sobota, 5 października 2013

ZaFraapowana filmami (85) - "Dead in Tombstone"

Jeszcze do niedawna w ogóle nie wiedziałam o istnieniu tego filmu – a potem zajrzałam na pewnego bloga (btw., "Ty masz awangardowy gust" jest totalnie najmilszym sposobem powiedzenia mi "oglądasz szrot" z jakim się spotkałam ever). I pomyślałam sobie, że ej – Danny Trejo, western, Lucyfer… cóż może pójść źle? Jasne, w przypadku nieszczęsnego Gallowwalkers też miałam same świetne przeczucia, ale tutaj miał być Trejo. Film, w którym występuje ten szpetny Meksykaniec, nie może być zły. To jest… właściwie to musi być zły. Ale w tym dobrym znaczeniu. If you know what I mean…
Dead in Tombstone to tegoroczna produkcja w reżyserii Roela Reiné. Weird west w całej okazałości: oto widz dostaje Dziki Zachód zdominowany przez bandytów, morderców i podpalaczy, istny… cóż, istny raj dla samego Lucyfera (Mickey Rourke), który świetnie się tam bawi i ma mnóstwo grzeszników do pożarcia. I w tym wszystkim jest też gang dwóch przyrodnich braci, Guerrero (Danny Trejo) i Reda (Anthony Michael Hall). Panowie postanawiają zrobić wjazd do szczęśliwej, pobożnej mieścinki, Edendale, gdzie odkryto złoto, obłowić się i żyć długo i szczęśliwie. Sprawy komplikują się, kiedy Red stwierdza, iż na tym nie poprzestanie i postanawia zostać szeryfem Edendale, w dodatku ginie dotychczasowy szeryf, z którego to faktu jest wielce niezadowolona jego małżonka, Jane (Dina Meyer). Kiedy nowemu konceptowi sprzeciwia się sam Guerrero, Red i reszta gangu skutecznie pozbywa się meksykańskiego wrzoda… to znaczy: tak im się zdaje, że skutecznie. Wspominałam, że Lucek tam się świetnie bawi?
Reszta filmu to już właściwie tylko jatka, wybuchy, zemsta i fajna muzyka.

Kadr z filmu Dead in Tombstone
(pan postanowił zostać Ghost Riderem)
A jednak można coś o Dead in Tombstone powiedzieć. Coś, czego nie można powiedzieć np. o Gallowwalkers: ten film jest ciekawy. Wciąga od samego początku, jest dynamicznie i widzowi od razu są przedstawieni bohaterowie, do których można się przywiązać. Widz zna z imienia czy ksywki każdego z członków gangu, zna też ich „branżę” – i choćby na tej podstawie już może ustalić sobie jakiś do nich stosunek.
Oczywiście, jest tandetne efekciarstwo, ale chyba nikt nie spodziewa się niczego innego po filmie z Dannym Trejo. Momentami miałam wrażenie, że jak ktoś z ekipy nauczył się robić slow motion, to teraz cały film będzie pokazany w ten sposób. Niemniej całość zachowała dynamikę, a efekciarskie sceny, choć zalatywały najgorszym kiczem i były klasycznym Cool Guys Don’t Look at Explosions, to jednak wszystko sprawiało bardzo spójne wrażenie i przyjemnie się oglądało.

Moje zastrzeżenia będą nieco spoilerowe, ale bądźmy szczerzy: to nie jest film, który ogląda się dla fabularnych twistów. Jego się ogląda dla radochy. I eksplozji. I Trejo.
No więc moje zastrzeżenia dotyczą przede wszystkim Lucyfera i jego układu z Guerrero. Bo deal jest taki: Guerrero ma jedną duszę, ale jednocześnie ma parcie na zdjęcie sześciu innych dusz. Więc proponuje szatanowi tamte sześć w zamian za swoją jedną. Lucek na to przystaje. A ja się zastanawiam: ale czemu? Przecież tamci kolesie, źli do szpiku kości, prędzej czy później sami by zeszli, wszak taki już jest ten smutny, ludzki los – a wtedy z całą pewnością trafiliby do Lucyfera. Więc cóż to za układ? Oni już byli jego, de facto szatan nie miał tu żadnej korzyści. Guerrero zaproponował, że da mu coś, co prawdę mówiąc już i tak należało do diabła. I zastanawiam się – czy to po prostu dziura w fabule, czy też celowe zagranie, a clue jest takie, że Lucek po prostu chciał się zabawić, a nie chodziło mu same dusze jako takie. W sumie późniejsze działania Lucka nawet na to by wskazywały, jego kanty i dawanie drugiej szansy, niemniej przecież on ostatecznie zatrudnił Guerrero na stałe do pozyskiwania tych dusz – po co? Podobny pomysł był w serialu Brimstone, no ale tam przynajmniej ten pomysł się bronił, bo ofiary nie były zwykłymi śmiertelnikami, tylko uciekinierami z piekła. Dało się dostrzec sens w tym, że bohater ich łapie (inna sprawa, że totalnie loffciam tamtejszego Lucyfera).
A właśnie, skoro już jestem przy Lucyferze: wizerunków szatana w kinematografii jest ofkoz jak mrówków. Moimi prywatnymi faworytami są: John Glover z wspomnianego już Brimstone oraz Viggo Mortensen z The Prophecy. Ale i Lucek z Dead in Tombstone nie jest zły. Ot, taki pocieszny grubasek, całkiem sympatyczny z jednej strony, z drugiej jednak z lekkością i beztroską przypala ofiarę, odrywa jej kawałek skóry czy odgryza palec. Ciekawy kontrast. Dodatkowo urokliwa była scena, w której Lucyfer, ze swoim zwyczajowym luzem, wychłeptał sobie nieco wody święconej w kościele. Niemniej ja nadal nie wiem, o co mu tak naprawdę chodziło. Mam wrażenie, jakby ten wątek był trochę niedopracowany.

Kadr z filmu Dead in Tombstone - any questions?
Drugim zastrzeżeniem jest ogólny klimat i podejście do tematu. Oglądając Dead in Tombstone odnosiłam wrażenie, że ten film został zrobiony na poważnie. A to niedobrze. Nie robi się filmu o wskrzeszonym mścicielu-Trejo na Dzikim Zachodzie na poważnie. Maczeta jest takim fajnym filmem między innymi dlatego, że twórcy mieli dystans do materiału. Widać było, że całość jest jajcarska. A tutaj… no właśnie, trochę zabrakło tej jajcarskości. Jakbym chicała oglądać film na poważnie, odpaliłabym sobie którykolwiek western z Eastwoodem. Też zazwyczaj jest o mścicielu, a na serio (co mi przypomina, że muszę sobie odświeżyć parę westernów z Eastwoodem, ale to tylko takie tam moje fangirlowskie mamrotanie). Trejo moim zdaniem wymaga dystansu, po prostu.

Nie zmienia to faktu, że film ma świetny klimacik, dodatkowo podkreślony przez rewelacyjną muzykę, no i zwyczajnie wciąga. Nawet jeśli nie zostaje za bardzo w głowie. Bohaterowie są wiarygodni – i to nawet Jane (a ja przecież niemal zawsze kręcę nosem na postacie kobiece!), którą całkowicie „kupuję” jako tę wdowę. Widać po niej, że to kobieta mająca już swoje lata, mająca też powody do zemsty. Po prostu jest wiarygodna, nie tak jak standardowe filmowe dziunie.


Całościowo film oceniam naprawdę nieźle. Człowiek się na tym nie nudzi, ma całkiem poprawną rozpierduchę, fajnych bohaterów. Ot, takie niezobowiązujące 7/10, przy czym dodaję jeden punkt tak naprawdę ze względu na to, że piosenkę z filmu od wczoraj mam zapętloną i słucham jej non-stop, a to zobowiązuje.







czwartek, 3 października 2013

Fraa w czytelni (60) - "Pozytonowy detektyw"

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Pozytonowy detektyw
Tytuł oryginału: The Caves of Steel
Tłumaczenie: Julian Stawiński
Miejsce i rok wydania: Poznań 2003
Wydawca: Dom Wydawniczy REBIS

Wszyscy wokół mnie zaczęli pisać o NaNoWriMo. Krócej, dłużej, ale piszą. Zapowiadają, że za niecały miesiąc umrą dla świata. Cóż, też bym mogła zapowiadać, ale zrobię to jakoś bliżej listopada. Nie będę przecież się rozpisywać o NaNo, skoro już to robiłam na tym blogu (choć nie ukrywam, że jaram się swoją NaNoPowieścią w tym roku niemożebnie, nawet sama sobie już rysuję fanarty, ale o tym stopniu rozwoju Wewnętrznego Grafomana to może porozmawiajmy przy piwie, a nie tak publicznie, a?).
Za to z miłą chęcią uzewnętrznię się w temacie mojego radosnego maratonu przez cykl o robotach Asimova.

Pozytonowy detektyw to pierwsza powieść z serii, do której wstępem i zapowiedzią był zbiór opowiadań Ja, Robot. W tym miejscu, gdyby ktoś był niezdecydowany, gorąco zachęcam do rozpoczęcia przygody z cyklem od zbioru. Niby Pozytonowy detektyw nie ma nic wspólnego z opowiadaniami, rzecz się dzieje wiele, wieeele lat później, więc siłą rzeczy nie pojawia się ani jedno znajome nazwisko, niemniej dużo lepiej ogarnia się świat powieści, mając zaplecze historyczne z Ja, Robot.
A o samej powieści? Cóż, jak wspomniałam, rzecz się dzieje późno. O! Tutaj, w przeciwieństwie do zbioru opowiadań, ośmielę się stwierdzić, że Asimov opisuje daleką przyszłość – kilka tysięcy lat a pięćdziesiąt lat… Widzisz teraz różnicę, Fenrirze? :P
Ale do rzeczy: za te kilka tysięcy lat ludzkość dzieli się na dwie grupy – ponad osiem miliardów ludzi żyje skupionych w wielomilionowych Miastach na Ziemi, a niewielka grupka tkwi rozsiana na Światach Zaziemskich – planetach skolonizowanych w dawnych czasach, nim powstały Miasta. Miasta bowiem nie są tym, czym obecnie – to tak naprawdę gigantyczne budynki, podzielone wewnątrz na sektory. Nie ma indywidualizmu ani prywatności, a człowiekowi w każdej chwili grozi deklasyfikacja, niezależnie jak wysoko i z jakim mozołem wespnie się po drabinie społecznej – choćby wspiął się tak wysoko, że nawet ma własną łazienkę! Dodatkowym problemem jest obecność robotów, które, niestety, wykonują pracę ludzi równie dobrze, a nawet lepiej, w dodatku są tańsze w utrzymaniu. Bogu ducha winne maszyny są umieszczane w miejsce ludzi na coraz większej liczbie stanowisk, a wykopani pracownicy lądują na dnie.
I w tym – dość odpychającym – świecie czytelnik spotyka detektywa kategorii C5, Elijaha Baleya. Jego przyjaciel ze szkolnej ławy, a obecnie przełożony, Julius Enderby, zwraca się do Elijaha z nietypową sprawą: oto w Kosmopolu, ziemskiej enklawie Przestrzeniowców (przybyszów ze Światów Zaziemskich), popełniono morderstwo. Co gorsza, podejrzany jest ktoś z Ziemi, z Nowego Jorku. Napięte relacje między mieszkańcami Miasta a Kosmopolu jeszcze się pogorszą, jeśli Elijah szybko nie rozwiąże zagadki. A za partnera Przestrzeniowcy przydzielają mu… robota, R. Daneela Olivaw.

I tak czytelnik śmiga przez całkiem zacny kryminał, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji, wielością podejrzanych (od głównych bohaterów po postaci epizodyczne) i grubszą aferą w tle. To właściwie kryminał niemal w klimatach noir, tyle że w odległej przyszłości i z robotami. I, jakkolwiek już nie raz wspominałam, że nie jestem żadną kryminalną wyjadaczką, tutaj naprawdę intrygę śledziło mi się z zapartym tchem. Byłam okrutnie ciekawa, kto zabił, a po drodze niemal bez szemrania „kupowałam” każde możliwe wyjaśnienie i tylko gdzieś tam na dnie mózgownicy stukało mi o czaszkę takie nieśmiałe „Serio? Rozwiązanie zagadki w jednej trzeciej powieści? Wiadomo, że to będzie ściema póki co!”. Przy czym nie miałam najmniejszego problemu z ignorowaniem tego głosu rozsądku.

Osobną sprawą są bohaterowie: sam Elijah jest właściwie dość… cóż, jest postacią, którą bez problemu się przyjmuje do wiadomości, tyle o ile lubi i angażuje w jego losy. Nie wzbudził we mnie wielkich emocji, ale był poprawny i nie nudził mnie (jest na to zbyt choleryczny, jak mniemam). Dodatkowo bardzo ciekawie śledziło się powolną przemianę – zarówno w samym detektywie jak i w otaczającym go Mieście, widzianym z jego perspektywy. To znaczy proszę nie zrozumieć mnie źle: Miasto pozostaje Miastem, oczywiście, ale gdzieś tam, powolutku, na wierzch wychodzą jego mankamenty i detale, których wcześniej nie dostrzegaliśmy: ani ja, czytelnik, ani Elijah.
Ale prawda jest taka, że największym atutem powieści okazał się być R. Daneel. Po pierwsze: od pierwszego kopa wiedziałam, jak ma wyglądać:

David - R. Daneel wanna-be.

Po drugie: Daneel był dokładnie tym, czym nie zdołał być Prometeuszowy David. Z wyglądu był idealną imitacją człowieka, ale był od człowieka inteligentniejszy, bardziej spostrzegawczy, lojalny, do bólu dosłowny, miał wbudowany obwód sprawiedliwości, kierował się Prawami Robotyki, no i za diabła nie rozumiał abstrakcyjnych pojęć. W sumie wyszedł z tego android-cudo, którego ja osobiście stawiam bardzo wysoko w swoim małym rankingu sztucznych inteligencji.

Poza tym wszystkim, powieść jest zwyczajnie bardzo ciekawą wizją przyszłości, w której ludzkość z jednej strony osiągnęła niewyobrażalnie dużo, z drugiej zaś stoczyła się na dno i wegetuje na krawędzi zagłady. Uważa, że system, który sobie wypracowała, jest najlepszym ze światów, ale przecież widać, że tylko radykalna zmiana może ją ocalić – zmiana taka jak zdecydowane nakierowanie się na kolonizację nowych planet. Tak naprawdę jedynym elementem, przy którym musiałam się uśmiechnąć, bo okazał się jednak mocno chybioną koncepcją (przynajmniej na tyle, na ile dziś można to stwierdzić), były pręty, niby coś a’la GPS, ale jednak bardziej przypominające różdżki.

Pozytonowy detektyw jest świetną książką, którą bez wahania mogę polecić zarówno miłośnikom klasycznego kryminału, jak i fantastyki naukowej. A nawet tym rozmiłowanym w sprawach socjologicznych. Ja byłam najzupełniej zachwycona i raz jeszcze upewniłam się w zdaniu, że Asimov wielkim pisarzem był. Właściwie to w tym momencie cykl o robotach prześcignął Koniec Wieczności i Równych bogom. I bardzo mnie to cieszy, bo jutro znów czeka mnie półtorej godziny jazdy do pracy, a Nagie słońce samo się nie przeczyta! 10/10.





A wpis, jak łatwo się domyślić, powstał w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.




- (...) A teraz, panie doktorze, czy to prawda, że roboty Światów Zaziemskich fabrykują roboty o wiele bardziej człekokształtne od naszych?
- Myślę, że to prawda.
- Czy potrafiliby wyprodukować robota tak człekokształtnego, że w zwykłych warunkach mógłby uchodzić za człowieka?
Doktor Gerrigel zmarszczył brwi i zamyślił się.
- Myślę, że tak - odparł wreszcie. - Ale to szalenie kosztowne. Wątpię, czyby im się to opłacało.
- Czy przypuszcza pan - ciągnął niestrudzenie Baley - że potrafiliby zbudować robota, który pana wprowadziłby w błąd i którego pan wziąłby za człowieka?
- Ach, drogi panie - zachichotał robotyk. - Bardzo wątpię. Naprawdę robot to nie tylko sprawa wyg... - urwał w pół słowa. Powoli zwrócił się do R. Daneela, a bladość pokryła jego różową twarz.
- Mój Boże - szepnął. - Mój Boże.
Wyciągnął rękę i ostroŜnie dotknął policzka R. Daneela, który nie odsunął się i ze spokojem patrzył na robotyka.
- Mój Boże - powtórzył dr Gerrigel nieomal z łkaniem - to jest robot!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...