sobota, 25 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 15

rys. Tove Jansson
Ulubiony bohater męski.

JAJA SE ROBICIE.
To wyzwanie mnie zabije.
Ulubiony bohater? Serio? Jedna ulubiona postać ze wszystkich ulubionych postaci ze wszystkich ulubionych książek? Od kuźwa Joka po HAL-a? Przez bohaterów Pratchetta, Dumasa, Tolkiena, Verne’a, Asimova, Conan Doyle’a, a nawet cholernego Sapkowskiego, któremu – niestety! – też zdarzyło się stworzyć świetne postacie, że o autorach starożytnych w ogóle nawet nie wspominam?! Lista moich ulubionych bohaterów jest dłuższa niż paragon z przedświątecznych zakupów, do diabła! Szczęście w nieszczęściu, że Kruff ani Siem się jeszcze nie wydały, bo tylko by mi pogłębiły ten dramat.
No dobra.  Ale bądźmy poważni: który bohater tak naprawdę, ale to naprawdę utkwił mi w pamięci i do teraz go wspominam i się nim jaram…? Hm. No cóż… wszyscy. Niestety, w miejsce tej  części mózgu, która jest odpowiedzialna za systematyczność, zmysł porządku i organizację czasu, Fryy mają taki wielki Fangirlowy Magazynek – a w nim trzymają wszystkich bohaterów, których polubiły ever.

Włóczykij. Chyba pierwszy bohater, którego tak naprawdę uwielbiałam. Mądry, niezależny, odważny, nieco tajemniczy – ideał mężczyzny dla… no… mniej-więcej ośmiolatki. I w dodatku fajnie wyglądał! Noo, przynajmniej na tle futerkowych samobieżnych gruszek. Z drugiej strony, teraz mam do niego po prostu ogromny sentyment (i do jego ojca!), ale bohaterów tego typu było później całkiem dużo, więc samego Włóczykija zostawię jednak w kategorii „dziecięcy tróloff” i dam sobie z nim spokój.
Kiedy z perspektywy czasu patrzę na Czarnoksiężnika, dochodzę do wniosku, że uwielbiam go teraz, ale w dzieciństwie trochę mnie przerażał. Powiedzmy więc, że jego też nie wybiorę. To po prostu taki ideał mrocznego i groźnego – choć koniec końców pozytywnego – czarodzieja, ale za mało o nim wiem, żeby czynić z niego mojego ulubionego bohatera.
Tak samo za mało jeszcze wiem o kapitanie Nemo. To znaczy po 20 tysiącach mil podmorskiej żeglugi mam jakiś jego obrazek w głowie, ale będę się upierać, że za mało. Niewątpliwie jest mądry i szalenie oczytany, w dodatku to typ pasjonata – wygodniej mi się jednak uczepić tego, że muszę więcej o nim poczytać.
Okropny pod względem bohaterów był Dumas: tworzył mnóstwo chodzących ideałów, które faktycznie były ideałami, ale nie były merysójami. Nie mam do tej pory pojęcia, jak on to robił. Hrabia Monte Christo, Atos czy Józef Balsamo – panowie są doskonali, ale wiarygodni w tym wszystkim. Powiedzmy, że uwielbienie dla Atosa zostawię Ulvowi, do Józefa Balsamo mimo wszystko mam mniejszą słabość, Portosa – mimo szczerego zacieszu, który mam, gdy tylko pojawi się na scenie – też pominę, bo… bo jest najmniej złożony, o… zostaje hrabia Monte Christo. Czyli głupkowaty Edmund Dantes, któremu wieloletni pobyt w twierdzy If wyszedł bardzo, bardzo na zdrowie. O ile wcześniej był… no, taki trochę jak d’Artagnan, o tyle kiedy wcielił się w Monte Christo, nie sposób go nie uwielbiać. Doskonałe połączenie zimnego sukinsyna z poczciwym i jednak wrażliwym kolesiem – i to nie w tym słodkorzygliwym, kiczowatym, filmowym wydaniu, tylko naprawdę: uratował Hayde, uratował od bankructwa pana Morrela, ale to w żaden sposób nie przeszkadzało mu mścić się na osobach, które na niego doniosły, w najbardziej wyrafinowany i najokrutniejszy sposób, jaki można sobie wyobrazić. Zemsta rozciągała się na całe rodziny, doprowadzał ludzi do śmierci i obłędu – mimo że sam ciągle pozostawał w cieniu. To nie był jakiś głupkowaty pojedynek czy wymuszenie przyznania się do winy w krótkiej pogadance. To była sieć intryg, w wyniku których ci wszyscy ludzie sami pogrążali siebie i swoich najbliższych, nawet o tym nie wiedząc. W dodatku, co jest jednym z najlepszych motywów powieści (i, nie wiedzieć czemu, jest nieustannie gwałcone w filmach), Monte Christo nie dał się zbałamucić załzawionej Mercedes! Wybrała sobie innego chłopa? Ok., to niech się cmoknie w zadek, on ma Hayde, która go kocha i – dla odmiany – jest oddana i lojalna. I która, nawiasem mówiąc, również uczestniczy w intrydze. Monte Christo jest bardzo odczłowieczony, a jego emocje i uczucia są skrajnościami – ale jednocześnie jest bardzo ludzki. Nie wiem, jak Dumas to osiągnął. Hrabia Monte Christo jest doskonały.
ALE.
Co z innymi?
Ijon Tichy jest przeuroczy i totalnie urzekający w swoim samouwielbieniu i tym dziwnym czymś, co wedle niego chyba jest skromnością – jednocześnie wstrząsające jest oglądanie go, kiedy się zestarzeje. Ale powiedzmy sobie szczerze: to jeszcze trochę mało.
O Agamemnonie zrobiłam całą notkę, toteż wykasuję go z tego rankingu uznając, że swoje o nim już powiedziałam. Tutaj byłaby okazja, żeby powiedzieć coś o kimś innym.
Sherlock Holmes? Owszem, uwielbiam faceta, jego cynizm i inteligencję, a także koszmarny brak talentu muzycznego przy jednoczesnym zacięciu do gry na skrzypcach. Gościu nie cofał się przed niczym, dla dobra śledztwa potrafił spędzać dni w jakichś polach, w łachmanach, w kamuflażu takim, że najlepszy przyjaciel go nie poznawał. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że Holmes w połowie nie byłby taki fajny, gdyby nie obecność Watsona. Do niego kierował żarty, jemu wykładał swoje przemyślenia. Oni więc pasowaliby jako ulubiony duet, ale sam Sherlock, gdyby wszystko działo się w jego głowie… cóż, tak szczerze, to przypuszczam, że bez Watsona Holmes by oszalał, ale chodzi mi tu o to, że nie wypadałby aż tak fajnie. Z bólem serca więc, ale go odsuwam z tej konkurencji.
A co z Aragornem? To był dla mnie taki Włóczykij w nieco doroślejszej wersji. A wiecie Państwo, czemu go jednak odrzucę? Bo słabo go pamiętam. Na serio – wizerunek filmowy strasznie mi zjadł książkowego Obieżyświata. A skoro jestem w stanie zapomnieć detali dotyczących danego bohatera, to chyba jednak nie jest on moim ulubieńcem.
Pratchett to nieuczciwa konkurencja, bo on ma totalnie wszystkich bohaterów takich, że się ich lubi – są rysowani tak grubymi krechami, są tak wyraziści i charakterystyczni, że co jeden to mocniej przykuwa czytelniczą uwagę. I mimo że panowie Vimes i Vetinari z uporem godnym lepszej sprawy wpychają mi się w ranking, ja dzielnie mówię, że to nie w bohaterach tkwi siła, tylko w stylu autora, i nie dopuszczę ich tutaj. Przepraszam…
R. Daneel Olivaw? Tak. Jest super. Wygląda idealnie i właściwie byłby ideałem, gdyby nie to, że jest robotem. Mam jednak nieprzyjemne wrażenie, że autor zgubił się trochę w pędzie do uczłowieczania robotów. Daneel czasem zachowuje się dość dziwnie jak na maszynę i przejawia emocje, które są wysoce nie na miejscu. Mimo więc że nadal uważam go za rewelacyjną postać, za parę emocjonalnych momentów odsunę go na dalsze miejsce.
I tu dochodzę do najbardziej kłopotliwego z bohaterów: HAL-a 9000. Ulv od samego początku utrzymywał, że to właśnie HAL będzie moim ulubieńcem. Owszem, uwielbiam go. Jest przerażająco skuteczny, bezwzględny, zabija bez mrugnięcia… no… czerwonej lampki, a przy tym przecież działa nieustannie w dobrej wierze. Ludzie kazali mu dbać o powodzenie misji, więc to robi. Jest najzwyczajniej w świecie lojalny – jak to zaprogramowany komputer, prawda. A że Clarke nie bawił się w żadne tam Prawa Robotyki, to u niego taka perfekcyjna maszyna jest dokładnie tak niebezpieczna jak i ludzkość.  Jednocześnie HAL odczuwa emocje – i robi to w pełni „legalnie”, został bowiem w nie wyposażony przez człowieka. To nie jest jakaś dziwna niekonsekwencja. Przez te emocje, przez to, że HAL miewa wątpliwości, potrafi się bać, jest to bohater robiący jeszcze większe wrażenie. Mimo że skrajnie nieludzki, jest… ludzki. „Umierając” śpiewa piosenkę Daisy Bell. Jak to? Dlaczego? Przecież to tylko komputer, prawda? No i właśnie nie do końca…

Chyba widzę, na czym polega mój problem. Hrabia Monte Christo to nieludzki człowiek, który z powodzeniem sprawdza się jako maszyna do zabijania. HAL z kolei to ludzki komputer, który… no, też sprawdza się jako maszyna do zabijania, ale ma też emocje. Obaj są tak naprawdę hybrydami dobrego człowieka i bezwzględnego, śmiercionośnego robota. I obaj są w tym świetni. Może właśnie tego szukam w bohaterach literackich? Połączenia sprzeczności, z jednej strony faceta, który wzbudza sympatię, z drugiej – takiego, który będzie w stanie zaorać ziemię i posypać ją solą po to, żeby zrealizować jakiśtam cel.

Bohaterem dzisiejszego wyzwania ostatecznie będzie… och, do diabła z tym.

*rzuca monetą*

Reszka.

Hrabia Monte Christo.
Dziękuję.

piątek, 24 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 14

...iii, niestety, o nim nie będzie tu mowy.
Książka, którą zgwałciła ekranizacja.

O rety, rety… Dzisiejsze wyzwanie daje taki wachlarz możliwości, że ja doprawdy miałam trudność ze zdecydowaniem się. Żeby było śmieszniej, pierwsze, co mi przyszło do głowy, to Solaris – a bawi mnie to dlatego, że ani nie czytałam oryginału Lema, ani nie widziałam filmu. No ale dużo słyszałam o pośladku Clooneya czy czymś takim…
Potem jednak nadeszła pora na poważne propozycje.
Ja, Robot – och, ten film jest tak denny…! I tak bardzo nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek tekstem Asimova! No tak, tylko że właściwie nie jestem przekonana, czy w ogóle ma mieć coś wspólnego. Odnoszę wrażenie, że pisarz stanowił tu tylko jakąś inspirację i nie należy się wczuwać. To… to po prostu nie jest ekranizacja. Odpuściłam.
Dalej: Wehikuł czasu z 2002 r. To było złe, było do urzygu moralizatorskie, był romans z jakąś seksowną Amazonką i… i za diabła nie trzymało ducha literackiego pierwowzoru. Bwah, Wells w ogóle jakoś nie miał szczęścia, bo Wojna światów z 2005 r. to też jakieś mdłe filmidło w stylu wszystkich innych amerykańskich katastroficznych, gdzie cały kataklizm/najazd obcych/wojna światowa/cokolwiek służy tylko temu, żeby połączyć jakąś ciulowatą skłóconą rodzinę. A szkoda, bo powieść czytałam z wypiekami na facjacie i to była naprawdę fantastyczna obserwacja ludzkości. W ogóle u Wellsa bardzo mi się podobało to, że pokazywał świat i ludzi, a bohater… cóż, bohater był tylko samobieżną kamerą.
Cóż by tu jeszcze…? Ekranizacje Dicka, o dziwo, zazwyczaj trzymają poziom. To znaczy owszem, Arni w Pamięci absolutnej budzi wesołość, ale to nic takiego, żeby to obsmarowywać z jakąś szczególną dawką hejtu. Tolkienowskie filmy też dają radę – nie zawsze wychodzi jak trzeba, ale na pewno się starają. Ekranizacje Kinga bywają gówniane (Maglownica, Langoliery), ale co ja się będę wypowiadać, skoro nie czytałam pierwowzorów. Może są równie gówniane, więc się nie odzywam.
Pewnym olśnieniem był Dom Usherów – filmidło z 2006 r., w jakimś szalonym wszechświecie będące ekranizacją noweli Poego Zagłada domu Usherów. Dzieło w reżyserii Hayley Cloake to półtorej godziny doskonale straconego czasu. Ale pisałam o tym trzy… cztery… kilka lat temu, więc odpuszczę sobie powtarzanie. Choć serce mnie boli za każdym razem, kiedy pomyślę o tym filmie, bo utwór Poego był absolutnie przepiękny (w ogóle ja srodze fangirluję Poego, ale nie wymieniałam go wczoraj, żeby nie robić zamętu jeszcze większego… bo serio? Jak niby miałabym porównać jego i Clarke’a? Toż to dwa odmienne kosmosy, każdy doskonały w swojej kategorii).
I ze wstydem przyznam, że o mały włos a przegapiłabym taką fantastyczną okazję do wyrzygania moich żali pod adresem ekranizacji doskonałej powieści Aleksandra Dumasa: Hrabia Monte Christo. Na szczęście tyle o tym zawsze wszystkim ględzę, że w przytomności umysłu hevi mi o tym przypomniała.

Hrabia Monte Christo nie ma szczęścia do ekranizacji. Podjęto kilka prób i im dalej tym gorzej. To znaczy inaczej: odcinam się od ekranizacji sprzed 1975 r. – po prostu ich nie znam, w życiu nie widziałam.
Bardzo dawno oglądałam wersję właśnie z 1975 r., z Richardem Chamberlainem w roli głównej. Jej główną bolączką było pociachanie fabuły – szczegółów, niestety, nie pamiętam. No ale obsada była fajna. Chamberlain doskonale pasował jako tytułowy hrabia. W 1998 r. przyszła pora na serial telewizyjny z Gerardem Depardieu w roli głównej. Przez kolejne dziesięć lat wyczynowo hejtowałam Depardieu – zrehabilitowało go dopiero wypięcie się na francuskie podatki i przyjęcie rosyjskiego obywatelstwa. Serial był w sumie niezłym pomysłem: pozwolił na dość szczegółowe przedstawienie fabuły. Niestety, uznano za konieczną zmianę zakończenia i… no i błagam: Depardieu jako hrabia Monte Christo?! W jakiej rzeczywistości to mogłoby w ogóle pasować?!
Ale nagle tamte filmy wydają mi się nadzwyczaj zacne, kiedy widzę ekranizację z 2002 r. w reżyserii Kevina Reynoldsa, z Jimem Caviezelem jako hrabią, a także Guyem Pearcem w roli Fernanda Mondego oraz Jamesem Frainem jako Villefort.
Tak naprawdę dość trudno mi jakoś rzeczowo pisać o tym filmie. Myślę więc, że zaprezentuję tylko pakiet notatek, jakie popełniłam w trakcie powtórnego oglądania (bo przez dziesięć lat intensywnego wypierania coś mi mogło umknąć). Będzie nieco spoilerów, bluzgów i emotek.

***

1.
– Nasz kapitan nabawił się zapalenia mózgu, szukamy pomocy!
...kurwa. Reżyser i scenarzysta mieli zapalenie mózgu. ;/

2.
Edmund i Danglars - tak bardzo było widać, że ten drugi jest zUyyy, a Edmund jest świetliście dobry. xD

3.
– Pokochajmy się.
– [...blablabla...] Wiem, czego chcesz. [...]
Kuźwa - jakoś szczególnie to tego nie ukrywał xD Mercedes nie jawi się jako Sherlock.

4.
[13:25 minuta filmu]
Heh, niełatwo być przyjacielem Mary Sue. ;] TAK - u Dumasa Dantes też był ideałem. ALE NIE BYŁ MERYSÓJKĄ! A TUTAJ KURWA JEST!!!

5.
Pierścionek z nitki - ej. Żeby chociaż to Dantes jej dał. Ale ona SAMA sobie urwała z sukienki i obwiązała palec. WTF? o.O

6.
– Mieni się moim przyjacielem. A jednak ma przede mną tajemnice.
– Jakie?
...ekhm. Nie wiem. Bo to tajemnice. Przede mną. To znaczy, że ich nie znam. -.-

7.
I zupełnie nie wzbudza podejrzeń Dantesa, że „do domu” go odwożą zamkniętego w tym wozie dla więźniów. Zupełnie. Każdego gościa odwożą w ten sposób.

8.
Mondego czytał list. Jak go później zapieczętował? o.O

9.
TEN FILM TRWA JUŻ PÓŁ GODZINY, A JEGO JESZCZE NIE ZABRALI DO IF!

10.
Rytualne i powitalne bicie w If – och tak, och tak. Taki on biedny. I ci źli są tacy źli. Powiedzcie to jeszcze wyraźniej, bo mogło mi umknąć, z kim mam sympatyzować.

11.
Tego nie ogarniam: Mercedes dostała list o tym, że Edmund został stracony, ok. Ale tak właściwie: czemu NAPRAWDĘ go nie stracili? o.O Do czegoś był im potrzebny jako więzień? Przecież nic nie wiedział, ot taki sobie przygłupek. :| Inna sprawa, że list był tak bardzo tylko po to, żeby usprawiedliwić puszczalskość Mercedes, że omg.

12.
Siedzi cztery lata w lochu, ale paznokietki wypielęgnowane jakby co tydzień manikiurzystka go odwiedzała xD

13.
Faria siedzi dwa razy dłużej niż Dantes w celi, a jakoś lepiej wygląda xD Kapcie ma, koszulę nie taką podartą i wogle.

14.
Czemu Faria miał takie wyposażenie? On nie siedział w lochu, on miał salon niemal o.O Meble, książki...

15.
Scena śmierci Farii byłaby nieco bardziej dramatyczna, gdyby nie była aż tak moralizatorsko-słodkopierdząca. ;/

16.
POŁOWA FILMU, A ONI DOPIERO GO WYRZUCAJĄ Z IF!! SZFAK!!!

17.
Mhm, co robi nasz super Merysój zaraz po ucieczce? Uśmierca kolesia, który grzecznie wykonywał swoje obowiązki. No jasne. Taki jest dobry.

18.
– To najlepszy nożownik, jakiego widziałem.
– Widać za rzadko wychodzisz na miasto.
No ok, to był uroczy dialog. ^^

19.
– Przysięgam na moich zmarłych krewnych i na tych, którzy jeszcze niedomagają, że będę ci wiernie służył.
xD I ten też.

20.
[o ojcu Edmunda, kiedy wreszcie Edmund wrócił do Marsylii]
– Niestety, powiesił się na myśl o zdradzie syna.
XDDD "A mój piesek Pongo?" xD



21.
Film trwa 2h 11 min. Jesteśmy na 1h 12 min. I ONI JESZCZE NIE ZNALEŹLI SKARBU!!!! KURWAAAAAAAA! Chłopie! Kiedy ty się zdążysz jeszcze zemścić?!

22.
Monte Christo w balonie. WTF? To jest tak bardzo złe, że brak mi słów ;((( Durne i zdupywzięte.

23.
Pytanie: dlaczego nikt nie poznał Monte Christo? Serio, zarost to nie jest AŻ TAKA różnica. Ja wiem, że Supermanowi wystarczyły bryle, ale EJ. To... BRODA!!! I to nie WIELKA, KRZACZASTA BRODA



która zasłania pół twarzy – taka bródka tylko, no! W tym wieku ludzie się aż tak nie zmieniają. Zresztą, Villefort, Mondego, Mercedes - nic się nie zmienili.

24.
– Żądam 70%.
– Dostaniesz 50%.
– Zgoda.
Łał xD Tytan targowania się xDDD

25.
Urodziny Alberta: ciekawe, wedle jakiego porządku oni tam siedzą. :| Matka gdzieś na szarym końcu, mega daleko od syna. 

26.
...1h 50min... Hura, hura: Mercedes nosiła na palcu nitkę, KTÓRĄ SOBIE SAMA ZAWIĄZAŁA - to absolutny dowód miłości. Chuj, że po miesiącu od aresztowania Edmunda wyszła za Mondego. MIAŁA NITKĘ, BICZYZ!

27.
Iiiiii TAK! Mamy najbardziej żenujący fragment filmu! ALBERT JEST SYNEM EDMUNDA! FAAAAAAAAAAAAAK!!!

28.
– Żegnaj, Mercedes. Czasami było mi z tobą dobrze.
– A mi z tobą nigdy.
...i udawałam wszystkie orgazmy! Ehh... Cięte riposty od siedmiu boleści... ;/

29.
NO JASNE. Zgolił brodę i od razu Mondego go poznał. xD

30.
W ostatnim pojedynku:
– Dlaczego?!

Riposta w mojej głowie: „Bo dostałeś gwizdek!” xDDD

***

ARGH! To jest tak bardzo złe na tak wielu płaszczyznach! Ssie zarówno jako zwykły film, jak i jako ekranizacja. Z książką ma wspólne... no... nazwiska bohaterów. Bo fabułę wykastrowali i nagięli tak, żeby wyszedł słodkopierdzący i kompletnie nielogiczny happy end. No i DLACZEGO ONI GO NIE POZNAWALI?! I gdzie, do jasnej cholery, podziała się Hayde?! DOMAGAM SIĘ HAYDE! Przecież to był jeden z głównych wątków! Tam było pełno wątków i wszystkie były ważne! Bez nich ten film to denne i naciągane romansidło!

AAAARGH!!!

czwartek, 23 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 13

Ulubiony pisarz.

Ulubiony pisarz? Serio? Ktoś tu se robi jaja tak bardzo. I co jeszcze?! Ostatnim pytaniem wyzwania będzie ulubiona książka?!
Oh wait…
Ale wróćmy do dnia dzisiejszego: ulubiony pisarz… bzdura jakich mało. Nie wiem, może da się na to odpowiedzieć w podstawówce, jak człowieka zasypują jakimiś idiotycznymi książeczkami, z których trzy czwarte kompletnie do młodocianego czytelnika nie przemawia, a reszty nie czytał, bo mu się nie chciało. Jak się w takiej sytuacji trafi jeden, którego się fajnie czytało, to można mówić, że to ulubiony pisarz. Ale jeśli tylko człowiek zaczyna czytać samodzielnie, samodzielnie dobierać sobie lektury i szperać w konkretnych gatunkach, o których już wie, że dobrze się w nich czuje, to… no to przekichane! Jak niby znaleźć ulubionego pisarza, kiedy w obrębie jednego gatunku mam trzech? A jeśli, nie dajcie bogowie, lubię kilka gatunków?
Ehh…

W pierwszej chwili nasuwa się, oczywiście, J.R.R. Tolkien. No bo któż by inny? Czytelniczo to właśnie Tolkien mnie ukształtował w dzieciństwie. Pierwsza rzecz, którą pisałam i która w sumie rozpoczęła moją karierę grafomana, to był fanfic do Silmarillionu. Miałam wtedy jakieś dziesięć lat, nie miałam Internetów i nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak fanfic. Zasmarowałam nim kilka zeszytów. Tolkiena doceniam jako twórcę rewelacyjnego i niesamowicie przestronnego uniwersum, a także jako zwykłego opowiadacza świetnych, wciągających historii. I mimo że w ostatnich latach nie czytałam nic tego autora (no, za wyjątkiem powtórki z Hobbita w zeszłym roku), to czytelniczy afekt pozostał.
Tyle tylko, że kiedy próbuję połączyć Tolkiena z hasłem „ulubiony pisarz”, coś się we mnie burzy. I zaczyna wołać: „eeeej! A Alexandre Dumas?!”.
No właśnie – i pojawia się nam drugi kandydat. Dumas. Nie mówię, że jego twórczość mam w małym palcu, co to to nie. Przypuszczam, że niebawem Kassandra będzie lepiej obcykana z pisaniem Dumasa seniora niż ja. Bo znowu: od kilku lat niczego tego pana nie przeczytałam. Byli Trzej Muszkieterowie, było 20 lat później (książka, która mnie niemożebnie przygnębiła, tak swoją drogą – nie dokończyłam, co planuję nadrobić, ma się rozumieć), Hrabia Monte Christo (książka z bohaterem doskonałym i doskonale przeprowadzonym motywem zemsty – wielbię), Dwie Diany, Czarny Tulipan, Józef Balsamo… biorąc pod uwagę całość dorobku pisarskiego Dumasa, to kropla w morzu. Ale wszystkie historie opowiedziane przez starego Francuza niesamowicie zapadają w pamięci. Bohaterowie są wyraziści i przykuwają uwagę. Wreszcie te drobiazgowe opisy – jednych mogą znudzić, dla mnie były trochę jak wehikuł czasu. A przytoczony już przeze mnie Monte Christo był moim pierwszym w pełni uświadomionym literackim tróloffem.
Ale tak naprawdę… przecież ja nie jestem w ogóle fanatyczką powieści historycznych. Ok., Dumas stanowi wyjątek, ale czy naprawdę wygrywa z ulubionymi autorami poruszającymi się w gatunkach, które faktycznie lubię?
I tu nie sposób mi skręcić w stronę Isaaca Asimova, z którym zaczęłam się zaprzyjaźniać stanowczo zbyt późno, ale staram się, by nasza znajomość była maksymalnie intensywna.
Twórczość Asimova ma w sobie coś niesamowitego. To doskonałe połączenie wartkiej akcji, wciągającej fabuły, lekko zarysowanego, ale wyraźnie przemyślanego świata, a także świetnych bohaterów, którzy z miejsca wzbudzają w czytelniku emocje. Autor oferuje różnorodne wizje przyszłości, przedstawia dziwne historie z życia uczonych, a przede wszystkim: stworzył R. Daneela Olivawa. Tak, wiem, jestem monotematyczna trochę. Poczekajcie Państwo, aż dojdziemy z pytaniami do ulubionego bohatera, ha! To dopiero będzie dramat… Ale wracając do Asimova: właściwie chyba bym się nawet na niego zdecydowała, gdyby nie jedno małe „ale”: w jego pisaniu brakuje mi (wiem, to będzie teraz idiotyczne) więcej technobełkotu w stosunku do sporej dawki socjologii. Czasami mam wrażenie, że w jego wizjach są luki, że roboty są niekonsekwentne, że na pewno musi być łatwiejszy sposób na mnożenie się niż przechodzenie fazy triady Amebowców, że podbój kosmosu można by rozegrać bardziej logicznie… no plus ten przykry fakt, że Asimov miał wiele cech bucowatego grafomana. Wiem, to niby nie ma nic do rzeczy, skoro pisał fajnie, ale przy tak wyrównanej konkurencji muszę wyciągać każdy argument.
Bo był taki ktoś, kto wymienionych powyżej wad nie miał – a na imię mu było Arthur.
Sir Arthur Charles Clarke opisywał obrazy, od których nie mogłam i nadal nie mogę się oderwać. Niezwykle sugestywnie i plastycznie prezentował inne światy: począwszy od rzeczywistości istniejącej tuż obok nas, w głębinach oceanów, a skończywszy na odległych rejonach kosmosu i jeszcze odleglejszych czasach. Z jednej strony śmieszna w swojej naiwności, z drugiej zaś budująca jest wiara w Człowieka, która przebija z tekstów Clarke’a. Piękne opisy doskonale przeplatały się z bardzo rzetelnymi uzasadnieniami każdego pomysłu. Jeśli jakiegoś uzasadnienia nie ma w samym utworze, to hej!, przecież można dorwać wydania z przedmowami, posłowiami itp. samego autora, gdzie – w sposób o niebo sympatyczniejszy niż robił to Asimov – Clarke pisał, który element w którym roku się potwierdził. Ale to nie było „JA to przewidziałem, dziwki!”, tylko raczej w tonie „ups, faktycznie coś takiego później skonstruowali”.
Prawdą jest, że nie mam serca do bohaterów Clarke’a. W większości zalatują nieco tekturą – owszem, są jacyś, nawet można ich polubić, ale… ja ich po prostu nie czuję. Są tylko po to, żeby czytelnik mógł zagłębić się w o wiele szerzej zakrojoną wizję. I w sumie wcale mi to nie przeszkadza! Warto!
I co jeszcze…?
HAL 9000. Tak, Ulv pewnie znowu rechocze ze mnie pod nosem. Ale jak niby miałabym odmówić pierwszeństwa autorowi, który jest ojcem HAL-a? Doskonałej, wywołującej ciary, ale jednocześnie okropecznie sympatycznej sztucznej inteligencji. HAL-a, który stał się symbolem sztucznych inteligencji jako takich. Bohatera bez wyglądu i zasadniczo bez charakteru, a jednak tak zapadającego w pamięci.
No i to powieść Clarke'a (Miasto i Gwiazdy) zainspirowała Davida Bedforda, angielskiego kompozytora (który w ogóle lubił inspiracje sci-fi), do stworzenia jedynego w swoim rodzaju oratorium, podczas którego Clarke czytał fragmenty własnej powieści! Utwór był wykonany raz, w 2000 r. - nie ma go obecnie ani w sprzedaży, ani w Internetach, ani nigdzie. Jedyna kopia zalegała w studiu nagraniowym gdzieś na wyspach. I wiecie co? I od jakiegoś czasu na moim kompie! MUAHAAHAHAHAA!

...

Znowu zaczęłam się tym jarać.
Czas kończyć.

Cóż – dzisiejszą wyzwaniową odpowiedzią jest: Arthur C. Clarke.

środa, 22 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 12

kadr z filmu (dość nudnego, nota bene)
Książka, której nienawidzę i kocham jednocześnie.

Ok., dziś miałam łatwo. Prawdę mówiąc, jak tylko zobaczyłam pytanie, od razu w mojej głowie zajaśniał neonem tytuł. Ktoś mógłby zapytać: ale jak to? Wczoraj nie mogłam wyłuskać z siebie tytułu książki, której nienawidzę, a dziś swobodnie wymieniam książkę, którą nie dość, że nienawidzę, to jeszcze zarazem ją kocham? Tak. To nie ma sensu. Pamiętajcie Państwo: logika we wszechświecie Fryy jest jak punkty we Whose Line Is It Anyway? – kompletnie bez znaczenia.

A książka, z którą nie mogę dojść do ładu już od wielu, wielu lat, to Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell.
Czytałam ją dawno. Bardzo dawno. Może trochę zbyt dawno – pewnie faktycznie mentalnie byłam wtedy bardziej na poziomie Ani z Zielonego Wzgórza niż Scarlett. Ale nic nie poradzę, że akurat Przeminęło… było pod ręką. Czytanie tej powieści było właściwie dość dziwne. Spędzałam z nią (dobrowolnie!) całe dnie, a jednocześnie okrutnie się z tym męczyłam. Ostatecznie, choć głupio to przyznać, nie skończyłam jej. Piżgnęłam książką o ścianę i powiedziałam stanowcze NOŁ FAKIN ŁEJ. No dobra, wtedy powiedziałam to zapewne jakoś inaczej, bo nie znałam brzydkich słów.
Albo inaczej  - znałam dwa słowa. Bardzo, bardzo brzydkie.
Scarlett O’Hara.
Na litość Biegnącego Jeżusia, Scarlett była totalnie najgorszym zjawiskiem, jakie przytrafiło mi się w dzieciństwie. Rozpuszczona, egocentryczna zdzira, która nie potrafi pogodzić się z tym, że ktoś obdarza uczuciem kogoś innego, a nie ją. Która żyje w jakimś swoim małym światku pełnym urojeń, a jeśli – nie dajcie bogowie – ktoś nie postępuje zgodnie z tymi urojeniami, to jest najwyższej klasy obrazą. Ale z kolei jeśli trafi się facet – fajny facet! – który ją wielbi cierpliwie i bezwarunkowo przez kilka kuźwa lat, to też jest źle! Bo ona wtedy akurat woli w ramach jakiegoś aktu sadystyczno-masochistycznego wyjść za pierwszego z brzegu frajera, który w sumie tylko ją irytuje, ale co tam. No więc wychodzi za mąż ciągle i ciągle, rodzi te nieszczęsne dzieci, i ciągle jest niezadowolona. Widziały gały co brały, fak ju!
I kiedy byłam już kilka- kilkanaście stron przed końcem, po prostu nie wytrzymałam i stwierdziłam, że ani sekundy dłużej z tą beznadziejną babą nie zdzierżę.

Ale jest druga strona medalu, której nie sposób nie zauważyć.
Abstrahując od mojego osobistego stosunku do głównej bohaterki, ta książka jest po prostu świetna. Doskonale i z rozmachem pokazane realia wojny secesyjnej – i to z perspektywy południa, co dla mnie było szczególnie poruszające i ciekawe. Postacie są fantastycznie skrojone i budzą autentyczne, bardzo silne emocje. Przecież gdyby nie to, ja nie zaciskałabym pięści i nie zgrzytała zębami po dziś dzień przy każdym wspomnieniu Scarlett. Ona była wkurwiająca, ale świetnie napisana. Inni zresztą też byli doskonali. Charlesa i Franka było mi okrutnie szkoda, no i nie wyobrażam sobie, jak można – będąc samicą – czytać Przeminęło… i nie wielbić Rhetta.

Dziś waham się, czy sobie tej książki nie odświeżyć. Może doczytać tylko końcówkę? A może po prostu całość jeszcze raz? Nie wykluczam, że moje emocje związane z powieścią wynikają z tego, że byłam za mała, kiedy to czytałam.

Nie wiem jeszcze, co zrobię, ale wiem, że Przeminęło z wiatrem jest moją odpowiedzią na dzisiejsze pytanie.

Fraa w czytelni (65) - "Roboty i Imperium"

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Roboty i Imperium
Tytuł oryginału: Robots and Empire
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Miejsce i rok wydania: Poznań 2003
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS

I tak moja przygoda z robotami Isaaca Asimova dobiegła końca. Właściwie nawet mi trochę smutno z tego powodu, bo zdążyłam się już przyzwyczaić, że niezależnie od tego, co się dzieje, zawsze będę mogła poczytać trochę o duecie Baley & Daneel.
Ale od początku: akcja powieści Roboty i Imperium rozgrywa się jakieś dwieście lat po wydarzeniach z Robotów z planety świtu. Konsekwencją tego jest choćby fakt, że Elijah Baley, nasz dobrze znany detektyw, nie żyje od mniej-więcej szesnastu dekad. Na scenie została Gladia (obecnie pani w średnim wieku) oraz dwa roboty: R. Daneel i Giskard. Nie przejęzyczyłam się jednak, gdy wspomniałam o duecie Baley & Daneel, gdyż na Aurorę zawita daleki potomek Elijaha w prostej linii, niejaki D.G. Baley. Błędem jednak byłoby twierdzenie, że to taki zastępczak dla Elijaha. Nie – jego rola jest zupełnie inna, a powieść koncentruje się tak naprawdę już nie na ludziach, a na robotach. No, oraz na Imperium.
Oto bowiem, po interwencji Elijaha sprzed dwustu lat oraz na skutek polityki Fastolfe’a, ludzie z Ziemi wreszcie wyruszają na podbój kosmosu. I ani trochę nie podoba się to Przestrzeniowcom, którzy chcieliby galaktykę na własność, a tymczasem gnuśnieją na swoich pięćdziesięciu planetach, a robactwo z Ziemi się rozłazi (w ogóle bardzo ciekawie wypada tutaj działalność Fastolfe’a – otóż uczony wygrał batalię z Amadiro, ale okazuje się, że to nie on miał rację, a jego polityka zupełnie się nie sprawdza).
I w tym wszystkim dowiadujemy się, że Solaria – planeta, na której urodziła się i spędziła młodość Gladia – została opuszczona. Ot tak po prostu, nagle puf!, na planecie nie ma Solarian. Ale zostały roboty – na pewno zostały, przecież Solarianie, dokądkolwiek by się mieli udać, nie zabraliby wszystkich robotów. Wszak przypadało ich po kilka tysięcy na jednego Solarianina. Toteż wszyscy ostrzą sobie zęby na złom, który został na opuszczonej planecie. Smuteczek jest taki, że złom zupełnie nie chce dać się zabrać z Solarii. I jest złomem w najwyższym stopniu zaczepno-obronnym.
I tak to się zaczyna.

Jak wspomniałam, Roboty i Imperium to nie jest kolejny kryminał pokroju poprzednich tomów. Oczywiście, jest intryga, ale nie polega już na wykryciu mordercy, a na… zaprowadzeniu pokoju między Osadnikami (czyli kolonistami z Ziemi) oraz Przestrzeniowcami. Zamiast klasycznej sprawy dla detektywa czytelnik dostaje sporą dawkę polityki i spisków na najwyższym szczeblu. Tak naprawdę dokładnie wiadomo, która postać jakie ma sympatie i kto z kim współpracuje, bah!, wiadomo nawet, jakie poszczególni bohaterowie mają cele. Jedyne, co nie jest powiedziane wprost, to jak zamierzają te cele osiągnąć. To jest fajne i niefajne zarazem. Niefajne, bo tak jak poprzednie powieści czytałam w napięciu, wraz z Elijahem błądząc w obcych mi społecznościach i usiłując znaleźć mordercę, tak tutaj w zarysach jednak wiedziałam, co, kto i gdzie. Książkę czytało się pod tym względem… hm… spokojniej. Ale było to też fajne – bo czytelnik mógł się całkowicie skoncentrować na poszczególnych procesach i metodach osiągania celów przez bohaterów. Na ich wzajemnych relacjach, które przechodziły przez wiele faz.
Ach, no tak – skoro o bohaterach mowa. Zabawny był przede wszystkim podział na drużynę dobrych i złych. Dobrzy chcieli pokoju w galaktyce, braterskiej miłości między Osadnikami a Przestrzeniowcami itp. Źli zaś… cóż, źli pragnęli zniszczyć Ziemię i odebrać galaktykę Osadnikom. Ale nie tylko ten ostateczny cel decydował o podziale – widać go było też w konkretnych cechach charakterów i relacjach między bohaterami. W grupie złych (Amadiro, Mandamus, Vasilia) panowała nieufność, uczeni oszukiwali się i zawierali tymczasowe sojusze tylko po to, żeby w ostatniej chwili wykiwać resztę. Ale gdyby mogli, najchętniej przebywaliby na dwóch przeciwległych biegunach planety. Z kolei w grupie dobrych… cóż, w grupie dobrych była uczciwość, miłość i przyjaźń. Cukierki zjeżdżały po tęczy wprost do sparklącego koszyczka.
Choć trzeba tu oddać honor bohaterom, że to nie do końca ich wrodzona dobroć decydowała o tym obrazku, ale sporo miał do powiedzenia Giskard. Tu jednak mój zarzut do powieści: Giskard za często używa swoich mocy. Ciągle powtarza, jaki musi być z tym ostrożny, jakie to ryzyko dla poszczególnych umysłów, jakie to trudne… i ciągle to robi! Pierze mózgi bez mrugnięcia okiem, mimo jego słów wcale nie czułam, że to jest w najmniejszym stopniu kłopotliwe.
W ogóle tak do końca nie umiem się ustosunkować do zamysłu: że oto dwa roboty decydują o losach galaktyki i ludzkości? Naciągane. Owszem, to nie byle jakie roboty, ale i tak naciągane. One się robią zbyt potężne, a jak jeszcze dochodzi do tego Zerowe Prawo… Choć samo jego zaistnienie w robocich rozkminach mi się podobało: Zerowe Prawo jest w sumie naturalną konsekwencją istnienia Pierwszego Prawa i wierzę, że gdyby taki robot dostatecznie długo myślał nad problemem Praw Robotyki, doszedłby rzeczywiście do tego Zerowego. Owszem, z tego wszystkiego roboty stawały się coraz mniej robocie, Daneel był już niemal jak człowiek, a to zasygnalizowanie przyjaźni między nimi dwoma, choć na swój sposób urocze, trochę mnie przygnębiło. Miałam wrażenie, że Asimov staje na rzęsach, żeby uczłowieczyć te roboty, podczas gdy wcale nie było takiej potrzeby. Co więcej: myślę, że koncepcja dwóch zupełnie nieludzkich robotów, które sterują losami galaktyki, wywarłaby o wiele mocniejsze wrażenie, które trochę się w Robotach i Imperium rozmyło.

W ogóle miałam takie delikatne wrażenie doczepienia tej historii trochę na siłę do cyklu. Zupełnie inny klimat, inne problemy, inni bohaterowie – przypomina to nieco 3001: The Final Odyssey Clarke’a. Choć w jednym i drugim przypadku czas poświęcony na lekturę nie jest czasem straconym. Po prostu trzeba się nastawić na coś nieco innego. Atutem Robotów i Imperium jest to, że – jeśli wierzyć dopiskowi – jest to łącznik między cyklami, coś w rodzaju zapowiedzi „Fundacji”. Co mnie cieszy, bo ten drugi cykl również mam w planach. No plus czyta się Roboty i Imperium naprawdę nieźle, a brodaty D.G. wzbudza ogromną sympatię… bah!, nawet Niss wzbudza sympatię. Osadnicy po prostu mają coś w sobie. Ja po prostu nie jestem fanatyczką polityki.

Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego „Eksplorując nieznane”.




– Niech pan nie będzie zbyt pewien. U was również mogą się pojawić nierozwiązywalne problemy, jeśli już ich nie macie.
–To jest bez wątpienia możliwe, ale na razie muszę się z panią pożegnać. Statek szykuje się do lądowania i muszę powpatrywać się inteligentnie w prowadzący go komputer, bo nikt nie uwierzy, że jestem kapitanem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...