wtorek, 21 maja 2013

Fraa w czytelni (53) - "20000 mil podmorskiej żeglugi"


Autor: Juliusz Verne
Tytuł: 20000 mil podmorskiej żeglugi
Tytuł oryginału: Vingt mille lieues sous les mers
Tłumaczenie: Bolesław Kielski
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1989
Wydawca: Nasza Księgarnia

Lem Lemem, ale nie samym Lemem człowiek żyje. Czas był najwyższy przeczytać coś innego. Z twórczością Verne’a zawsze byłam nieco na bakier: wiedziałam, o czym facet pisał, znałam bohaterów, bah!, widziałam rozmaite adaptacje, tylko kurde jakoś mi zawsze brakowało przeczytania oryginałów… no, ma się rozumieć, polskich przekładów, ale w sensie że powieści samego autora.
Jakiś czas temu uznałam, że czas najwyższy nadrobić.

Nie do końca wiem, czy warto tutaj przybliżać fabułę. Nie będzie wielkim spoilerem jeśli napiszę, że tak naprawdę doskonałym streszczeniem powieści jest… tytuł. Bo przecież właśnie to czytelnik znajdzie w książce: opis owych dwudziestu tysięcy mil podróży wśród niezbadanych głębin, w towarzystwie kapitana Nemo i trzech rozbitków: profesora Pierre’a Aronnaxa, jego sługi Conseila oraz kanadyjskiego harpunnika, Neda Landa. Narratorem jest profesor – co już powinno być pewnym sygnałem dla czytelnika.
Mam kłopot z twórczością Verne’a. Na poziomie samego pomysłu jest to dla mnie coś genialnego. W szczególności wszystko to, co dotyczy kapitana Nemo, który jest – obok hrabiego Monte Christo – jednym z moich najulubieńszych bohaterów literackich (dostrzegam pewną skłonność…). Mechanizmy działania „Nautilusa”, potęga tego okrętu i niemal nieograniczone możliwości, jakie daje, są przecież niesamowite. Tym bardziej, że trzeba pamiętać, kiedy Verne pisał swoje dzieło: przecież to była końcówka XIX wieku! Tymczasem autor nie pozwalał sobie niemal na żadne niepoparte solidnymi naukowymi argumentami fantazjowanie. „Nautilus” i jego podmorska podróż to sci-fi czystej wody, w doskonałym wydaniu.
No, ale – jak wspomniałam – Verne pisał pod koniec XIX wieku… To niesie ze sobą pewne bardzo konkretne problemy. Właściwie jeden.
Styl.
Gdyby tak wziąć do ręki jakikolwiek świetny poradnik pisania i zestawić go z pisaniem Verne’a, logicznie należałoby wnioskować, że francuski autor właściwie powinien zgnić w zapomnieniu, opluty przez zwarty szereg zawodowych krytyków, ale też zwyczajnych czytelników. Ktoś mówi, że jednostki miary w opisach zabijają nastrój? Oj tam, oj tam, dalejże!, opiszmy z linijką w dłoni, ile centymetrów długości, a ile szerokości miało które pomieszczenie pod pokładem „Nautilusa”. Och, no i nie zapomnijmy o dokładnym wyliczeniu całkowitej długości „Abrahama Lincolna”! A przy opisywaniu podmorskiego świata na pewno doskonale sprawdzi się zasypanie czytelnika łacińskimi nazwami ryb. W końcu nic tak nie działa na wyobraźnię, jak nic niemówiące słowo, które nawet z trudem się wymawia.
No cóż. Problem tylko w tym, że u Verne’a to wszystko świetnie gra. Gdyby dziś ktoś mi w ten sposób cokolwiek napisał, rzuciłabym tekst po jednym akapicie. Ale u Verne’a to gra, tak samo jak to gra u Dumasa czy Wallace’a. Najwyraźniej w XIX wieku pisarze posiedli tajemną umiejętność dramatycznie drętwego pisania w ten sposób, żeby to było jednocześnie ciekawe. Nie umiem tego wyjaśnić – na szczęście za pisanie notki na blogu nikt mi nie płaci, więc nie czuję presji, że muszę to w jakikolwiek sposób wyjaśniać…
Przy czym ciekawe jest to, że ten styl jest taki trochę rozdwojony. Z jednej strony lecą wspomniane już wymiary mierzone z linijką i z najdrobniejszymi detalami opisane działanie każdego, nawet niezbyt istotnego, mechanizmu, z drugiej jednak pojawiają się nieco pompatyczne, poetyzujące opisy, obfitujące w porównania i inne środki stylistyczne, których pewnie nie umiem nawet nazwać.
Och, no tak – bo Verne uwielbia używać wielkich słów. I nie mam tu na mysli Coelhowskiego Pisania Każdego Słowa od Wielkiej Litery, tylko tę uroczą skłonność do patosu, również przecież charakterystyczną dla Dumasa i Wallace’a. Narrator, profesor Aronnax, bez cienia wątpliwości nazywa wielkim człowiekiem tego, kogo czytelnik powinien za takowego uważać. Nie bawi się w delikatne sugestie czyjegoś charakteru czy potęgi (przy czym chodzi tu nie tylko o ludzi, ale też zwierzęta, żywioły czy mechanizmy). On tą potęgą wali przez łeb i nieszczęsny czytelnik może tylko mieć nadzieję, że nie straci z tej okazji przytomności. Ale jak się już w ten klimat wejdzie, to jest naprawdę fajne. I człowiek nie irytuje się z powodu tej huśtawki nastrojów (w jednym zdaniu pełne grozy, tajemne podmorskie światy, w drugim zaś wyliczanka łacińskich nazw glonów), choć – nie ukrywam – może to budzić pewną wesołość.

Muszę tu też uczciwie uczulić potencjalnego czytelnika przed bohaterami. Oni są tacy, jak cała powieść: nieco archaiczni. Przedstawiają sobą pewne typy, harpunnik jest porywczy, silny i śmiały, sługa wierny i posłuszny, profesor dociekliwy. Verne nie bawił się w jakieś pogłębianie ich charakterów czy przełamywanie schematów. A jednak, choć prości i przewidywalni, to są bohaterowie, którzy po prostu wzbudzają sympatię. No i na ich tle kapitan Nemo jawi się naprawdę niezwykle – bo jest jedynym, w którym kryje się… no, cokolwiek. Jest jedynym z jakąkolwiek tajemnicą. Och, ale jest też zgorzkniałym mścicielem, kapitanem fantastycznego „Nautilusa” i nazywa się „Nemo”, więc nigdy nie będę nawet próbowała silić się na obiektywizm w odniesieniu do niego. Tym bardziej, że – jeśli wierzyć Wikipedii – pierwotnie miał to być Polak. Dajcie mi więcej takich delikwentów, a będę taką patriotką, że orzeł biały będzie się ode mnie uczył, jak nosić tę cholerną koronę!

Czy warto przeczytać 20000 mil podmorskiej żeglugi? Och, oczywiście, że tak. To doskonała przygoda i nawet żałowałam, że się skończyła. Pociesza mnie tylko to, że przecież wciąż jestem w połowie Tajemniczej wyspy. Do trącającego myszką stylu Verne’a przyzwyczaiłam się naprawdę szybko i najwyżej co jakiś czas nieco się uśmiechałam widząc zdania, których dziś już raczej się nie uświadczy w prozie. A sama historia i samo przeprowadzenie czytelnika przez niezbadane głębiny mórz i oceanów jest naprawdę doskonałe. Kiedy bohaterowie dopłynęli do Atlantydy, miałam ochotę kwiczeć z radości.  Plus jest to świetna podróż w czasie - spojrzenie na to, co przed stu laty było dla człowieka fantastyką naukową. Spojrzenie na początku gatunku. Bardzo polecam, 9/10. Tak, mam świadomość tego, że to zawyżona ocena. Ale „Nautilus”. Ale Nemo. Możecie mi naskoczyć.





Niniejszy wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.





Kapitan Nemo, nie zważając na straszliwe podmuchy wiatru, ulokował się na pomoście. Aby oprzeć się potwornym falom, przewalającym się nad statkiem, przywiązał się w pasie. Ja przywiązałem się także, aby podziwiać jednocześnie burzę i tego niezrównanego człowieka, który ośmielał się stawić jej czoło. Ogromne strzępy chmur zamiatały morze maczając się w jego wzburzonych odmętach. Nie widać już było owych niewielkich pośrednich fal, tworzących się zazwyczaj w głębokich bruzdach wody. Jak okiem sięgnąć – tylko długie, czarne fale, zbite i gęste. Wysokość ich wstastała. Waliły jedna o drugą. „Nautilus” to kładł się na bok, to stawał dęba kołysząc się straszliwie. Około piątej lunęły potoki deszczu, co nie uśmierzyło zresztą ani wiatru, ani wzburonego morza. Huragan osiągnął szybkość czterdziestu pięciu metrów na sekundę, czyli prawie osiemdziesięciu mil na godzinę. Wtedy potrafi on wywracać domy, zrywać dachówki i wtłaczać je w drzwi, łamać żelazne okratowania i przesuwać armaty. Tymczasem „Nautilus” w samym środku tej nawałnicy zdawał się usprawiedliwiać zdanie wypowiedziane przez jednego ze słynnych inżynierów: „Dobrze zbudowany kadłub nie potrzebuje obawiać się żadnej burzy”. Nie była to skała, która by się opierała i musiała poddać walącym zewsząd bałwanom; stalowe wrzeciono, ruchliwe, bez olinowania, bez masztów i żagli, urągało bezkarnie wściekłości żywiołów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...