sobota, 6 lipca 2013

ZaFraapowana filmami (81) - "The Thing"

plakat
Dawno, dawno temu, kiedy węgiel drzewny był jeszcze zielonymi paprociami, a Bujakiewicz nie była sezamkiem, czyli jakoś w okolicach późnej podstawówki, przeczytałam powieść Rzecz Alana Deana Fostera. Potem zorientowałam się, że to było na podstawie filmu o takim samym tytule – filmu, który ponoć był klasykiem i wogle. Minęło parę lat, zanim obejrzałam dzieło Carpentera z 1982 r., efekty wydały mi się nieco przestarzałe i ogólnie filmowa wizja odbiegała od mojej, ukutej na podstawie książki, niemniej jednak historię nadal uważałam – i uważam – za świetną. Był doskonały, nieco paranoiczny klimat izolacji i zagrożenia, który wciągał bez reszty.
Kiedy więc parę lat temu dowiedziałam się, że powstaje prequel do tej opowieści, od razu zaczęłam się jarać. Bah!, byłam przekonana, że pójdę na to do kina. No bo naprawdę mam duży sentyment.
Nie poszłam, a film  ostatecznie obejrzałam dopiero wczoraj.
I to był ten moment, w którym tak bardzo błogosławiłam swoje lenistwo.

Będzie nieco spoilerów, ale że film jest tak bardzo przewidywalny, to nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Dzielna Amerykanka Kate Lloyd (Mary Elizabeth Winstead) zabiera się z norweską ekspedycją do Arktyki, gdzie ekipa wydłubuje z lodu zamrożonego Cosia – w sensie obcego. Coś okazuje się bardziej żwawy, niż wszyscy myśleli, i zaczyna masakrować wszystkich po kolei. Okej, skomplikowanie fabuły tak naprawdę nie odbiega wiele od filmu z 1982 r. Pytanie tylko, jak tę opowieść chcemy zaprezentować. Matthijs van Heijningen najwyraźniej uznał, że klimat jest dla słabych, a najbardziej będziemy się bać dwugłowego pokraka, wygimnastykowanego jak dziewczynka z Klątwy. W efekcie dostaliśmy coś jak Prometeusz, tylko bez tej świetnej oprawy wizualnej, którą film Scotta, jakkolwiek fatalny, jednak miał. Zgraja naukowców trzyma klocek lodu z obcą, dość wyrośniętą formą życia w jakimś totalnym baraku, późniejsze sekcje robią starą, sprawdzoną metodą: bez masek, bez żadnych zabezpieczeń, po prostu skalpel w dłoń i ciachamy. I będziemy bardzo zaskoczeni, że obcy dał radę zainfekować kogo tylko miał ochotę. Pomijam już zupełnie tę żenującą opozycję: dzielna i mądra Amerykanka kontra naiwni i głupawi Norwegowie, podkreśloną przez dialog Kate z szefem norweskiej ekspedycji, Sanderem (Ulrich Thomsen), gdzie tenże Norweg zostawia swoją rozmówczyni ze słowami „Nie jesteś tu od myślenia. Masz to coś wydostać bezpiecznie z lodu. Mam nadzieję, że się rozumiemy.”

Nieśmiałe próby wprowadzenia z lekka paranoicznego nastroju są tak oczywiste, że grożą permafacepalmem. Przecież kiedy Juliette (Kim Bubbs) podchodzi do Kate i mówi jej, że widziała Colina (Jonathan Walker) zmywającego krew, jak bardzo jest oczywiste, że to właśnie Juliette jest tą złą? Bardziej nachalnie przecież nie dało się pokazać, że laska próbuje zepchnąć całą winę na kogoś innego. Inna rzecz, że nie wiem, po co się w to bawiła, skoro w następnej sekundzie ujawniła się, a z jej brzucha wypełzły zęby, macki i bogowie wiedzą co jeszcze.
Ach, no właśnie: widz dostaje pełen obrazek transformacji człowieka w obcego. Należy przypuszczać, że mniej-więcej to samo miała okazję zobaczyć Kate. Nie przeszkadza to badaczom uznać, że super adekwatnym zabezpieczeniem przed atakiem obcych będzie zakucie w kajdanki potencjalnie zainfekowanych towarzyszy. W kajdanki. To nic, że stwór rozpruwa brzuch i wyłazi z trzewi, wije się w splotach jakichś bliżej nieokreślonych pędów czy macek, rozrywa czaszkę  i totalnie deformuje kończyny – kajdanki z całą pewnością będą dokładnie tym, co go powstrzyma, prawda?

kadr z filmu The Thing (od lewej: Kate, Sander)
"Mam pomysł! Wsadźmy w to łapy i dłubmy,
w końcu to tylko obcy!
What could possibly go wrong?"
Akcja pędzi na złamanie karku, ledwie dogaśnie ogień na jednym kosmicie, już miotaczem traktują kolejnego – nie ma w ogóle czasu na poczucie jakiejś niepewności, wszechogarniającego zagrożenia czy izolacji. W którymś momencie mamy scenę, w której Kate patrzy na gwiazdy i mówi, że „nigdy nie będą wyglądać tak samo” – ta próba nadania głębi całej tej rąbance jest tak bardzo z dupy wzięta, że aż boli. Budowanie nastroju: you’re doing it wrong. Cała horrorowatość filmu sprowadza się do pokazywania pokręconych obcych, którzy – powiedzmy sobie szczerze – zbyt odkrywczy to nie są. Ot, pazury, charkoty, zębiska i tryskająca ślina. Ale to już byyyłoo…! Potem możemy też zobaczyć statek kosmiczny, który znów: no może i jest ładny, poprawny, ale najzwyczajniej w świecie nieciekawy. Reżyser nie pokazał nam kompletnie niczego, czego byśmy już nie widzieli dziesiątki razy. Nie ma napięcia, wszystko jest oczywiste. Pomyliłam się jedynie w ocenie, w jakiej kolejności będą ginąć bohaterowie. Ale kiedy jeden z bohaterów pokaże Kate skrzynkę z granatami przecież jak bardzo jest oczywiste, że ona w którymś momencie piżgnie w obcego granatem? Albo: wiemy, że obcy nie kopiuje martwej materii. Test na „czystość krwi” można zrobić zaglądając ludziom w zęby – jak mają plomby to dobrze, jak nie, to niepewny. I w kolejnej scenie mamy zupełnie przypadkowe ujęcie bohatera, gdzie na pierwszym planie widać jego ucho z kolczykiem. Zupełnie, ale to zupełnie nie można zgadnąć, że gdzieś pod koniec będzie bez kolczyka i za to spłonie.

Myślę, że dałoby się z tego filmu naprawdę dużo wyłuskać. Można było powtórzyć atmosferę z książki (czyli pewnie z filmu Carpentera, ale nie ukrywam, że lepiej pamiętam książkę…), można było walnąć horror z prawdziwego zdarzenia (nie od dziś wiadomo, że najlepszy horror to taki, w którym nic nie widać), gdzie wśród członków ekspedycji są potwory, ale naprawdę nie wiadomo, którzy z nich nimi są. Można było skupić się na ludziach i ich reakcjach, załamaniach, nerwicach – w końcu to cywilni naukowcy, nie są przyzwyczajeni do kasowania swoich przyjaciół przy pomocy miotaczy ognia! Dlaczego tak łatwo przeobrażają się w komandosów? Postępujący brak wzajemnego zaufania też mógłby tu sporo namieszać. Tymczasem wszystko w tym filmie jest tak bardzo sztuczne, na siłę i na szybko, że naprawdę trudno wytrzymać tam te półtorej godziny. I nawet trochę mi smutno, kiedy tak patrzę na zupełnie zmarnowany potencjał.
1/10, kicz i tandeta, ot co. W dodatku nudne, przewidywalne, bez klimatu, bez sensu. Za to z merysójkową bohaterką.







– Jestem dr Sander Halvorson.
– Kate Lloyd.
– Tak. Wie pani, kim jestem?
– Tak.
– Adam powiedział mi, że będzie pani w stanie pomóc. Powiedział, że specjalizuje się pani w paleontologii.
– Głównie, tak.
– I najwyraźniej wydobyła pani spod lodu nowy okaz.
– Wymagało to kilku odwiertów w mroźną pogodę.
– Dobrze. Mój stary znajomy z Oslo prowadzi stację badawczą w Arktyce. 48 godzin temu jego ludzie znaleźli coś dość niezwykłego.
– Naprawdę? Co znaleźli?
– Lecimy tam jutro wieczorem, by zgadać znalezisko. I potrzebuję paleontologa.
– Na pewno pan zrozumie, że muszę wiedzieć coś więcej o tym, co zamierzam wydobyć.
– Jest pewna budowla.
– Budowla?
– Tak.
– Na terenie Arktyki?
– I gatunek. Tyle mogę powiedzieć.
– I zgaduję, że nie dostanę czasu by to przemyśleć.
– Niestety, muszę znać odpowiedź już teraz.
– Cóż. Wchodzę w to.
– Świetnie.

piątek, 5 lipca 2013

W GÓRĘ ŻELAZKA!

Zasadniczo o koncertach się nie wypowiadam z dwóch powodów: po pierwsze – nie chadzam, a jeśli już, to na takie raczej kameralne. Po drugie zaś – cóż ja bym mogła napisać? Grali fajnie/niefajnie? Przecież ja się zupełnie nie znam na muzyce ani organizacji takich imprez. Ostatni wypad jednakże był dla mnie z bardzo wielu przyczyn interesującym wydarzeniem (i to nie tylko muzycznie, a także – w dużej mierze – socjologicznie), dlatego też płodzę notkę. Spokojnie, Koncertowy Zwierzu, nie planuję odbierać Ci chleba.

Garść konkretów: 4 lipca w gdańskiej Ergo Arenie zagościło Iron Maiden. Zagościli także panowie z Voodoo Six, jako – ma się rozumieć – support.
Koniec konkretów. Teraz moje odczucia, wrażenia i takie tam.

Na koncert udało się zajechać na tyle wcześnie, że bez problemu znalazło się miejsce parkingowe tuż przy Arenie, a potem była kupa czasu na szlajanie się po okolicy, zjedzenie czegoś w pobliskim Arena Pubie oraz – a może przede wszystkim – gapienie się na ludzi. Cóż, na takich zlotach osób z jakiegoś konkretnego kręgu czy subkultury zawsze czuję się trochę jak z kamerą wśród zwierząt. Przede wszystkim więc zaskoczyła mnie wiekowa rozpiętość ludzi, którzy przyszli na koncert. W pierwszej chwili zdziwiłam się, że niektórzy z nich mogliby być moimi rodzicami. Potem zauważyłam, że kręcą się tam też w koszulkach Iron Maiden paroletnie dzieci (były też takie zupełnie malutkie w fotelikach, ale do tej pory nie wiem, czy rodzice naprawdę zabrali je na koncert, czy może komuś oddali). A jeszcze później stwierdziłam, że wiek rodzicielski to była tylko taka rozgrzewka, bo pojawili się tacy, którzy mogliby być moimi dziadkami. I tak naprawdę ten pełen pokoleniowy przekrój strasznie mi się spodobał i myślę, że mocno świadczy o klasie zespołu, który przecież jakoś te pokolenia łączy i jest równie zajebisty dla dziesięcio- i dla sześćdziesięciolatka.

Jak wreszcie wpuścili nas do samego obiektu, znów było trochę czasu na szlajanie się i zwiedzanie. Byłam pierwszy raz w Ergo Arenie, więc naprawdę mnie to wszystko ciekawiło. Pierwsze wrażenie: dobre. Przestronnie, wszystko ładnie pooznaczane, mnóstwo toalet, klimatyzacja. Kłopot zaczął się przy stoiskach z koncertowymi suwenirami, bo, niestety, ich ceny w większości były dość zatrważające, a tam ani kartą nie można płacić, ani nie ma na terenie budynku bankomatu. Poniewczasie dowiedzieliśmy się, że generalnie owszem, niedaleko jest bankomat, ale ponieważ bilety upoważniają do jednorazowego wstępu, nie ma mowy o wyskoczeniu sobie po kasę i powrocie. Trochę szkoda. Myślę, że biorąc pod uwagę ceny takich pamiątek, warto by było jednak zatroszczyć się o ułatwienie potencjalnym klientom dostępu do ich pieniędzy. Przyznam, że nie wiedziałam, że muszę mieć w kieszeni jakieś pińcet złotych gotówką.
Sama hala natomiast bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie mieliśmy szczególnie dobrych miejsc… no dobrze, biorąc pod uwagę te miejsca, to ja się spodziewałam, że ledwie gdzieś tam w oddali będzie mi majaczyła scena, a i tak będę widziała jedynie plecy jakiegoś gościa przede mną. Ale nic z tych rzeczy. Właściwie z każdego punktu widowni wszystko było świetnie widać. Jasne, nie było to Golden Circle, a Dickinson nie rzucił w nas barchanowymi gaciami, ale nie mam powodów do narzekania. Bah!, w sumie to krzesełko w którymś momencie się przydało, bo jednak szpilki na taką okazję, nawet jeśli niewysokie, po pewnym czasie dają się we znaki i miło tak przycupnąć na minutkę-dwie. Trudno – Fryy nie noszą płaskich butów. Bo nie.

Jak wspomniałam, supportowało Voodoo Six. Linkuję od razu ich stronę, coby nie musieli Państwo googlować. Bo proszę mi nie ściemniać, że ktokolwiek o nich słyszał, pff.
A na serio: nie byli bardzo źli. Choć mam wrażenie, że coś mieli zrypane z nagłośnieniem, bo momentami potrafiło tak walnąć po uszach, że się mózg marszczył z bólu. Problem z Voodoo Six polegał na tym, że oni od samego początku byli na straconej pozycji. Może gdyby człowiek szedł na ich samodzielny koncert albo jakiś festiwal, ich odbiór byłby inny. Ale że tam ludzie przyszli na Iron Maiden, to i tak dobrze, że ich nikt nie obrzucił jajami. Nie trzeba chyba mówić, że byli niebywale i znacząco słabsi od głównego bohatera wieczoru, bo to raczej oczywiste. Niemniej się starali, było obowiązkowe „dżiekuje”, czekałam na „poźdlawiam waś ciule”, próbowali złapać jakiś kontakt z widownią… ale widownia miała ich w nosie. Widownia stała albo siedziała, ziewała i zerkała na zegarki. Kiedy reflektor zaświecił gdzieś na tłumek, jakaś grupka się mobilizowała i klaskała. Ja tam nie przeczę, sama siedziałam grzecznie i łypałam na zegarek. Ale po prostu szkoda chłopaków. Raczej podczas tego wystąpienia nie zdobyli wielu fanów.
Na szczęście support trwał raptem czterdzieści minut.

Punktualnie o 20:45 zaczęła się właściwa część imprezy.
Wyglądało to, jakby ktoś podmienił całą widownię. Golden Circle zaczęło szaleć, a trybuny w mgnieniu oka zapchały się po brzegi. Zresztą nic dziwnego. Ironi zrobili fantastyczne show, przy czym nie ukrywam, że niczego innego się nie spodziewałam. Jakkolwiek był to mój pierwszy ichni koncert, to jednak z takim doświadczeniem i taką renomą, jaką cieszy się Iron Maiden, nie mogło być inaczej. Płomienie, fajerwerki, Eddie, większy Eddie, flaga, no i naturalnie nasza duma narodowa, Janick – wszystko było. I Dickinson obecny na absolutnie każdym skrawku sceny też był. Muszę powiedzieć, że naprawdę podziwiam gościa, bo ja bym tam już osiem razy kojfnęła na serducho, mimo żem znacząco młodsza.
Ale ponieważ –jak pisałam na początku – nie będę Koncertowemu Zwierzowi odbierać chleba, a na muzyce znam się tak, że umiem powiedzieć „teraz radio jest włączone, a teraz wyłączone”, to ja nie będę się tu rozpisywać o samych Ironach. Byli doskonali i tyle.

Wspomnieć za to chciałam o fanach.
Kurde. Jeszcze płyta to pół biedy, choć na tyłach to tak dość niemrawo bywało, ktoś przyszedł, ktoś wyszedł, a ja czasem tam zerkałam i się zastanawiałam, ile ludzi teraz siedzi w domu i płacze, bo nie zdążyli kupić biletów. Bo kupił jakiś przypadkowy frajer, któremu wcale nie zależy. Ale, jak mówiłam, pół biedy, płyta jakoś dawała radę. Zadziwiały mnie natomiast trybuny.
Jak wspominałam, wcześniej byłam stałą bywalczynią raczej kameralnych koncertów, z doprecyzowaniem: szantowych. Jedna knajpa, jeden zespół. Ale za to wszyscy skakali, darli paszcze i było fajnie, wesoło i wogle. I trochę sobie kombinowałam, że jak jest duży koncert, to polega to na tym, że więcej osób skacze i drze paszcze. Nie przypuszczałam, że na takim koncercie – przypominam, że Iron Maiden to nie do końca poezja śpiewana, tylko generalnie coś tak jakby dynamicznego – ludzie na trybunach jak pierdylną zadkami w krzesełka na początku, tak przesiedzą całą imprezę jak przyklejeni. No po prostu mi się w głowie nie mieści, że można tak sobie siedzieć z nogą na nogę i tępo wpatrywać się przed siebie. To są fani? Nawet jak gościu przede mną wstał (tak, zdarzyło mu się na parę minut chyba aż dwa razy!), to ograniczył się do dumnego stanięcia i skrzyżowania rąk na piersi. O co chodzi? He’s too goth to dance? Kolesie obok mnie z kolei siedzieli i kręcili cały koncert aparacikami. Laska nieopodal – tak samo, tyle że tabletem. Znaczy ej: chyba po to jestem na koncercie, żeby oglądać wszystko na żywo i w tym uczestniczyć, tak? Jeśli moim nadrzędnym celem jest nagranie o obejrzenie później w domu, to czy ja wiem…? Po prostu poczekam na oficjalne nagranie, na pewno będzie lepszej jakości.
Nie objawiam tu żadnej życiowej prawdy o tym, jak kto ma się bawić. Po prostu wyrażam zdziwienie, bo mi się zawsze koncerty kojarzyły ze skakaniem, klaskaniem i wyciem, a także totalnym trupstwem dnia następnego. Ale albo coś się zmieniło, albo subkultury różnią się między sobą bardziej niż myślałam.

Nie zmienia to faktu, że koncert był fantastyczny i nie żałuję ani złotówki, o.

wtorek, 2 lipca 2013

Fraa w czytelni (56) - "Zagłada Atlantydy"

Autor: Wiesława Wierzchowska, Zbigniew Kasprzak
Tytuł: Zagłada Atlantydy
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1986
Wydawca: Sport i Turystyka

Uświadomiłam sobie właśnie, że od tygodnia niczego nie napisałam. Co gorsza, właściwie zapomniałam połowy tematów, które chciałam poruszyć. Póki więc jeszcze cokolwiek pamiętam, łapię za klawiaturę.

Otóż zacząć należy od wyjaśnienia, iż w życiu każdej Fryy przychodzi taki moment, że wraca się po pracy z mózgiem wyciekającym uszami i tak jakoś nie ma się ochoty ani na wymagające refleksu i myślenia gry, ani na wymagające myślenia książki, ani nawet na filmy, bo to trzeba przecież śledzić te ruchome obrazki, a one się tak szybko zmieniają i wogle… No, to są takie momenty, kiedy doskonale sprawdza się jakiś na przykład komiks. Taki niezbyt wymagający, koniecznie papierowy, bo przecież oczy też już bolą…
Na takie dni jest Magiczny Karton Ulva.

Z tego właśnie kartonu pochodzą dwa numery komiksowej serii „Hipotezy” – oba poświęcone legendarnej Atlantydzie. Potem doczytałam sobie z innego źródła trzeci odcinek cyklu, Tajemnice Wyspy Wielkanocnej, ale skupię się na tej Atlantydzie.
Zwykło się przyjmować, że komiksy są ogólnie mało wartościowe. Powoli co prawda społeczeństwo uświadamia sobie, że świat powieści graficznej nie kończy się na Kaczorach Donaldach, niemniej wciąż jest to coś pośledniejszego, nawet jeśli skierowanego do dorosłego czytelnika. Pragnę więc zaznaczyć, że to wafel prawda.
Przede wszystkim trzeba podkreślić, jak fajna jest sama idea serii: autorzy wzięli pod lupę rozmaite niewyjaśnione zagadki historii, takie właśnie jak zagłada Atlantydy (czy posągi na Wyspie Wielkanocnej) i prezentowali różne ich rozwiązania. No, właściwie to wszystko jest zbyt hucznie powiedziane: problem w tym, że seria skończyła się na tych trzech odcinkach. Ale plan, zarysowany zresztą na okładce („Wszystkie tytuły tego cyklu, opracowane w formie komiksowej, prezentują (w oparciu o najnowsze badania i osiągnięcia nauki) różne wersje rozwiązań zagadek od lat pasjonujących mieszkańców Ziemi.”) był dobry. Za szczególnie cenne uważam właśnie to, że do jednego zagadnienia mogły być różne odpowiedzi, jak to właśnie się stało w przypadku opowieści o Atlantydzie – młodemu czytelnikowi nie podaje się na tacy jedynej słusznej prawdy, tylko podsuwa różne opcje i człowiek sam musi sobie pokombinować, która wersja zdarzeń bardziej mu odpowiada.
Nie mam pojęcia, czy obecnie istnieją tego typu produkty dla młodszego odbiorcy. Takie, które za fasadą niewinnej historyjki przemycają różne, alternatywne wersje pewnych fascynujących, ale wciąż nieznanych wydarzeń. Jeśli istnieją, to jakoś nie mają siły przebicia, a jeśli nie istnieją, to ogromna szkoda, bo to świetny sposób na zafascynowanie dziecka historią, która przecież jest pełna takich smaczków, gdzie człowiek musi sobie doszywać jakieś łatki, bo tak naprawdę nie ma pojęcia.

Inną sprawą natomiast jest realizacja tego pomysłu.
Teraz zapewne będę marudzić częściowo przez skrzywioną perspektywę, bo sprawa Atlantydy akurat jest dla mnie szczególnie ciekawa, ale myślę, że nie wszystko będzie tylko moim niezobowiązującym kręceniem nosem.
Na plus, ma się rozumieć, trzeba zaliczyć przedmowę i posłowie, w których autorzy pokrótce przybliżają czytelnikowi zagadnienie, powołując się na teksty źródłowe (ponieważ mowa o Atlantydzie, ma się rozumieć, pojawia się Platon) i najnowsze odkrycia. To ładnie dopełnia historię opowiedzianą w komiksie.
Problemem jednak jest sama fabuła.
Mam oczywiście świadomość tego, że są to historie całkowicie fikcyjne, zaledwie lekko osadzone w realiach mniej-więcej pasujących do danej hipotezy. Nie w tym sęk. Rzecz w tym, że poza tymi ogólnymi realiami, autorzy nie pokusili się o trochę dogłębniejsze wyjaśnienie samej tytułowej zagłady. Chciałoby się powiedzieć, że zarysowali setting, ale z zakończeniem poszli na okrutną łatwiznę. A szkoda, bo przecież to właśnie zakończenie jest tak istotne w zagadce Atlantydy. Lokalizacja mitycznego lądu to jeden problem, przyczyna jego unicestwienia zaś – drugi. Przy teorii przemawiającej za utożsamianiem Thery z Atlantydą, a więc przy zeszycie pierwszym, aż się prosi przynajmniej o przyzwoity wulkan. Tymczasem autorzy komiksów zakończenia złożyli bez krępacji na karb sił nadprzyrodzonych, gniewu bogów i zapłaty za grzechy – może i wyszło moralizatorsko, ale bezsensownie. No bo po cóż budować całą historię, podpierać się naukowymi przesłankami, przytaczać źródła, skoro i tak na końcu chcemy powiedzieć tylko tyle, że zdradzona kochanka powołała się na bogów, którzy zmietli wyspę z powierzchni morza? Taką historyjkę można równie dobrze osadzić w każdym czasie i każdej przestrzeni.
W ogóle wszystkie trzy zeszyty sprowadzają się do tego, że wszystkiemu winna miłość. Nie wiem, czy takie było założenie, czy to wyszło przypadkiem, ale gdyby seria pociągnęła się dalej, to by mogło szybko zacząć nużyć.
Ponarzekałabym na to, że w przypadku teorii cykladzkiej przecież najciekawszą rzeczą jest to, dlaczego, u licha, nie ma śladów ciał, a więc mieszkańcy Atlantydy musieliby w takim przypadku zawczasu się ewakuować – czyli powstaje pytanie: skąd wiedzieli na tyle wcześnie, że przyjdzie zagłada? Ale w świetle i tak schrzanionego zakończenia to trochę już kopanie leżącego, ponadto nie jestem wcale przekonana, czy w 1986 r. w ogóle uświadomiono sobie już ten problem.

Kreska mnie nie porwała, a twarze postaci momentami były niebywale szpetne, ale to chyba taki styl lat osiemdziesiątych: jakby przegięte w próbie rysowania realistycznego, z uznaniem, że półcienie są dla słabych i wszystko można załatwić czarnymi plamami, przez co postać wygląda, jakby wytarzała się w błocie, a potem dała się ciężko obić. I znów wytarzała się w błocie. I mocne kontury, które z makijażu u żeńskich postaci czyniły niemal groteskową maskę.

Ogólnie odczuwam pewien żal. To świetnie, że taka seria w ogóle zaistniała. Oby więcej takich inicjatyw, bo czyni z komiksu fajne i pożyteczne medium, w dodatku obecnie naprawdę przydałoby się więcej sensownej literatury dla młodszych czytelników, bo większość tego, co można znaleźć na półkach, to syf. Szkoda jednak, że „Hipotezy” urwały się na trzech zeszytach i że nie wykorzystano w pełni ich potencjału – że autorzy w finale szli na łatwiznę (choć nie zrobili tego w Tajemnicach Wyspy Wielkanocnej, gdzie co prawda za wszystkim stoi dramat miłosny, jednak samo zakończenie jest dość realistyczne). Mogło z tego wyrosnąć coś bardzo fajnego.

Dość trudno oceniać cały ten projekt, bo wraz z wielkim plusem idzie parę dość pokaźnych minusów, w dodatku przecież nie jestem targetem, ale 6/10 będzie chyba dość uczciwe.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...