środa, 24 kwietnia 2013

Fraa w czytelni (51) - "Dzienniki gwiazdowe"


Autor: Stanisław Lem
Tytuł: Dzienniki gwiazdowe
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2008
Wydawca: Agora

Jak to zwykle bywa, moja historia z tą książką jest dość długa. Zauważyłam ostatnio, że w ogóle większość powieści zaczynam po dwa-trzy razy, nim wreszcie się do nich przekonam. Cóż, widocznie długo dojrzewam do lektury. W każdym razie Dzienniki gwiazdowe również próbowałam czytać już wcześniej – raz ledwie tknęłam, ale jakoś się nie złożyło. Potem pojechałam nieco dalej, bo aż do podróży dwudziestej pierwszej, która jednak mnie tak wymęczyła, że w połowie dwudziestej drugiej odpadłam.
Wreszcie jednak nastąpiło podejście zwieńczone sukcesem – i całe szczęście, bo po poprzednich próbach utkwiło we mnie jedno zasadnicze przekonanie: Ijon Tichy to mój ulubiony bohater Lema. No – on i profesor Tarantoga, który jednak pozostaje postacią drugoplanową.

Ale od początku:
Dzienniki gwiazdowe to zbiór – jak się łatwo domyślić po tytule – zapisków międzyplanetarnego podróżnika, który zwiedził przestrzeń kosmiczną wzdłuż i wszerz, nic go nie jest w stanie wytrącić z równowagi, a na Ziemi bywa jedynie gościem – Ijona Tichego. Jego opowieści są pełne doniosłych czynów, które zmieniają oblicze światów, ale też znajdzie się kilka historii będących jedynie relacją mieszkańca egzotycznej planety na temat minionych zdarzeń, które Tichy skrzętnie zanotuje. Nie ma tu właściwie reguły. Z tego zresztą powodu trudno oceniać Dzienniki gwiazdowe całościowo, bo przy tak dużym zróżnicowaniu jedne podróże potrafią czytelnika urzec, inne zaś – choć przecież napisane równie sprawnie – nużą. I tu wrócę do tego tekstu, który pokonał mnie przy poprzednim podejściu do Dzienników: do Podróży dwudziestej pierwszej. Na początku jest mocno kuriozalna, zadziwia i wciąga – potem jednak zaczyna się dłużyć, jako że jest to jeden z tych tekstów, gdzie tubylec (w tym przypadku przeor, niejaki o. Dyzz Darg) opowiada historię swojej cywilizacji. Kiedy czytelnik oswoi się z jej absurdami, niewiele zostaje. Nie oznacza to wcale, że te „przegadane” podróże są generalnie nudne: na przykład opowieść samotnego duchownego, ojca Lacymona, z Podróży dwudziestej drugiej jest fantastyczna.
Bo przecież, tu nie chodzi o to, czy jest akcja, czy tylko rozmowa, czy zupełnie niewiarygodne wspominki samego Tichego (jak w Podróży dwudziestej ósmej, w której podróżnik przytacza swój rodowód) – chodzi o humor, smaczki (och, Lem pasjami bawił się nazwiskami i skrótami), no i te wszystkie, wcale nie zakamuflowane przecież, refleksje: o systemach politycznych, o religii, o przyszłości robotyki, podróżach w czasie, odpowiedzialności dziejowej i o mnóstwie innych, równie pojemnych tematów.

No tak. Przy czym należy pamiętać o tym, że Fryy są spaczonymi czytelniczkami, więc całość i tak łykają ze względu na bohatera. Otóż to: jedni szukają w literaturze fabuły, ja szukam postaci. Jak już wspomniałam, Ijona Tichego całkowicie uwielbiam. Nie tylko, ma się rozumieć, za to, że jest genialnym i niestrudzonym podróżnikiem: rzecz w tym, że Tichy jest… co tu dużo mówić, jest kretynem. Jeśli się wczytać w te jego dzienniki, naprawdę wyłania się obraz człowieka, który ma nieprzyzwoicie wiele szczęścia, jednocześnie nieprzyzwoitą łatwość do wpadania w tarapaty, a także jest ogólną gapą życiową, nawet jeśli miewa przebłyski geniuszu. I kiedy tak czytam, że oto Ijon Tichy przez cztery godziny szorował okienko w swojej rakiecie, bo myślał, że ma tam napaskudzone, a dopiero potem się zorientował, że to planeta, jakoś nie mogę przestać się śmiać. Innym znów razem Tichy staje się bardzo bliski szaremu czytelnikowi, kiedy oblatuje kilkadziesiąt planet w poszukiwaniu zagubionego scyzoryka, a ostatecznie (c’mon, to nie jest spoiler, bo przecież to nie ma żadnego znaczenia dla samej istoty opowiadania) znajduje go pod podszewką własnej kurtki (bah!, przecież ja dobrze znam uroki dziurawych kieszeni i nieświadomego przechowywania niezliczonych rzeczy właśnie pod podszewką!). I, co jeszcze fajniejsze, czytelnik po przeczytaniu Dzienników zostaje tak naprawdę z zawieszonym w próżni pytaniem, czy Tichy to wybitna postać, czy co najwyżej wprawny łgarz.

No właśnie: to mnie zaintrygowało w tej książce chyba najbardziej: czy Ijon Tichy przeżył to wszystko, co opisywał? Wątpliwości może budzić choćby zbiór pamiątek, które w przyszłości mają trafić do muzeum. No bo cóż tam znajdziemy? Kamień (pochodzący jak najbardziej z Ziemi, wydłubany z buta), scyzoryk, złamany ząb… takie całkowicie ziemskie śmieci. Oczywiście, każdy z tych przedmiotów ma jakąś historię, która nadaje mu wiekopomnego znaczenia, ale tak po prawdzie Tichy nie ma niczego, co by rzeczywiście dowodziło prawdziwości jego słów.
Ale jest też inna rzecz: druga część Dzienników, czyli Ze wspomnień Ijona Tichego. Jest to również zbiór opowieści podróżnika, tym razem jednak pisanych z perspektywy czasu, kiedy Tichy już tkwi na Ziemi, znużony oblatywaniem wszechświata. Nie uświadczymy tu rakiety przemierzającej Drogę Mleczną, za to bohater opowie o kilku niezwykłych spotkaniach, jakich był uczestnikiem tu, na Ziemi. Ponieważ jest sławną osobistością, przychodzą do niego różni naciągacze i szaleńcy, a czasem i prawdziwi geniusze. Między innymi pojawia się niejaki Molteris, który skonstruował wehikuł czasu. Tichy na tę rewelację reaguje ogromnym zdziwieniem i tylko wrodzona otwartość umysłu sprawia, że nie pakuje od raz słów swojego gościa między bajki. Ale ja się zaczynam zastanawiać: skąd to zdziwienie? Wszak Ijon Tichy sam dwukrotnie miał do czynienia z manipulowaniem czasem. Raz stworzył wszechświat, wysyłając w przeszłość cząsteczkę, która wywoła Wielki Wybuch. Za drugim razem stanął na czele organizacji mającej naprawić historię Układu Słonecznego, wysyłanie ludzi w tę i nazad do przeszłości było dla niego chlebem powszednim. A więc – powtarzam – czemu na jeden mały, niechętnie działający wehikulik miałby się zdziwić?

W ogóle dopiero w tej drugiej części, pisanej z perspektywy czasu, Tichy zaczyna się trochę uczłowieczać – wciąż jest wybitny, ale no właśnie: dziwi się. Nie rozumie, bywa przerażony. W czasie swoich podróży wszystko zdaje się takie normalne: śmierć przychodzi łatwo, pokonywanie czasu i przestrzeni to pestka, zaprojektowanie wszechświata to raptem nieco trudniejsza łamigłówka, a jeśli na jakiejś planecie podróżnik nie wszystko rozumie, to ewentualna wina leży po stronie tubylców – to oni są dziwni, a nie Tichy nie potrafi czegoś pojąć. Tichy nie popełnia błędów, a jeśli ktoś go o jakieś oskarża, to obrzydliwa potwarz. Tichy ma ego wielkości Katodego Mattrassa vel planety w Mgławicy Kraba, ale przy tym jest, ma się rozumieć, skromny. Po prostu nie może przemilczeć swoich zasług, prawda? Byłoby to hipokryzją.

Wrócę tu jeszcze raz do tej drugiej, pamiętnikarskiej części, bo nie mogę tego pominąć: pierwsze wspomnienie dotyczy spotkania z niejakim profesorem Corcoranem. I choć sam koncept nierealności otaczającego nas świata jest znany i lubiany przez filozofię i fantastykę naukową, to muszę powiedzieć, że właśnie ten krótki tekścik zostawił mi na pamiątkę drobnego kaca. Lem, który tak świetnie radzi sobie z groteską, żartami słownymi i filozoficznymi przypowiastkami, równie świetnie buduje klimat grozy i osamotnienia, beznadziei wobec nieskończoności. Oczywiście, najmocniej widać to w ostatniej powieści Lema, Fiasku, ale i w tych radośnie absurdalnych historyjkach Ijona Tichego pojawia się ta atmosfera. No i sam początek tego tekstu daje czytelnikowi obraz Tichego zmęczonego; Tichego, który widział – oprócz tych wszystkich dziwacznych, ale jednak zabawnych rzeczy – również rynsztoki i śmietniska, biedę, brzydotę i ruinę. Ale o tym nie opowiada, bo kto by chciał słuchać takich opowieści? Nie po to ludzkość patrzy w gwiazdy. Z tymi wspomnieniami Tichy jest zupełnie sam.

Domyślam się, że – po raz kolejny – napisałam strasznie chaotycznie i tak naprawdę nic z tego nie wynika. Long story short: Ijon Tichy jest świetną postacią, a Dzienniki gwiazdowe są bardzo zróżnicowane, niemniej wszystkie interesujące z miliona różnych aspektów (czy ktoś szuka refleksji politycznej, czy gier słownych, czy niezwykłych bohaterów, czy czegokolwiek innego). No. 9/10.



  

Wpis popełniony w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.






32 VIII
Wskutek szybkości czas się dłuży – powinien być październik, a tu wciąż sierpień i sierpień. W oknie zaczęło coś migać. Myślałem, że to już Droga Mleczna, ale to tylko lakier się łuszczy. (…)

33 VIII
Wciąż sierpień. (…)

34 VIII
Czy ten sierpień nigdy się nie skończy? Przed południem czyściłem rakietę. Okropne nudy. Zaraz do środka, do mózgu. Zamiast śmiechu napadło mnie takie ziewanie, że byłem w strachu o szczęki. Po prawej burcie mała planeta. Mijając ją, zauważyłem jakieś białe kropki. Przez lornetę zobaczyłem, że to tabliczki z napisem: „Nie wychylać się”. Z mózgiem coś nie w porządku – połyka pointy.

1 X
Musiałem zatrzymać się na Stroglonie, bo paliwo mi się kończyło. Hamując, z rozpędu przeleciałem przez cały wrzesień.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...