piątek, 10 maja 2013

Fraa w czytelni (52) - "Kongres futurologiczny. Opowiadania Ijona Tichego"



Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Kongres futurologiczny. Opowiadania Ijona Tichego
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Agora

Wspominałam już, że Ijon Tichy jest u mnie w ścisłej czołówce ulubionych Lemowskich bohaterów – zaraz za nim plasują się profesorowie Tarantoga i Corcoran. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że drugi tom serii „Stanisław Lem. Dzieła” była dla mnie pozycją najzupełniej obowiązkową.

Na zbiorek składa się kilka tekstów: przede wszystkim mamy więc ów Kongres futurologiczny – długaśne opowiadanie, zajmujące w połowę książki. Mam co do tego tekstu mieszane uczucia: przede wszystkim jego (znów dzielę na połowy) pierwsza część – rozpoczynająca się samym kongresem, a stanowiąca później nieprzerwany ciąg kolejnych wizji i prób wyrwania się z nich. O ile opis kongresu i przeludnionego świata końca XX wieku był interesujący, tak samo początek kłopotów i bembowy nalot, o tyle już wizje nieco mnie wymęczyły. Pierwsza, druga – dobra, czytelnik zastanawia się, czy to już, czy wciąż halucynacje, co się dzieje i w ogóle. Jest element zaskoczenia. Ale potem wkradła się w to monotonia, choć naturalnie każdy zwid był odmienny od poprzedniego. Trudno oczekiwać, że będzie mnie zaskakiwał po raz enty ten sam trik. Na szczęście nie trwało to długo, a potem następuje druga połowa Kongresu…, czyli przeniesienie czytelnika w dość odległą przyszłość: idealny świat, gdzie każdy ma tyle bogactw, ile tylko zapragnie, czy to dzieła sztuki, czy drogie samochody, wszystko lśni, nawet pogoda jest kontrolowana przez człowieka. Drobne kłopoty, jakie czasem się pojawiają w tym świecie, raczej bawią, aniżeli przerażają: bo na przykład chmury jakoś źle wyszły albo wyrwał się na wolność bohater trójwymiarowej projekcji (które zastąpiły telewizję) i narozrabiał w czyimś mieszkadle. Ta część opowiadania jest ciekawa z kilku względów: po pierwsze więc, jest to przecież jakaś wizja przyszłości, nieprzyzwoicie optymistyczna, ale jednak jest. Po drugie, właśnie dlatego, że jest nieprzyzwoicie optymistyczna i że od czasu do czasu pojawiają się na niej dziwne rysy, czytelnik zaczyna węszyć spisek. Po trzecie, mamy bohatera, który został gwałtownie przerzucony do zupełnie odmiennego świata i musi się tego świata nauczyć. Podobna sytuacja była w 3001: Odysei kosmicznej, choć tam to była przyszłość daleko odleglejsza, oczywiście. Odmrożony Ijon Tichy musi nauczyć się wszystkiego: od historii (no bo przecież jak ludzkość przeszła od straszliwego przeludnienia i wiecznego zagrożenia walkami wewnętrznymi i zewnętrznymi do takiej sielanki?), przez język (całkiem nowe słownictwo), po kwestie biologiczne (dlaczego wszyscy tak dziwnie dyszą?). Musi nauczyć się używać nowoczesnych urządzeń.
Ijon Tichy jednak nie byłby Ijonem Tichym, gdyby się temu tak po prostu poddał. On docieka, podejrzewa i protestuje. Wskutek tej jego niepokornej (ale przecież zupełnie skromnie genialnej) natury, czytelnik w istocie zostaje doprowadzony do spisku na skalę globalną, choć spora w tym rola przypadkowo spotkanego profesora, który wtajemniczy Ijona w straszliwą prawdę.
I końcówka Kongresu… była dla mnie właśnie najciekawsza. Po pierwsze: sama konfrontacja wykreowanego przez psywilizację obrazka oraz rzeczywistości, wyjaśniająca wiele z wcześniejszych wątpliwości. Po drugie: sugestywne zaprezentowanie eskalacji wszystkich problemów, z którymi Tichy zetknął się na samym początku, w czasach tytułowego kongresu futurologicznego. I to jeszcze dokonane warstwowo, bo pod okropną prawdą kryje się jeszcze okropniejsza prawda… kto wie, może pod spodem jest jeszcze coś? Chociaż trudno to sobie doprawdy wyobrazić. No i po trzecie: sugestia moralnej oceny całej tej chemicznej cywilizacji. Mówię, że „sugestia”, bo w moim odczuciu jako takiej, ewidentnej oceny nie ma i czytelnik może dość swobodnie wybrać, po której jest stronie. Ijon Tichy za najwyższą wartość uznaje tutaj prawdę i jest zdania, że wszystko to należałoby skończyć tu i teraz. Ale nie jest jedynym, który ma nieco racji.
„Jesteśmy zniewoleni stanem rzeczy. Zagnał nas w kąt. Gramy takimi kartami, jakie nam społeczny los wcisnął w ręce. Przynosimy spokój, pogodę i ulgę jedynym zachowanym sposobem. Utrzymujemy na skraju równowagi to, co bez nas runęłoby w agonię powszechną. Jesteśmy ostatnim Atlasem tego świata. Chodzi o to, że jeżeli już musi ginąć, niechaj nie cierpi. Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić, to ostatni jeszcze humanitarny, jeszcze ludzki obowiązek.” – mówi Symington Tichemu.
Nie twierdzę, że mnie przekonał i że popierałabym koncepcję psywilizacji. Natomiat – tak myślę – jako-tako mogę spróbować postawić się na miejscu Symingtona i mu współczuć. I nie wiem, czy z tego jego miejsca znalazłabym lepsze rozwiązanie, niż nakładanie na umierający świat tego chemicznego środka przeciwbólowego. Zmian można było próbować dokonać, ale dużo, dużo wcześniej – gdzieś u zarania tej cywilizacji, czyli pod koniec XX wieku, kiedy zrzucano pierwsze bemby, a Ijon Tichy napił się wody z kranu. A w momencie, w którym pojawił się tam bohater? Można robić już tylko to, co robił Symington.

Druga połowa zbioru to krótsze i niepowiązane ze sobą opowiadania, w których – tak jak i w drugiej części Dzienników gwiazdowych – Ijon Tichy spotyka dziwnych ludzi (albo i nie zawsze ludzi). Jest też ekologiczny manifest oraz krótki tekścik Pożytek ze smoka, w którym trudno nie widzieć wyraźnej aluzji do sytuacji politycznej w Europie Wschodniej. 
Zakład doktora Vliperdiusa oraz Doktor Diagoras bardzo przypominają właśnie wspomniane już Dzienniki… i są to moje ulubione opowiadania ze zbioru. Oba poświęcone robotyce, choć różnych jej aspektów: w pierwszym mamy bardzo ciekawy przegląd chorób psychicznych, na jakie mogłyby zapadać sztuczne inteligencje. W drugim tekście zaś czytelnik znajduje interesujące, bo zupełnie odmienne od tego powszechnie przyjętego, stanowisko w sprawie konstrukcji i doskonalenia robotów.
Opowiadanie Profesor A. Dońda to dla mnie przede wszystkim genialny przykład, jak zaczynać teksty. Niezależnie od tego, co działo się później, kilka pierwszych akapitów to doskonałe otwarcie opowiadania, które od razu wciąga, intryguje i rozbudza chęć dalszego czytania.
Choć teoretycznie zabawny, tekst Ratujmy Kosmos (List otwarty Ijona Tichego) jest dla mnie jednak mocno melancholijny i pesymistyczny. Bo, mimo że przesadzona, ta perspektywa, którą dostaje czytelnik, jest właściwie całkiem realna – tak znając ludzi. A kiedy zestawiłam ten list z Dziennikami…, zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno: bo na miejscu Tichego też serce by mi się krajało, gdybym chciała sobie gdzieś polecieć w ramach takiej „wycieczki sentymentalnej”, gdzieś, gdzie byłam przecież przeżywając jakieś niesamowite przygody, gdzie nie postała wcześniej stopa ludzka, a tam jak w lipcu na Krupówkach. I wcale mnie to opowiadanie nie rozbawiło, choć może powinno.

Zbiór Kongres futurologiczny. Opowiadania Ijona Tichego jest bardzo urozmaicony, czytelnik przemknie przez cały wachlarz nastrojów, choć oczywiście z urozmaienia wynika jeszcze jedna rzecz: opowiadania mogą bardzo przypaść do gustu lub wręcz przeciwnie. Ja znalazłam tam coś dla siebie – i myślę, że nikt nie powinien mieć z tym kłopotów. Że jednak znalazłam tam dla siebie mniej niż w Dziennikach…, będzie 8/10.

 


Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.





Opuściwszy altanę, jakiś czas przyglądałem się łabędziom. Obok mnie jakiś dziwak rzucał im pocięte kawałki drutu. Powiedziałem, że łabędzie nie jadają tego.
– Nie zależy mi na tym, by go jadły – odparł, kontynuując swą czynność.
– Ale mogą się udławić, byłaby szkoda – rzekłem.
– Nie udławią się, bo drut tonie. Jest cięższy od wody – wyjaśnił rzeczowo.
– Więc po co pan go rzuca?
– Bo lubię karmić łabędzie.
– Stanisław Lem, Zakład doktora Vliperdiusa
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...