sobota, 18 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 8

(źródło)
Najbardziej przereklamowana książka

No dobrze. Miałam napisać tu dużo czegoś mądrego, ale chyba nie dam rady. hevs walnęła uber długą notkę o Lodzie Dukaja. Nawet nie próbuję konkurować. Z dwóch względów: po pierwsze, przez ostatnie siedem godzin oglądałam Nostalgia Critica, zbliża się północ i nie mam czasu na bardziej rozbudowany wpis. Po drugie, jakiś czas temu wymyśliłam, jaką książkę czytałam, o której z powodzeniem mogę powiedzieć, że jest przereklamowana – ale, niestety, to jest książka, no… cóż, Ulv powiedział, że gazeta ma więcej treści niż to. I zapewne ma rację. I nie, nie jest to Zmierzch – z jednego… z dwóch prostych powodów: po pierwsze, Zmierzchu nie czytałam (ale od trzech lat twardo walczę z ekranizacją – obejrzałam już dwie części!). Po drugie, cóż… hejtowanie Zmierzchu jest tak bardzo passe i mainstreamowe, że trudno bardziej, no nie?
Ja więc pójdę w coś jeszcze bardziej passe!
Chodzi mi o Alchemika Paulo Coelho. Jest to jedyne dzieło tego autora, do jakiego robiłam podejście – bo autor tak gloryfikowany swego czasu, no to wypada przeczytać, żeby później wiedzieć, co się hejtuje.
Ach, gdybyż to było takie proste!
Coelho w którymś momencie robił furorę – jego książeczki (przecież one wszystkie zmieściłyby się na ulotce, a  wydawca musiał wyczyniać prawdziwe akrobacje w składzie, żeby to miało jakąś przyzwoitą objętość – stąd zdrobnienie) postrzegano jako literaturę ambitną i filozoficzną… oczywiście, była też masa hejterów, ale to nie przeszkadzało w sprzedaży. Bądź co bądź nawet mojej Rodzicielce polecono tego autora i nie jestem pewna, czy aby się nie skusiła – w końcu czyta sporo… a że głównie kryminały, gdzie im więcej krwi tym lepiej? Oh, hell with that! Coelho będzie w sam raz dla niej!
W każdym razie, mimo że obecnie o Coelho chyba już nikt nie pamięta, swego czasu to był hit.
I właśnie wtedy, kiedy jeszcze był to hit, postanowiłam się z nim zmierzyć. Że akurat na miejscu miałam Alchemika, sięgnęłam właśnie po ten tytuł.
I wiedzą Państwo co? Mimo że treść książeczki zmieściłaby się na odwrocie paragonu, ja jej naprawdę, mimo ogromnego nakładu sił i środków, nie skończyłam. Utknęłam gdzieś w połowie i po prostu nie mogłam dalej zdzierżyć tej nudy, ciskania we mnie pustymi frazesami, zerowego zgłębienia jakiegokolwiek problemu i… no… po prostu ogólnej miałkości. To dziełko mnie intelektualnie totalnie wypruło. Minęło kilka lat, a ja wciąż nie mogę się zmusić do przeczytania tego do końca. Mam tylko takie niewyraźne wspomnienie, że kompozycja powieści sprowadza się do: miałkiepitolenie - BUM!jebnięcieGłębokąMyślą-miałkiepitolenie-BUM!-itp. Strasznie mnie to zirytowało. I te Głębokie Myśli były tak bardzo... powierzchowne i ledwie dotykały jakiegokolwiek zagadnienia, nawet nie próbując go zgłębić. I to było takie przykre. I po prostu nie dałam rady.

Oczywiście, mogłabym dziś tak naprawdę wspomnieć o Diunie, która – choć przedstawiana jako totalne i ponadczasowe arcydzieło literatury sci-fi – dla mnie była mocno taka sobie, a wkurwiający bądź nijacy bohaterowie bardzo dbali o to, żebym nie dała rady w pełni zachłysnąć się świetnym settingiem, niemniej jednak… cóż, nie mam czasu. Zresztą, o Diunie już coś na tym blogu pisałam.

A teraz wracam do NC…

piątek, 17 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 7

Książka, która wywołuje mój śmiech

Tym razem dylemat miałam jedynie przez krótkie mgnienie. W pierwszej chwili moje myśli powędrowały do Clarksona i Pratchetta, szybko jednak dokonały spektakularnego zwrotu. Bo weźmy takiego Pratchetta: jasne, powieści ze Świata Dysku ociekają doskonałym humorem, szczególnie te starsze. I owszem, zacieszam tam często jak debil. Ale nie jestem pewna, czy faktycznie śmieję się w głos. W przeciwieństwie do hevi, ja się rzadko śmieję, czytając książki. W ogóle przy lekturze skrajne emocje to u mnie ogromna rzadkość. I to nie jest chyba wina autora, po prostu tak mam i już.
O tej jedynej powieści, przy której turlam się ze śmiechu po podłodze nie pomyślałam od razu tylko dlatego, że najzwyczajniej w świecie wieki jej nie czytałam. Ostatni raz chyba gdzieś na początku studiów. Mowa o wspominanej już na tym blogu powieści Joanny Chmielewskiej, Wszystko czerwone.
Jak to u Chmielewskiej, mamy trupa. Bah!, żeby jednego! Trup ściele się niemal tak gęsto jak w Morderstwach w Midsomer! Bohaterami są, jak to u Chmielewskiej, całkowicie przeciętni ludzie, którzy znaleźli się po prostu w złym miejscu o nieodpowiedniej porze, co wcale nie znaczy, że są nudni – ofkoz szoł w dużym stopniu kradnie Alicja, która jest w stanie zapomnieć totalnie o wszystkim, ale inni też dają radę, z panem Muldgaardem, duńskim policjantem mówiącym po polsku, na czele (c’mon, jak można czytać „Ta dama to wasza mać?” i przy tym nie rechotać?!). Jest też, ma się rozumieć, masa dziwnych zbiegów okoliczności, Joanna prowadzi śledztwo na własną rękę, jest potraktowane z przymrużeniem oka starcie dwóch kultur – polskiej i duńskiej, jest pani Biała Glista i nogi. Same nogi. Bo reszta kadłuba była w ciemno.
Wszystko czerwone czytałam tyle razy, że nie jestem w stanie zliczyć. I kiedy teraz przeglądam cytaty, też zaśmiewam się jak debil. Niniejszym idę przeczytać całość. To krótki kryminałek, ale łez można nad nim wylać całe morze. Czeka mnie radosny wieczór.


– Niedobrze – rzekł. – Światłość była na pani osoba. On wykonywa zła zamiara poprzez okno. Pani winna nie siadywać na światłość.

czwartek, 16 stycznia 2014

Fraa w czytelni (64) - "Roboty z Planety Świtu"

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Roboty z Planety Świtu
Tytuł oryginału: The Robots of Dawn
Tłumaczenie: Zbigniew Królicki
Miejsce i rok wydania: Poznań 2003
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS

Pisałam niedawno, że od opowiadanek wolę dłuższe teksty Asimova… cóż, mówiłam i mam. Roboty z Planety Świtu dorwałam, przeżułam i zatriumfowałam. Czyta się tę powieść błyskawicznie, a sama historia praktycznie bez ustanku trzyma czytelnika w napięciu. Z czasem człowiek uświadamia sobie coraz wyraźniej, że każde słowo, które pada w tekście, może być właśnie tym słowem – słowem, które będzie leżało u podstaw rozwiązania zagadki. Ale na nic się zda ta paranoja, bo nie sposób wyłapać wszystkiego.
Roboty… to, tak jak Pozytonowy detektyw oraz Nagie Słońce, kryminał – znów obserwujemy losy policjanta Elijaha Baleya, któremu w śledztwie pomaga niezwykły, humanoidalny robot – R. Daneel Olivaw. Bohaterowie zdążyli już przyzwyczaić czytelnika do tego, że ukrywają dużo więcej niż mówią i że nigdy się nie poddadzą – i w Robotach… się nie zawiedziemy. To kolejna zamotana zagadka, kolejny trup i wiele, wiele chwil zwątpienia: bo cóż może poradzić biedny detektyw, skoro zostaje wezwany na obcą planetę, by znaleźć mordercę, który właściwie wcale nie jest mordercą, bo ofiara nie była człowiekiem, a przy tym osoba, która naszego bohatera wezwała na Aurorę i która zapewnia wszystkich o swojej niewinności, jednocześnie nieustannie podkreśla, że była totalnie jedyną istotą na całej planecie, zdolną dokonać tego… hmm… powiedzmy, że wykroczenia?
A tak właśnie jest. Właściwie Baley mógłby odpuścić sobie całą sprawę, gdyby nie fakt, że od jego sukcesu zależą losy nie tylko doktora Fastolfe’a, ale też samego Elijaha, a także Ziemi, Przestrzeniowców i, tak właściwie, całej galaktyki. Ot, takie tam…
Dodatkowo, oprócz doskonałego R. Daneela, czytelnik pozna kolejnego przefajnego robota: Giskarda Reventlova. Giskard nie jest robotem humanoidalnym (czyli: widać po nim, że jest robotem – jest z metalu), to model starszy od R. Daneela, ale często okazuje się, że ta jego prostota wiele spraw ułatwia.
No i wróci Gladia, obecnie Gladia Solaria, której policzka Baley dotknął pod koniec poprzedniego tomu cyklu.

Kolejny raz muszę pochwalić Asimova za bohaterów: ci, których czytelnik już miał okazję poznać, trzymają poziom i nie rozczarowują. Cały szereg postaci, które pojawiają się po raz pierwszy, również robią dobre wrażenie. Fajne jest to, że – choć zasadniczo mamy podział na bohaterów pozytywnych i negatywnych – jest on dość zaplątany dzięki specyfice poprowadzenia całej historii: postacie poznajemy z wielu punktów widzenia, w czasie kolejnych przesłuchań dokonywanych przez Baleya. I tak kiedy już przekonujemy się, że ten doktor Fastolfe to bardzo poczciwy i rozsądny człek, na scenę wchodzi jego córka, Vasilia Aliena. I czytelnik zaczyna się poważnie zastanawiać. Najgorsze jest to, że generalnie niemal wszyscy mówią prawdę. Tylko te prawdy wzajemnie się wykluczają i Baley, a z nim czytelnik, musi sam dojść do tego, którą uzna za tę najprawdziwszą.
W dodatku, mimo wszystkich tych problemów, bohaterowie przejawiają sporo humoru – nawet jeśli czasem nieco cynicznego czy ponurego. Nawet jeśli to niezamierzony efekt – szczególnie w przypadku robotów. Ot, na przykład pojmowanie wtrącanych metafor i romantyzm w wykonaniu R. Daneela albo „dlaczego nie należy rzucać górnolotnymi cytatami w obecności robota”:
– Mimo to, Daneelu, będę mówił „zabić”. Jander Panell został zabity.
– Jaki wpływ na przedmiot może mieć określenie, które go dotyczy?
– „Róża, jakkolwiek ją zwać, pachnie równie słodko”. Nieprawdaż, Daneelu?
Robot zamilkł, po czym odrzekł:
– Nie jestem pewien, co ma do tego zapach róż, ale jeśli ziemska róża jest tym popularnym kwiatem zwanym różą na Aurorze i jeżeli przez zapach rozumiesz pewną cechę, którą ludzkie istoty mogą wykryć, wyczuć lub zmierzyć, to na pewno określenie róży inną kombinacją dźwięków wcale nie wpłynie na jej zapach i inne właściwości.
Elijaha z kolei kupuję za coś wręcz odwrotnego: za jego całkowitą… człowieczość. Jest ludzki, ma swoje lęki, lepsze i gorsze chwile, bywa zirytowany, humor z nim związany może i bywa momentami rynsztokowy, ale właściwie: czemu by nie?
Zirytowany ruszył w kierunku miejsca, gdzie uprzednio widział półprzezroczyste drzwi. Idąc powoli wzdłuż ściany i obijając się o różne wystające przedmioty, wreszcie je odnalazł.
W końcu oddał mocz do czegoś, co wyglądało jak mały stawek, który zdawał się nie przyjmować strumienia płynu. Baley był pewny, że celuje dokładnie do tego czegoś, co brał za urynał, więc powiedział sobie, że jeśli korzysta z niewłaściwego urządzenia lub źle mierzy, to nie jego wina.
Nawet postacie poboczne mają świetne momenty – jak choćby absztyfikant Gladii, Santirix Gremionis:
– Wszystko można projektować – na tym polega mój zawód. Oczywiście, można posunąć się za daleko. Na planecie Pallas brody i wąsy są bardzo popularne, ale niestety powszechną praktyką jest farbowanie ich na rozmaite kolory. Każdy włos jest osobno barwiony, co daje dziwaczną mieszaninę. Kolory z czasem się zmieniają, jednak i tak jest to lepsze niż całkowity brak zarostu. Nie ma niczego mniej atrakcyjnego od pustyni na twarzy.
W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę wszystkim panom: Gremionis może i był tylko fryzjerem, ale wiedział, co mówi!

Ale skończę już z cytatami może… Choć nie ukrywam, że wynotowałam ich całkiem sporo.
Oprócz bohaterów, mamy oczywiście wizję. Wizję bardzo odległej przyszłości, która obejmuje wspólną egzystencję ludzi i robotów. Mamy szereg pytań: czy ta egzystencja jest możliwa? Czy jest wskazana? Mamy też ciąg dalszy w stosunku do opowiadań, bah!, są bezpośrednie odwołania do niektórych z nich – co zresztą ogromnie mnie ucieszyło i uświadomiło mi, że nie czytałam Świata robotów tak zupełnie bez sensu.

Szczególnie interesującą dla mnie kwestią były same roboty – i nie ukrywam, że przede wszystkim sam R. Daneel. Sporo miejsca Asimov poświęcił kwestii uczuć robotów – czy odczuwają radość, przywiązanie – czy fakt, że zostały zaprogramowane przez człowieka, w jakikolwiek sposób umniejsza wartość ich emocji? Czy zmiany stanu pozytonów u robotów nie są pełnoprawnym odpowiednikiem zmian stanu neuronów u człowieka? Są jakby próby skonfrontowania Praw Robotyki z jakimiś prawami ludzi – bo przecież ludzie też muszą podlegać jakimś prawom… prawda…?

Jeśli mam rzucać jakimiś zastrzeżeniami, to będzie to chyba seks. To znaczy nie sam w sobie, bo generalnie pojawienie się tego tematu w powieści jest w pełni uzasadnione i sensowne, w dodatku dość istotne dla fabuły. Ale pod koniec książki nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest tego za dużo – przy czym nie chodzi mi o szczucie cycem, tylko o rozmawianie o seksie. Bo sceny akurat są mocno wyważone… no, powiedzmy – poza momentem, kiedy jedna strona w trakcie akcji nuci sobie piosenkę, a druga cieszy się, że znów jest niemowlęciem. Trochę tego nie ogarnęłam, ale panie Asimov: to było bardzo, bardzo złe. Truly. Ale wracając do rozmów: tego ględzenia jest tak dużo, tego pąsowienia i splatania rąk na podołku, że czytelnik zaczyna się niecierpliwić – bo przecież chciał czytać o robotach i morderstwie. Jakby chciał poradnika matrymonialnego, wybrałby raczej inną lekturę. Tymczasem siada całe napięcie i końcówka nieco się przez to rozmemłała.

Ale poza tym – rewelacja. Trzeci tom cyklu w żaden sposób nie rozczarowuje, oferuje czytelnikowi wciągającą intrygę, świetnie zarysowane dylematy odległej przyszłości, kolejną wizję społeczeństwa (oprócz znanych już społeczeństw Ziemi i Solarii), a także świetnych bohaterów i niezbyt wysokich lotów humor w najlepszym wydaniu. Fraa approves.

Ma się rozumieć, notka popełniona w ramach wyzwania czytelniczego "Eksplorując nieznane".




– I jak się pan czuje, panie Baley?

– Jeżeli chodzi panu o przebywanie poza domem, to całkiem o tym zapomniałem. Natomiast jeśli ma pan na myśli nasz problem, to jestem tak bliski poddania się jak tylko można, nie wkładając przy tym głowy do ultradźwiękowej komory homogenizującej.

30-Day Book Challenge: dzień 6

(źródło i opis)
Książka, która mnie zasmuca.

No, dziś nie muszę oszukiwać. Książek, które w ten czy inny sposób wpędzają mnie w smutek i przygnębienie, jest sporo. Poczynając od wspomnianej już Doliny Muminków w listopadzie – ale o niej z całą pewnością nie mogę pisać, bo najzwyczajniej prawie nie pamiętam. Tylko ogólne wrażenie. Zresztą, nie ma potrzeby chwytania się ciągle Muminków. W depresyjne tony wpadłam po lekturze Fiaska czy Dzienników gwiazdowych (owszem, ogólnie Dzienniki… są lekkie i fajne, za wyjątkiem końcowej części, gdzie mamy do czynienia z Ijonem po latach – ta część wywarła na mnie cholernie mocne wrażenie), smucił mnie Bibliotekarz czy Blade Runner. Ale tak naprawdę to wszystko nic wobec dzieł, które… cóż, po prawdzie po to właśnie zostały napisane: by smucić. Mówię tu o tragediach greckich.
W twórczości Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa jest coś takiego, co do mnie trafia. Ja rozumiem, że są to teksty totalnie archaiczne i pewnie sporą część czytelników mogą znudzić. Wiem, że po zamordowaniu w szkole Antygony i Edypa już niewiele emocji można z siebie wyłuskać dla tego gatunku (choć… czy teraz w szkołach omawia się te mity?) Sama nie ukrywam, że część tych tragedii po mnie spływa – zapewne dlatego, że jest mi obojętny właśnie sam mit. Ale, czego nigdy nie ukrywałam, części tych greckich historii absolutnie fangirluję.
Samo fangirlowanie nie oznacza, że jakąś tragedię mogę zaliczyć do tekstów, które wywołują mój smutek, to nie takie proste. Agamemnon, Hekabe, Medea czy Ifigenia w Taurydzie głównie mnie wkurzają – mimo mojej ogromnej sympatii do tytułowych bohaterów (Agamemnon to mój tróloff antyku – czego zasadniczo też nigdy nie ukrywałam). Jest w tych historiach bezsens, który budzi moją irytację. Śmierci i zdrady, których tak łatwo byłoby uniknąć, głupie decyzje ludzi, których hejtuję (Klitajmestra, Jazon!). Ale jest taki tekst, który rzeczywiście zasmuca mnie, ilekroć do niego wracam. Liczę go jako „książkę”, bo bądź co bądź można samodzielnego e-booka kupić (za mniej niż piątaka).

Ajas Sofoklesa.
Oczekuję, że wszyscy, którzy zaglądają na tego bloga, znają tę historię. Jeśli nie, to niech się nie przyznają i odpalą Wikipedię.
Smutno mi właściwie za wszystkich: za Ajasa, który był niemal najdzielniejszym wojownikiem Achai, za jego żonę – Tekmessę, wreszcie za Agamemnona, który ciągle musi świecić oczami za Menelaosa i zamiatać to, co braciszek nasyfił. Smutno mi z tego powodu, że oni wszyscy chcieli dobrze – a wyszło jak zwykle. Ogarnia mnie tępe przygnębienie na myśl o tym, że po raz kolejny Atena (jedna z moich najbardziej znienawidzonych postaci mitologii greckiej – małostkowa, mściwa baba, która nie umie przegrywać i znęca się nad przeciwnikami, jeśli tylko ma taką możliwość. Nie mam bladego pojęcia, jakim cudem dochrapała się tytułu bogini mądrości i sprawiedliwej walki) robi burdel, po czym zadowolona z siebie odchodzi, jakby nic się nie stało. A oni wszyscy są bezradni. A to tak okropnie wspaniałe postacie. I to wszystko jest takie bezsensowne.
A bezsens i bezradność smucą mnie okrutnie – zwłaszcza jeśli dopadają takich ludzi jak Ajas: dzielnych i dumnych, którzy niejedno zwycięstwo jeszcze mogliby odnieść.
Nie lubię.


I znowu mi smutno.

środa, 15 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 5

(obrazek z innej książki, ale i tak go lubię)
Książka, która mnie uszczęśliwia

To właściwie dość dziwne pytanie. Może jestem za mało sentymentalna, ale c’mon: książka może wywołać różne emocje – smutek, wesołość, złość, przygnębienie i pewnie wiele innych; niektóre mogą utrzymać się dłuższy czas po przeczytaniu danej pozycji, ale nie wyobrażam sobie powieści, która uczyniłaby mnie szczęśliwą. Może trochę zbyt dosłownie rozumiem ten punkt wyzwania, ale cóż to by było za wyzwanie, gdybym nie wybierała najtrudniejszej opcji z możliwych?
Dość długo zachodziłam więc w głowę, co zrobić z dzisiejszym etapem czelendża.
Ostatecznie postanowiłam oszukiwać.

To znaczy ej: wyraźnie jest napisane „książka, która cię uszczęśliwia”, a nie „cudza książka, której przeczytanie cię uszczęśliwia”. A więc ja w tej chwili mogę rzucić jednym tytułem: Który tchnieniem stworzył Lewiatany – autorstwa niejakiej mnie. Z czystym sumieniem stwierdzam, że jest to książka, która – choć obiektywnie rzecz biorąc mocno ssie – poniekąd mnie uszczęśliwiła. Po pierwsze, sprostałam wreszcie nie takiemu prostemu wyzwaniu, jakim jest NaNoWriMo (i to w tydzień!). Po drugie, zasadniczo spełniłam jakieś tam marzenie z dzieciństwa, żeby ta historia ujrzała światło dzienne… no, może nie tyle historia, bo tę wymyślałam jakoś przed samym NaNo, ale z całą pewnością bohaterowie i jako taki świat (wspominałam już o tym zresztą w którejś notce, kiedy rozwodziłam się o zaletach NaNo). Jakby nie patrzeć, grabarz Yvo dołączył do mojego grona literackich tróloffów, nie mogę też wyzbyć się zupełnie niepoprawnej sympatii do nekromanty i do poety. Ewentualne retrospekcje czy półsłówka rzucone tu i tam zaś uświadomiły mi, że tam istnieje jeszcze Enna Rudy, turbomroczne plemię Karłów, Śpiewaczki czy feniksy z kosmosów. Po trzecie, Lewiatany…, mimo wszystkich przejawów grafomanii, jakie się w nich gnieżdżą, mają parę lepszych, za przeproszeniem, ustępów. I tego będę się trzymać, o. Są sceny, do których sama w ramach reperowania ego zaglądam i stwierdzam, że ej – to mi się udało, rech rech rech. Już zupełnie abstrahując od faktu, że sama procedura pisania, krótka i intensywna, była niezwykle oczyszczająca – szczególnie dla Wewnętrznego Grafomana. No i wogle, to pierwsza książka, jaką rozdawałam z autografem, no! Plus otworzyła mi furtkę do mojego fantasy settingu, o którym nawet nie wiedziałam, że może być tak obszerny. Umożliwia  mi to wygrywanie NaNo od trzech lat, a nawet zupełnie niepostrzeżone przemknięcie z fantasy do space opery – wciąż w ramach tego settingu. Jara mnie to i uszczęśliwia, tak.


Oczywiście, mogłabym „makes you happy” przetłumaczyć po prostu jako „wprawia w dobry nastrój” albo coś takiego. Mogłabym. Wtedy to by był dowolny tom Świata według Clarksona – Jeremy’ego Clarksona.

wtorek, 14 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 4

(wykorzystano zdjęcie stąd)
Ulubiona książka z ulubionej serii

To pytanie jest dla mnie jednocześnie banalnie proste i właściwie dość… zagadkowe. Mój ukochany tom z ulubionej serii to, ma się rozumieć, Tatuś Muminka i morze. Powszechnie jest to powieść uważana za pierwszą z dwóch „dorosłych” książek Tove Jansson o Muminkach (jakkolwiek moim skromnym zdaniem poprzednie pozycje serii również mają przerażająco dojrzałe akcenty, ale powiedzmy, że trzymamy się tego podziału). I choć mój związek z Doliną Muminków w listopadzie można z powodzeniem oznaczyć jako „to skomplikowane” (niezmiennie mnie przygnębia, sama do końca nie wiem, z czego to wynika – ale to jedyna powieść serii, którą najczęściej sobie odpuszczam, kiedy robię muminkowy rajd), to Tatuś Muminka i morze wielbię miłością ogromną. Jest latarnia morska, jest (a właściwie właśnie nie ma!) Latarnik, jakieś dziwne zarośla, które w ciągu jednej nocy potrafią z iście szekspirowską werwą się przegrupować, mamy totalnie niegościnną wyspę, z którą ta poczciwa, gruszkowata rodzina musi jakimś cudem znaleźć wspólny język… no i Buka. Przecież to właśnie w tej książce jest najpiękniejsza scena z Buką.
W ogóle czasem mam wrażenie, że tej powieści bliżej do całkiem poważnego realizmu magicznego niż do baśni dla młodszego czytelnika – weźmy na przykład Mamę Muminka, która praktycznie przez cały czas jest do tego stopnia samotna i opuszczona (mimo że przecież jest tam z rodziną), do tego stopnia tęskni za domem, że maluje sobie ów dom na ścianie w latarni. I chyba wszyscy pamiętają, jak to się skończyło. Zawsze to czytam i się zastanawiam: jak okropna samotność musiała dręczyć Mamę, że zrobiła coś takiego? Dlaczego? Przecież jej najbliżsi jej towarzyszyli. Jak bardzo Mama musiała być nieszczęśliwa? Brr. Ta kochana Mama Muminka, która zawsze była ostoją całej rodziny i choćby wszystko stawało na głowie, ona z niezmąconym spokojem wycierała łapki w fartuszek i dawała szklankę soku. I świat znów stawał się normalny.
Bo że Tatuś Muminka ma swoje odjoby, do tego Tove Jansson wcześniej już przyzwyczaiła czytelnika – on niemal zawsze wydaje się nieco nie na miejscu, kiedy tak po prostu siedzi w domu. Dużo mu lepiej w łódce, kiedy szuka Hatifnatów albo coś takiego.
Dodatkowej aury tajemniczości (bah, jakby Buka, koniki morskie, ruszający się las i handmade portal do Doliny Muminków to było mało!) dodaje fakt, że na wyspie z latarnią… nie ma Latarnika. Co się z nim stało? Nie wiadomo. Zamieszkujący wyspę rybak nie jest zbyt pomocny. Latarnik po prostu rzucił to w diabły i poszedł, a tymczasem latarnia nie świeci – a przecież latarnia morska absolutnie musi świecić. Ta obsesja Tatusia tworzy świetny klimat, a przynajmniej taki, który ja okrutnie lubię: kiedy pojawia się coś, co… no, po prostu trzeba zrobić. Bo tak ma być i już. Nawet jeśli reszta rodziny machnęłaby ręką – tu chodzi o zasady! Za ten upór między innymi uwielbiam Tatę Muminka.
Ale wspomniałam, że  jest coś, co sprawia, że Tatuś Muminka i morze – a właściwie mój stosunek do tej książki – jest dla mnie zagadką. Chodzi mi o bohaterów. Sęk w tym, że nie ma tu żadnej z moich ulubionych postaci. Biorąc pod uwagę moje priorytety przy czytaniu powieści, to mogłoby z powodzeniem zdyskwalifikować ten tomik w moich oczach. A tymczasem wychodzi na to, że brak Włóczykija i tęsknota za nim (Muminek wszak wspomina przyjaciela podczas cowieczornej zabawy w „ratowanie”) tylko wzmacniają ogólny klimat, to wrażenie izolacji i… no i właściwie wychodzą powieści na zdrowie.


No. Właściwie to tyle. Tatuś Muminka i morze forevah! \m/

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Fraa w czytelni (63) - "Świat robotów"

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Świat robotów (tom 1 i 2)
Tytuł oryginału: The Complete Robot
Tłumaczenie: Edward Szmigiel
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1993
Wydawca: Varia APD

Swego czasu Fenrir przy okazji recenzowania zbioru opowiadań Ja, Robot stwierdził, że Asimovowi „znacznie lepiej wychodziły opowiadania, niż dłuższe formy” [źródło]. Cóż generalnie nie zgodziłam się z kilkoma elementami tamtej recenzji, ale dziś mogę powiedzieć z całym przekonaniem przede wszystkim jedno: zupełnie nie zgadzam się zwłaszcza z tą tezą i w mojej opinii jest dokładnie na odwrót: o ile w dłuższych formach Asimov mógł swoje koncepcje rozwijać, pogłębiać i rzetelnie omawiać, o tyle w – zazwyczaj króciutkich – opowiadankach, nie mając do tego przestrzeni, nazbyt często popadał w skrótowość, przez którą przedstawiony pomysł wychodził dość naiwnie i nieprzekonująco.
Były, ma się rozumieć wyjątki od tej reguły, ale przy tej liczbie opowiadań trudno oczekiwać, że wszystkie będzie się dawało wrzucić do jednego worka.

Świat robotów to kompletny zbiór wszystkich krótszych tekstów, jakie Isaac Asimov napisał o robotach. Zawiera w sobie opowiadania zawarte w Ja, Robot, ale też wiele innych, również takich nigdy dotąd niepublikowanych. Jak dotąd brzmi dobrze?
Cóż, to dodam jeszcze, że książka (pisząc „książka” mam na myśli, ma się rozumieć, dwie książki – przypominam, że chodzi o wydanie dwutomowe) zawiera całkiem sporo dopisków odautorskich – najpierw nieco obszerniejszy wstęp, później zaś po parę zdań poprzedzających coś w rodzaju rozdziałów, na które podzielony jest cały zbiór. I powiem Państwu jedno: Isaac Asimov pisał fajną fantastykę naukową, ale nie powinien był się odzywać pozanarratorsko. Po przeczytaniu Świata robotów sama nie wiem, co we mnie mocniej siedzi: uwielbienie dla twórczości Asimova czy niechęć do niego jako do człowieka.
Na samym wstępie czytelnik dostaje kilka stron autorskiego pompowania ego. Do znudzenia mamy powtarzane, że to ON, Asimov, wymyślił robotykę (zarówno naukę jak i samo słowo), że pchnął cywilizację w nowoczesność, że zmienił losy świata – tak właśnie! Znaczy żeby nie było nieporozumień: ja nie odmawiam świętej pamięci autorowi wielkich osiągnięć. Nie odmawiam mu tytułu ojca robotyki. Nie w tym rzecz. Ale naprawdę, to już w którymś momencie zaczęło niebezpiecznie przypominać ten obrazek:
(źródło)
Późniejsze notki odautorskie są nieco bardziej powściągliwe, choć zupełnie mi się nie podobało, że miałam w nich narzuconą interpretację następujących po nich opowiadań – wolałabym tego typu refleksje dostawać po właściwej lekturze (to by mi umożliwiło porównanie moich własnych rozkmin z tym, „co autor miał na myśli”). A już zupełnie mnie rozwaliło podkreślenie w przypadku jednej z głównych bohaterek robociego cyklu, pani robopsycholog Susan Calvin, że była taka totalnie wyjątkowa w porównaniu do żeńskich bohaterek w ówczesnej literaturze, bo samodzielna i inteligentna, choć – uwaga, nie moglibyśmy żyć bez tej informacji – niespełniona seksualnie. WTF? Chłopie, really? Stul dziób i po prostu zacznij opowiadać historie o robotach.

No, ale jak już człowiek zmordował te mądrości Asimova, to w Świecie robotów ma cały szereg świetnych opowiadań – uszeregowanych co prawda tu i ówdzie tematycznie, to znaczy jest część poświęcona robotom metalowym, cześć niepodobnym do ludzi, część człekokształtnym itp., ale koniec końców układ jest podobny jak w Ja, Robot, czyli chronologiczny. Czytelnik poznaje kolejno nieśmiałe początki robotyki, jej rozwój, aż wreszcie coś w rodzaju schyłku, kiedy US Robots musi przerzucić się z niebywale inteligentnych, niemal identycznych z człowiekiem robotów na produkcję roboptaszków i robodżdżownic. Akcja ostatnich opowiadań rozgrywa się dwieście lat po śmierci Susan – co, przyznam, mnie osobiście nieco martwiło, ponieważ pani robopsycholog, obok panów Donovana i Powella, była najbardziej charakterystyczną i zapadającą w pamięci postacią robotycznych opowiadań. I faktycznie budzi się w człowieku pewna nostalgia pod koniec drugiego tomu – że oto dopiero byliśmy świadkami sceny, w której nastoletnia dziewczyna w muzeum techniki obserwuje prymitywną maszynę liczącą, a potem nagle jest już tylko hologramem w siedzibie US Robots. Niesamowicie mocno odczuwalny jest upływ czasu i przemiany, jakie w tym czasie zachodzą w społeczeństwie.

Ale, jak wspomniałam, moim zdaniem jednak Asimov lepiej sprawdza się  w dłuższych formach. Opowiadania nazbyt często sprowadzają się do dwóch gadających głów, które sobie cośtam kminią, dedukują i dość szybko przedstawiają wniosek – dla mnie zbyt szybko. Szczytem chyba jest opowiadanie Lustrzane odbicie, w którym po raz kolejny dochodzi do spotkania Elijaha i R. Daneela – i z jakiegoś dziwnego powodu policjant jawi się tu jako błyskotliwy superdetektyw, podczas gdy R. Daneel jest tylko marionetką, która w odpowiednich momentach ma zadawać kolejne pytania. To tak naprawdę zupełnie nie odpowiada portretom tych bohaterów, jakie czytelnik ma z powieści – gdzie owszem, Elijah głupi nie jest, ale obaj są właściwie równoważnymi partnerami i jeden bez drugiego by śledztwa nie ukończył.
Najlepszy przyjaciel chłopca aż nazbyt przypomina opowiadanie Robbie – zresztą, mnie w ogóle średnio jara wtłaczanie robotów w jakieś szczególnie bliskie relacje, a w obu wymienionych tekstach czytelnik dostaje motyw „dziecko kocha swojego robota, a gupi rodzice tego nie rozumieją”. Rzewliwe blargh.
Większość opowiadań jednak jest naprawdę fajna, nawet jeśli pozostawia pewien niedosyt – szczególnie przypadło mi do gustu Zbierzmy się, Niewolnik szpalt, Kobieca intuicja czy …że o nim pamiętasz. Dwustuletni człowiek, choć sam Asimov uznał je za swoje najlepsze opowiadanie o robotach, w mojej opinii po raz kolejny znów za bardzo idzie w kierunku uczłowieczania maszyn.

Nie ukrywam, że choć powtórzenie sobie historii robotyki było ciekawym doświadczeniem, z pewną niecierpliwością wyglądałam już, kiedy będę mogła zacząć Roboty z planety świtu – brakowało mi już czegoś z nieco bardziej złożoną fabułą i z R. Daneelem – takim, jakim być powinien, a nie zredukowanym do dania pretekstu, by zaprezentować jakąś maleńką teoryjkę. Ale jako niezobowiązujący zbiór opowiastek o ludziach (och, nie ukrywajmy, wszak o ludzi tam chodzi, a nie o roboty) Świat robotów mogę z czystym sumieniem polecić – ot, choćby dla Donovana, Powella i Calvin. Tylko odradzam czytanie wstawek odautorskich. No i trzeba się uodpornić na to, że średnio co dwa-trzy opowiadania będziemy mieć powtórzone wszystkie Trzy Prawa, co robi się irytujące mniej-więcej w połowie pierwszego tomu.
Long story short: fajne, przyjemne, szybko się czyta i niektóre opowiadania rzeczywiście robią wrażenie, ale całościowo ekstazy nie ma.
  

Ach: a wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego "Eksplorując nieznane".



– Jest to bardzo poprawna książka i niewiele rzeczy mogę tu wskazać – powiedział robot. – W linii 22 na stronie 27 słowo „pozytywny” jest napisane „p-o-y-z-t-y-w-n-y". Przecinek w linii 6 na stronie 32 jest zbędny, za to powinno się go użyć w linii 13 na stronie 54. Znak plus w równaniu XTV-2 na stronie 227 powinien być minusem, jeśli ma ono być zgodne z poprzednimi równaniami…
– Chwileczkę! Chwileczkę! – zawołał profesor. – Co on robi?

– Robi? – powtórzył Lanning ironicznie. – Ba, człowieku, on już skończył! Zrobił korektę tej książki.

30-Day Book Challenge: dzień 3


(z internetów)

Ulubiona seria

Zacznę od małego disklejmera: nie jestem szczególnym specem od serii. Mam z nimi dokładnie ten sam problem co z serialami: brak cierpliwości i jakieś kulawe ADHD. Zbyt długie siedzenie w jednym settingu, z tymi samymi bohaterami i z tym samym stylem autora mnie nuży, nawet jeśli początkowo coś mnie zachwycało. W przypadku seriali wytrzymuję zazwyczaj sezon, ale drugiego zwykle już nie chce mi się zaczynać (są, ma się rozumieć, chlubne wyjątki). W przypadku serii książkowych wytrzymuję zwykle jeden-dwa tomy. Nawet mogę dociągnąć do trzech. Czwarty naprawdę rzadko kiedy. Zresztą przez tę właśnie fatalną moją naturę, choć czwarty tom Kłamcy nabyłam jak tylko pojawił się w księgarniach, wciąż go nie przeczytałam. I przez tę właśnie naturę moja znajomość z Pratchettem jest mocno dziurawa. Jedyna seria, jaką przeczytałam w całości, to ta o Ciutludziach – moja ulubiona. I krótka. To pewnie dwa powody, dla których znam ją od początku do końca. Wszystkie inne serie – o magach, straży czy wiedźmach – czytałam wyrywkowo i jestem najzupełniej przekonana, że totalnie niechronologicznie.
Mojego seryjne nieogarnięcie sprawia też, że nawet nie łapię się póki co za żadnych Martinów, Goodkindów czy za te wszystkie książeczki o Gotreku, choć czytałam jedną i mi się podobała. Zalegam również z „Herezją Horusa”, choć czaję się i krążę wokół tych książek – ale po prostu wiem, jak to się skończy. Może w przyszłym roku machnę sobie jakieś czytelnicze wyzwanie na serie…?
Jasne, są jakieś tam wyjątki: nawet nie zauważyłam, kiedy łyknęłam cztery tomy Odysei kosmicznej. Ale bądźmy szczerzy: określenie „tomy” jest w tym przypadku mocno przesadzone. To są raczej tomiki. W dodatku niektóre fragmenty zostały praktycznie przepisane z pierwszej części do kolejnych, tym bardziej więc szybko się czyta. A, muszę przyznać, Odyseja kosmiczna przeorała mi mózg i wielbię mocno.
Również jakoś nie mam problemu z Asimovem i jego robotami – jestem na piątej i przedostatniej pozycji cyklu. Przy czym muszę przyznać, że – choć właściwie wszystkie teksty były ciekawe – to jednak ich poziom jest różny i na przykład dużo lepiej, moim zdaniem, wypadają powieści niż opowiadania. Ale mniejsza. Kiedy myślę o ulubionej serii, to nie Asimov pojawia mi się przed oczami (nawet mimo R. Daneela!).
Pojawia się Jok.

Bo ja, proszę Państwa, kiedy mam wymienić moją ulubioną serię, bez zastanowienia rzucam w Państwa Muminkami.
Nie pamiętam już, kiedy przeczytałam tę serię po raz pierwszy – wiem tylko tyle, że mnie urzekła. I, jakkolwiek zazwyczaj staram się unikać czytania lektur z dzieciństwa w dorosłym życiu, to w przypadku Muminków się złamałam i bardzo mnie to cieszy, bo te książki po prostu doskonale się bronią.
Nie wiem, na czym dokładnie polega moc świata i postaci wykreowanych przez Tove Jansson. Na pewno niemałą rolę odgrywa tu magia i niesamowitość: za każdym drzewem czai się tajemnica (Buka, Hatifnatowie – dziwne istoty, których oddziaływanie na czytelnika bierze się chyba głównie z tego, że są nieme i tak naprawdę nikt nie potrafi powiedzieć, o co im właściwie chodzi), a zwykła (no, też nie do końca…) rodzina bez mrugnięcia okiem przeżywa nieomal zderzenie z kometą, powódź, czy spotkanie z Czarnoksiężnikiem. Zresztą, jak wspomniałam: ta rodzina nie jest tak do końca zwykła. Z pewnych punktów widzenia można by się w niej doszukiwać patologii (c’mon, przecież całe Małe trolle i duża powódź są o tym, że Tatuś Muminka poszedł w pizdu, a teraz Mama i Muminek wędrują po świecie i go szukają, a o Małej Mi było powiedziane czarno na białym, że jest istotą złą – nie złośliwą. ZŁĄ) – ale po co, skoro można w niej widzieć pokłady niezwykle budującego optymizmu i niefrasobliwości. Wszak kiedy woda zalała całą Dolinę Muminków, największym Muminkowym zmartwieniem było: jak teraz zrobić kawę? A Mama Muminka spłakała się ze śmiechu, widząc swój salon do góry nogami. Albo cała ta heca z latarnią: Tatusiowi się nudziło, więc ciach-ciach, przeprowadzka! Wio! Czyż to nie piękne? Zero sentymentów, zero bezproduktywnego umartwiania się – trudno tego nie pokochać.
No i cała rzesza postaci! Jok, Włóczykij, Czarnoksiężnik – tę trójkę wielbię przede wszystkim. Nawet jeśli kilka miesięcy temu uświadomiłam sobie (przy kolejnym czytaniu), że Jok, jeden z tróloffów mojego dzieciństwa, to nieciekawie pachnący żul (tak! W Pamiętnikach Tatusia Muminka jest wzmianka o niemyciu!)
No i warto pamiętać o tym, że seria z czasem dojrzewa. Zaczyna się stosunkowo niewinnie, przygody z kotkiem Ryjka czy czarodziejskim kapeluszem mają się nijak do dziwnego nastroju towarzyszącego lekturze ósmej książki z serii, Tatuś Muminka i morze.
Tak. Zdecydowanie w kategorii „seria” Tove Jansson wygrywa. Przeciętny fantasta może się schować w obliczu tego dziwnego, magicznego miejsca, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje, a priorytety bohaterów mogłyby doprowadzić do obłędu najnormalniejszego człowieka.

niedziela, 12 stycznia 2014

30-Day Book Challenge: dzień 2

(z internetów)
Książka, którą czytałam więcej niż trzy razy

 Na pierwszy rzut oka pytanie wydało mi się tym razem banalnie proste. Jest jedna seria, do której wracam wciąż i nieustająco i bez której rok jest rokiem zmarnowanym: ma się rozumieć, chodzi o Muminki. Ale… no właśnie: pytanie jest o książkę, a nie o serię. O seriach będzie w dalszych dniach. Mogłabym, oczywiście, wybrać dowolny tom opowieści o Muminkach i rzucić dziś nim w ramach wyzwania, ale ja tego tak nie widzę: dla mnie wszystkie te książeczki są spójną całością i wolałabym pozostać przy takim ich rozpatrywaniu.
I tu zaczęłam się bardzo intensywnie zastanawiać. Prawdę mówiąc, rzadko kiedy wracam do przeczytanej książki. Ma to dwie przyczyny:
Po pierwsze, nawet jeśli jakaś książka mi się podobała, wolę zachować w pamięci to wspomnienie i nie ryzykować, że przy drugim czytaniu zauważę mankamenty i czar pryśnie. Przecież właśnie takim powtórnym czytaniem może nie do końca zgwałciłam, ale w każdym razie nieco nadszarpnęłam swego czasu moje niemal nabożne uwielbienie dla Końca dzieciństwa Clarke’a, które po pierwszym razie stało się dla mnie Pismem-Prawie-Świętym.
Oczywiście, różnie to bywa. Byłabym w stanie wymienić kilka tytułów, które czytałam dwukrotnie: Hobbit, właśnie wspomniany Koniec dzieciństwa, Wolni Ciutludzie, Zimistrz, Pies Baskerville’ów czy Trzej Muszkieterowie.
A po drugie, co tu dużo kryć: czas. Och, dużo łatwiej byłoby z filmami, ma się rozumieć! Bo to nie tak, że w ogóle nie lubię wracać do pewnych opowieści. Ale ponowne obejrzenie Armii Boga, Siedmiu Wspaniałych czy Za garść dolarów jest bez porównania szybsze i łatwiejsze niż odświeżanie powieści. Wszak czas, który spędziłabym nad raz już przeczytaną lekturą mogę poświęcić na przeczytanie czegoś nowego – a że doba nie jest z gumy, zazwyczaj wybieram jednak coś nowego.

Jednak nieco trwało, zanim sformułowałam sobie takie poglądy. W podstawówce czy liceum miałam w nosie sprawy wspominania książek czy – phi! – czasu. Toteż po głębszym zastanowieniu przypomniałam sobie, że swego czasu zaczytywałam się w Chmielewskiej. I mówiąc „zaczytywałam się” mam na myśli dwie sprawy: po pierwsze, szarżowałam dziarsko przez wszystkie serie, czyszcząc z nich biblioteczne półki. Po drugie, czytając w kółko dwie ulubione pozycje tej autorki: Wszystko czerwone i Wszyscy jesteśmy podejrzani. O pierwszej z tych powieści jeszcze w tym wyzwaniu wspomnę. Dlatego dziś wybieram Wszyscy jesteśmy podejrzani.

Wypadałoby uzasadnić. Wypadałoby tym bardziej, że przecież mowa o kryminale – owszem, babskim i z przymrużeniem oka, ale jednak kryminale. A powtórne czytanie kryminałów wydaje się podwójnie pozbawione sensu.
Przy Wszyscy jesteśmy podejrzani zawsze mogłam się odprężyć. Powieść ma wyrazistych, może i zarysowanych grubą kreską, ale jednak wzbudzających ogromne pokłady sympatii bohaterów. Jest ten dziwny element niesamowitości w postaci głównej bohaterki, Joanny, rozmawiającej z Diabłem. Jest dość abstrakcyjna sytuacja, w której bohaterowie zostają zamknięci w miejscu pracy (a także zbrodni) i ewentualnie mogą paradować ulicami pod obstawą milicji, żeby kupić pasztet i paczkę Żeglarzy. Jest Witek, który je chyłkiem, bo to dla niego czynność intymna (dopiero po pójściu do pracy uświadomiłam sobie, jak bardzo go rozumiem – nigdy nie jadam w pomieszczeniu socjalnym). Jest Witold, który soli pomidora w koszu na śmieci. Jest hodowanie dziwnego czegoś w dzbanku na balkonie, romans biurowy i cały szereg elementów, do których chce się wracać po nudnym, szarym dniu, niezależnie od tego, że przecież już wiem, kto zabija. Ta książka to doskonały odmóżdżacz i bezkonkurencyjnie poprawia humor, a jej niewielkie gabaryty i lekki język sprawiają, że czyta się błyskawicznie i nie ma mowy o tym, że szkoda mi na to czasu.

I tak właściwie, to idę to przeczytać jeszcze raz.


Janusz się nagle znów odwrócił.
– Złamałem się – oświadczył ze skruchą. – To było mniej niż miesiąc temu. Jak wyjeżdżał ten mój kumpel, Jugosłowianin, to razem kupowaliśmy ten pasztet…
– Gdzie on mieszkał? – przerwał mu Wiesio.
–… W tubach – dodał rozpędzony Janusz.
– W tubach mieszkał?!
– Nie, w tubach kupował…
Zniecierpliwili mnie tym wreszcie.
– Na litość boską, przestańcie prowadzić tę idiotyczną rozmowę z opóźnionym zapłonem, bo nie mogę sobie przypomnieć, o co mi chodziło!
– A, właśnie – ożywił się Janusz. – To nie tobie chodziło, tylko mnie. Teraz sobie właśnie uprzytomniłem, gdzie ja widziałem Witka z Tadeuszem. Właśnie na placu Wilsona przy tym pasztecie w tubach!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...