poniedziałek, 27 maja 2013

Fraa w czytelni (54) - "Pokój na Ziemi"

Autor: Stanisław Lem 
Tytuł: Pokój na Ziemi 
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2009 
Wydawca: Agora

Ponieważ nie mam pojęcia, jak zacząć, zacytuję Jerzego Jarzębskiego z posłowia:

Pokój na Ziemi jest jedną z tych powieści Lema, w których sensacyjna akcja zatrzymuje się co chwila, aby pisarzowi pozwolić na popularny wykład o tym, co akurat go fascynuje, na futurologiczną prognozę, wreszcie na ironiczną diatrybę na temat niezwalczonych popędów, które istotę zwącą się dumnie człowiekiem wpychają wciąż na nowo w koleiny tych samych grzechów i grzeszków (…)”
Właściwie mogłabym na tym skończyć, ale tego nie zrobię. Bo nie.
Dla mnie Pokój na Ziemi jest przede wszystkim kolejną odsłoną przygód Ijona Tichego, a także interesującą wizją przyszłości militariów.
Mamy niedaleką przyszłość, minęła epoka wielkich bomb i armat, a broń uległa dwóm procesom: całkowitej automatyzacji, co doprowadziło do zlikwidowania jako takiego wojska, złożonego z żywych ludzi, oraz miniaturyzacji. Ponieważ sytuacja robiła się przez to dość nerwowa, kiedy nikt nie wiedział, czy przypadkiem akurat nie trwa jakaś inwazja mikroskopijnych robotów, czy na przykład akurat przytrafiła się katastrofa naturalna, podpisano nową konwencję genewską – w myśl której cały przemysł zbrojeniowy przeniósł się na Księżyc, by tam sobie spokojnie ewoluować, z dala od Ziemi, w ukryciu nawet przed tymi, którzy go tam umieścili.
Wiadomo jednak, że taki stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie – zaczęły chodzić plotki, że broń na Księżycu wykształciła sobie inteligencję i szykuje inwazję na Ziemię. Trzeba tam kogoś wysłać, żeby sprawdził, co się w ogóle dzieje.
No i wysyłają: Ijona Tichego.
Tyle tylko, że Ijon Tichy nie będzie w stanie przedłożyć kompletnego raportu, bo padnie ofiarą potajemnej, popełnionej zupełnie z cicha pęk, kallotomii.
I na ten moment trafia czytelnik.

Nie ukrywam, że z medycznego punktu widzenia sama kallotomia Tichego niezbyt mnie zainteresowała. Nie mam bladego pojęcia, ile w koncepcji rozdwojonego bohatera zmyślenia, a na ile byłoby to możliwe. Niezależnie jednak od wszystkiego, jest to ciekawe. Bo oto przed czytelnikiem wisi tajemnica, zakręcona jak słoik małosolnych. Bo bohater coś wie, choć może wcale niekoniecznie. Problem w tym, że sam nie wie, co wie. Może jego druga połowa wie, co on wie, ale może też nie. Ogólnie nikt nic nie wie, więc wszyscy starają się być ostrożni. Tichego otaczają całe gromady szpiegów i agentów, tylko trudno ustalić, kto z kim trzyma, a już na pewno niemożliwością jest obstawić, z kim powinien trzymać sam Tichy. W dodatku jego przygody po powrocie z misji przeplatają się z relacją z Księżyca, która – dla mnie przynajmniej – była jeszcze ciekawsza. Lem bardzo fajnie odmalował tam martwy, wypełniony oszalałymi komputerami glob, który wszystkimi możliwymi metodami broni się przed nieproszonymi gośćmi. Ten klimat wielkiej niewiadomej, samotności wśród zezłomowanej elektroniki, przypominał mi trochę to, co było w Fiasku, choć tam Lem odmalował to na dużo większą skalę. No i trochę o coś innego chodziło, choć może nie aż tak? W obu powieściach bądź co bądź człowiek rozbija się o niezrozumienie czegoś, co wyewoluowało w innych niż ziemskie warunkach, w zupełnym oderwaniu od wszystkiego, co człowiek sam mógłby stworzyć.
I jakkolwiek początek Pokoju na Ziemi nie budził jakiegoś mojego ogromnego zachwytu, to kiedy już pojawił się Księżyc, powieść z miejsca stała się fascynująca. Po pierwsze, przez wspomniany już klimat, opisy i tajemnicę. Po drugie, fabuła się zagęściła. Czytelnik został już wcześniej zapoznany z całą historią i sytuacją geopolityczną, więc wreszcie więcej miejsca zajęły same poczynania Tichego. Ach, no i Tichy: przyznam, że dopiero kiedy wystartował, ja w końcu poczułam, że to Tichy. Co prawda troszkę mnie uderzył opis nerwów bohatera podczas startu, no bo przecież pamiętam z Dzienników…, że to doświadczony pilot, dla którego latanie rakietami, starty i lądowania, to jak przejście na drugą stronę ulicy. Ale nie szkodzi: bądź co bądź, to lektura nieco poważniejsza od Dzienników…. No i narrator sam przecież tłumaczy, że niezależnie od tego, ile się wcześniej latało w kosmos, te nerwy są zawsze. W każdym razie nie zmienia to faktu, że kiedy Tichy poleciał na Księżyc, wreszcie czułam, że to ten mój bohater, którego lubię – o żelaznych nerwach, pełen wiary we własny rozum, zdecydowany, człowiek czynu. Nie traci czasu na dziwienie się ani zbyt długie rozważania, co teraz – po prostu robi to, co akurat wydaje mu się najsensowniejsze. Czasem też to, co nie ma większego sensu, ale koniec końców i tak ląduje na czterech łapach.

Były jednak inne rzeczy, które mnie trochę drażniły i które z coraz większą pewnością wpisuję na listę „Co mnie drażni w pisaniu Lema”. Tak, niestety, jest taka lista, choć nie jest ona długa.
Po pierwsze więc: języki obce. Już być może o tym wspominałam, ale to się ciągnie przez całą jego twórczość. Bohaterowie, nie wiem po co, może dla lansu, a może wykształceni fizycy, matematycy i inni faktycznie w ten sposób ze sobą rozmawiają, mają okropną słabość do wszelkiego rodzaju zwrotów obcojęzycznych. Przy czym poradzę sobie jeszcze z angielskimi, niemieckimi i większością łacińskich, ale już na przykład wtrącenia francuskie potrafiły nieźle zaciemnić mi przekaz zdania. Wnioskuję z tego, że jestem po prostu zbyt niedouczona, żeby czytać Lema. Ale wnioskuję też, że może przydałyby się jakieś przypisy czy coś, bo czasami to po prostu irytowało. Odnosiłam tylko wrażenie, że bohaterowie to banda buców, którzy obnoszą się z tym, jak fajnie są obcykani w językach obcych.
Po drugie: seks. A może powiedzieć raczej „humor”? Czasem odnoszę wrażenie, że kiedy Lem nie miał pomysłu, jak rozluźnić trochę atmosferę w tekście, pisał o seksie. Bo seks zawsze jest zabawny, prawda. I czasem jak tak czytam Lema, także Pokój na Ziemi, ale nie tylko, to jakoś mi się zdaje, że tego seksu jest trochę za dużo i momentami jakby na siłę. Jasne, prawdę mówiąc akurat w Pokoju… chodziło o całkiem, tak myślę, trafną prognozę dotyczącą wynalazków i ludzkiej natury, ale rzecz w tym, że ja już kilka razy u Lema czytałam podobne obśmianie tejże ludzkiej natury i już mnie to trochę nudzi. 

Pokój na Ziemi ma też inny mankament, choć ten akurat w żadnym razie mi nie przeszkadza – problem w tym, że Lem opisuje niedaleką przyszłość. Z naciskiem na niedaleką. A takie wizje zawsze szybko się starzeją. Z jednej strony mamy bezludną, samobieżną, mikroskopijnie malutką broń, z drugiej jednak – maszynę do pisania. Jakby wybrane elementy cywilizacji poszły do przodu, a reszta utknęła w połowie XX wieku. To jednak taka nieodzowna przypadłość fantastyki naukowej i właściwie trudno mi narzekać z tego powodu – ot, taki smaczek, charakterystyczny dla gatunku.

W moim prywatnym rankingu Pokój na Ziemi ląduje naprawdę wysoko. To fajna, wciągająca powieść, a im dalej w las, tym bardziej wciągająca. Lem pokazuje czytelnikowi interesującą wizję przyszłości zbrojeń, jak również wytyka palcem, dlaczego taki pomysł byłby głupi. Plus jest to smakowity kąsek dla każdego miłośnika kryminałów i powieści szpiegowskich. 9/10.




 Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.



 

Nie wiem, co robić. Żebym chociaż mógł powiedzieć „źle ze mną”, nie byłoby najgorzej. Nie mogę też rzec „źle z nami”, bo tylko częściowo mogę mówić o własnej osobie, aczkolwiek nadal jestem Ijonem Tichym. Od dawna mam zwyczaj głośnego mówienia przy goleniu, a teraz musiałem z tego zrezygnować, bo lewe oko przeszkadzało mi złośliwym podmrugiwaniem. Dopóki siedziałem w „LEM-ie”, nie zdawałem sobie sprawy z tego, co zaszło tuż przed startem. Ten „LEM” nie miał nic wspólnego z amerykańskim trójnogiem, którym NASA wysłała Armstronga i Aldrina po parę księżycowych kamieni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...