej. Jak zrytą trzeba mieć psychikę, żeby uważać, że to w ogóle jest możliwe?
Hobbit za pierwszym razem mnie aż tak nie ujął (podobał się, ale tak zwyczajnie”), przy drugim jednak czytaniu byłam totalnie zauroczona. Władcę Pierścieni fangirlowałam odkąd pamiętam, choć dziś widzę pewne nużące elementy w pisaniu Tolkiena. Frankenstein Mary Shelley to był mój pierwszy lekturowy kac i nadal uważam, że to rewelacyjna opowieść o człowieku, potworze i więzieniu. No i zaliczyłam mitologię na pierwszym roku studiów dzięki temu. Fiasko Lema to kolejny z moich lekturowych kaców, doskonałe pokazanie konfrontacji człowieka z obcą cywilizacją i ten cudowny, zezłomowany kawałek wszechświata. Hrabia Monte Christo to świetni, wyraziści bohaterowie i genialna opowieść o zemście. A skoro o mocnych, wyrazistych i budzących sympatię bohaterach mowa, to przecież jeszcze Trzej Muszkieterowie! Wreszcie mało książek potrafi mnie tak rozśmieszyć jak Wszystko czerwone Chmielewskiej albo Wolni Ciutludzie Pratchetta, choć przecież Dzienniki gwiazdowe wzbudziły we mnie niezmierzone pokłady sympatii do Ijona Tichego i również ubawiły. A co z Bibliotekarzem Jelizarowa, gdzie tak świetnie było widać Rosję w rozkroku między sojuzem a kapitalizmem, a poza tym dużo bezsensownej przemocy i pomysłowych sposobów mordowania?
Jakim cudem niby ja mam ustawić te książki w jakiejś hierarchii? Czy twórcy tych wyzwań nie ogarniają, że czasem są tytuły, które należy ułożyć po prostu obok siebie, na zupełnie oddzielnych stosikach, a nie jeden nad drugim?
I zrobię coś, czego w sumie od początku się obawiałam. Wybiorę ulubioną powieść w sposób sztuczny i naciągany, ot: pierwszy tytuł, jaki przyszedł mi na myśl. Mimo że wiem, iż to nie jest takie proste. Wiem, że jest mnóstwo tekstów, które lubię w takim samym stopniu, ale po prostu z innych względów. Oh well… skoro HAL nie wygrał losowania na ulubionego bohatera, to przynajmniej 2001: Odyseja kosmiczna wygrywa na ulubioną powieść.
Pisać o niej nie będę, bo już to robiłam. Co prawda pisałam zbiorczo o całym cyklu, ale nie szkodzi.

I tym samym wyzwanie 30-Day Book Challenge uznaję za zamknięte. Ulżyło mi nie tylko dlatego, że zdecydowanie za dużo głupich pytań było w tym wyzwaniu. Rzecz w tym, że - prawdę mówiąc - odczuwałam pewien dyskomfort, niemal spamując na własnym blogu jednoakapitowymi notkami w stylu "lubię tę i tę książkę, bo tak". Z drugiej jednak strony, cieszę się, że wytrzymałam te trzydzieści dni. Po pierwsze, rzeczywiście nieco się "uświadomiłam" jako czytelnik. Mogłam trochę zastanowić się nad sobą, ustalić, co ja właściwie lubię i dlaczego. Cenne choćby ze względu na dobór lektur w przyszłości. Po drugie, dzięki wyzwaniu po prostu odświeżyłam sobie parę książek, o których zdążyłam już zapomnieć. Koniec końców fajnie było, ale cieszę się, że się wreszcie skończyło. Dziękuję.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...