piątek, 19 kwietnia 2013

Jedną Nogą w Grobie - odcinek 28


Ufff.
No więc tak: od jakiegoś czasu obiecuję sobie, że reaktywuję Jedną Nogą w Grobie. Tym bardziej teraz, skoro Uuk jest w stanie hibernacji. Jak być może niektórzy wiedzą, zdecydowałam się na udział w wyzwaniu rysunkowym – trzydzieści dni i trzydzieści rysunków. Dzień trzynasty polegał na narysowaniu komiksu. Cóż za szczęśliwy dla mnie zbieg okoliczności! Wreszcie miałam odpowiedniego kopa, żeby wziąć byka za rogi i odkurzyć Frankiego z ekipą.
Inna sprawa, że wyzwanie postanowiłam wykorzystać do poćwiczenia posługiwania się tabletem. Mam go półtora roku, a używałam może ze dwa razy. No więc tak ćwiczę, w zeszłym tygodniu odkryłam, że mogę mu zmniejszyć wrażliwość na drgania i takie tam… Prawie nauczyłam się korzystać z tych wszystkich klawiszków. Rzecz w tym, że to pierwsze w historii Jedną Nogą w Grobie popełnione bez ani kawałka ołówka czy kredki. Full tablet + Paint Tool SAI, z którym z kolei zaczęłam się zaprzyjaźniać dosłownie dwa dni temu, właśnie przy okazji tegoż dzieła.
Chodzi mi po prostu o to, że to odcinek hiper-eksperymentalny. No ale jest. Żeby nie było, że ja tak tylko gadam, gadam, a nic z tego nie wynika.
Ja się naprawdę staram!

…szkoda tylko, że za diabła nie pamiętam pomysłu, jaki miałam na scenariusz dla Jedną Nogą w Grobie


czwartek, 18 kwietnia 2013

Granie na Fraakranie (29) - "LEGO The Lord of the Rings"


Do serii gier na licencji LEGO zawsze podchodziłam sceptycznie. To znaczy właściwie nie miałam nic przeciwko, ale jednak klocki to klocki i wychodziłam z założenia, że mają sens tylko wtedy, kiedy możne je rozsypać na podłodze, pomajstrować coś przez pół godziny, a później na to boleśnie nadepnąć idąc po kawę. Swego czasu jednak, z sentymentu do oryginalnej trylogii Gwiezdnych Wojen, zdarzyło mi się spróbować zabawy w LEGO Star Wars. Sama nie wiem czemu, bo słabo pamiętam, ale nie urzekło mnie. Teraz sobie myślę, że będę musiała spróbować tamtego tytułu jeszcze raz, bo może po prostu byłam zmęczona, w złym humorze czy coś takiego i stąd takie odczucie.
Bo swego czasu dostałam na urodziny grę LEGO The Lord of the Rings. I jak bogów kocham, dawno się tyle nie obśmiałam grając na komputerze.

Zacznijmy od podstaw: gra jest możliwa w trybie jednoosobowym, ale można też grać w dwie osoby – ekran jest wtedy dzielony. Gracze kierują członkami drużyny Pierścienia w ich wielkiej wyprawie do Góry Przeznaczenia, dość dowolnie przełączając sobie, którym bohaterem aktualnie chcą biegać. Przy czym wybór czasem zostaje narzucony przez dany etap, ponieważ każda postać ma unikalne zdolności, bez których użycia niekiedy nie da się pójść dalej.
Co jest dość istotne, gra nie jest adaptacją powieści, ale filmu. I to bardzo szczegółową – klockowe ludziki z detalami odtwarzają kolejne sceny trylogii Petera Jacksona (no, pomijając nieliczne), a co więcej: w tle słyszymy oryginalną ścieżkę dźwiękową z filmu. I tu zresztą pojawia się jedna z większych zalet gry, która sprawia, że produkt ten wypada chyba nawet lepiej od pierwowzoru: Frodo, choć wciąż jest filmowym Frodem, z jego głosem i jego Weltschmerzem, nie wygląda, jakby miał zaparcie! Oto wreszcie główny bohater tej opowieści nie jest wkurzający!
Na każdym etapie gracze mają do odkrycia konkretną liczbę broni, skarbów i mithrilu, a także muszą (to znaczy nie muszą, ale mogą i dobrze to robić) zebrać tyle złota… nie, nie złota – ćwieków LEGO, by zapełnić pasek u góry ekranu. Po skończeniu etapu następuje podsumowanie i jeśli gracze spełnili któryś warunek, dostają bonusy. Ale nie ukrywam, że ani jednego etapu nie rozegraliśmy na 100% - znów trochę strzelam, wydaje mi się jednak, że grając po raz pierwszy to nie jest możliwe. Kiedy na przykład snujemy się po Mordorze Frodem i Samem, a napotykamy skałę, którą jedynie Gimli może rozbić, za którą potencjalnie jest skarb, wiele zdziałać się nie da. Takich miejsc jest bardzo dużo i warto do nich wrócić w późniejszych rozgrywkach. Z ciekawostek: na mapie jest też oznaczony Tom Bombadil. Sęk w tym, że główna oś fabularna jest na tyle zabawna i wciągająca, że grając, nawet nie miałam ochoty robić żadnych misji pobocznych i szlajać się po mapie nie wiadomo po co, zostawiliśmy więc to na kiedy indziej.

Nie da się ukryć, gra nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim: multiplayer. Jak wspomniałam, mamy dzielony ekran. Podziałkę można ustawić na sztywno, żeby każdy miał swoją połowę i basta, a może być dynamicznie dopasowująca się w zależności od położenia postaci. I tak linia podziału biegnie raz poziomo, raz poziomo, raz na skuśkę, a jak się dużo biega, to generalnie wiruje jak głupia i sprawia, że człowiek sam już nie wie, w którym miejscu na ekranie jest jego postać. Z drugiej strony, mimo wszystko jednak polecam właśnie ten tryb. W przeciwnym razie dość łatwo rozbijemy się o problem typu „Legolas musi gdzieś strzelić, ale jego cel jest poza ekranem”. Ba!, i tak ten problem pojawia się nazbyt często. Ale kategorycznie stwierdzam: to jest gra dla dwóch osób. W pojedynkę to po prostu nie ma sensu. Nie chodzi o to, że jest mniej grywalnie czy coś, ale po prostu jaki sens ma rechotanie w samotności? Razem jest weselej, ot co. A to gra bardzo, bardzo wesoła. Momentami wręcz nieprzyzwoicie, ale o tym za chwilę.
Po drugie: sterowanie. Dość koszmarne. Wyłącznie klawiatura. Dwie osoby muszą ścibolić się przy jednej klawiaturze. Nie raz po prostu człowiek już nie wie, czy to on coś kliknął czy drugi gracz. A w zależności od tego, kto kliknął (każdy ma swój zestaw klawiszy do sterowania), różnie się to odklikuje nazad. Niby nic wielkiego, ale irytująco potrafi rozbić rozgrywkę.
Rzecz trzecia, to już nie sama gra, ale instrukcja. Jedna z najgorszych instrukcji, jakie w życiu spotkałam. Wygląda na pierwszy rzut oka dość przyzwoicie, ma te swoje paręnaście stron. Ale potem się okazuje, że to tylko dlatego, że jest w siedmiu czy iluś tam językach. W rzeczywistości mamy tam może dwa akapity tekstu i tabelkę. I jakiś obrazek. W tabelce z kolei są wymienione podstawowe klawisze do sterowania, których użycie tak naprawdę gracz i tak poznaje w Prologu – samouczku. Równie dobrze tej instrukcji mogłoby wcale nie być.

Kiedy jednak człowiek przywyknie do wirującego ekranu i opanuje swoje klawiszki, pojawia się właściwa frajda.
Jak wspominałam, LEGO LotR jest przezabawna. Nie jest to humor subtelny ani szczególnie inteligentny, raczej najbanalniejsze, często wręcz slapstickowe żarty, ale podane w tak wdzięczny sposób i występujące w tak niepasującym do tego kontekście, że nie sposób się nie śmiać. Jak wspomniałam, momentami to jest aż nieprzyzwoite: no bo jak ja mogę płakać ze śmiechu w scenie śmierci Boromira? No jak?!
…ano mogę.
To humor beztroski, radosny, bez żadnych słodko-gorzkich podtekstów. Gra jest przewidziana dla osób od lat siedmiu, więc musi być atrakcyjna zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. I myślę, że taka jest.
Choć z tego szerokiego grona odbiorców wynika jeszcze jedna sprawa: jak wspomniałam, parę scen jest pominiętych – trochę strzelam, ale wydaje mi się, że to te sceny, które zostały uznane za nieszczególnie odpowiednie dla dziecka. I tak na przykład nie zobaczymy klockowego Ust Saurona. Z innych modyfikacji, wyrzucony został alkohol. Bohaterowie nie piją piwa, a kufelki są w grze wypełniane w inny sposób.

Twórcy ze studia Traveller’s Tales Games z ogromnym wdziękiem wyśmiali w grze filmowy patos, przesadę i drobne bzdurki, jak choćby tę, cieszącą się złą sławą, jazdę Legolasa na tarczy. To prawda, niektóre bardzo poważne filmowe sceny okrutnie zgwałcili, ale nie potrafię mieć im tego za złe. Jest trochę elementów zręcznościowych, trochę układania wirtualnych klocków, trochę kombinowania, dużo śmiechu i ta urokliwa stylizacja na LEGO. Od siebie mogę jeszcze powiedzieć, że moim absolutnym faworytem był Gimli i kiedy tylko się dało, nim właśnie grałam. Nawet jeśli, z jakiegoś powodu, Ulv rozmiłował się w rzucaniu krasnoludem na odległość. Bardzo fajna gra i po prawdzie nie wyobrażam sobie, jak mogłaby się komuś nie podobać, o. 8/10.





A poniżej trailer oraz pierwsze piętnaście minut gry, tak poglądowo. No i żeby zobaczyć przyszłego Nazgula, jeszcze żywego i w różowym.




środa, 17 kwietnia 2013

Fraa w czytelni (50) - "Bracia Sisters"

Autor: Patrick DeWitt
Tytuł: Bracia Sisters
Tytuł oryginału: The Sisters Brothers
Tłumaczenie: Paweł Schreiber
Miejsce i rok wydania: Wołowiec 2013
Wydawca: Czarne

Lubię wydawnictwo Czarne. Z jego serii „Reportaż” chciałabym wykupić jakąś jedną trzecią książek, jeśli nie połowę. A tu jeszcze western i fajny tytuł. I fantastyczna okładka (tak – okładka to była miłość od pierwszego wejrzenia). Tu nie było miejsca na pomyłkę.

Stany Zjednoczone, 1851 rok. Słynni bracia, Eli i Charlie Sisters, dostają od szefa, niejakiego Komandora, kolejną robotę – nic specjalnego: zabić jakiegoś złodzieja. Muszą więc odbyć podróż z Oregonu do Kaliforni, gdzie ukrywa się ich ofiara. Po drodze spotkają mnóstwo mniej lub bardziej pokręconych ludzi, a o wszystkim opowie czytelnikowi młodszy z braci, Eli.
Przyznam, że właśnie do tej jego narracji na początku nie mogłam się przyzwyczaić. Eli bardzo subiektywnie wybiera sobie, o czym powie, a co pominie. Rzeczy, które uznaje za ważne, tak naprawdę bywają nic nieznaczącymi detalami, są jak porozwieszane na wszystkich ścianach dziesiątki strzelb, z których nikt nigdy nie wystrzeli. Często za to brakuje podstaw – ot, przykład: dopiero po kilkudziesięciu stronach zorientowałam się, że czas akcji to zima. W pierwszej chwili miałam wizualizację stereotypowego Dzikiego Zachodu (piach, sucha trawa, turlające się tumbleweeds), a że narrator tego nie weryfikował, to tak sobie tkwiłam w błędzie. O tym, kiedy się dowiedziałam o zaroście głównego bohatera, to w ogóle nie będę mówić. Jeśli chodzi o wyobrażenie sobie braci Sisters, to tak naprawdę wiadomo tylko jedno: Eli to ten grubszy.
To totalne wykastrowanie powieści z opisów trochę mnie gryzło. Nadal mam pewien żal, ale w międzyczasie zrozumiałam. To po prostu pasowało do narracji. Zdziwiłabym się, gdyby Eli Sisters nagle zaczął sadzić malownicze opisy mijanych miasteczek. Przecież on nie jest przewodnikiem turystycznym, tylko zabijaką, który opowiada o przygodzie jego i jego brata.
Jednocześnie ta narracja jest jednym z fajniejszych, bardziej oryginalnych elementów powieści. Czytelnik nie obserwuje wszystkiego z boku, tylko przeżywa wszystko razem z braćmi. Poznaje ich myśli, relacje i charaktery w sposób najbardziej bezpośredni, jak tylko się da.
W recenzjach czytałam, że braci Sisters, choć to zabójcy, nie sposób nie polubić. Cóż, nie ujmowałabym tego w ten sposób. To nie tak, że ich polubiłam. Ale przez tę bezpośredniość po prostu, chcąc nie chcąc, zaangażowałam się w ich losy. Bohaterowie stali mi się bliscy na podobnej zasadzie co przysłowiowa rodzina, której się nie wybiera. Tutaj czytelnik też nie bardzo ma wybór.

Żeby sobie powiedzieć, czy lubię braci Sisters czy nie, musiałabym tak naprawdę najpierw odpowiedzieć na pytanie, jacy oni są. A tego wciąż nie wiem. Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się banalna: Eli, ten młodszy i grubszy, to jednocześnie taki poczciwiec, któremu przykro zabijać, który chce znaleźć sobie żonę i założyć sklep. Charlie za to, to ten zły, czarna owca – samolub, chciwiec i okrutnik. Tyle tylko, że wcale nie. Eli to dokładnie taki sam samolub co starszy brat – nie kocha, po prostu uwielbia być kochanym, adorowanym i pod czyjąś opieką. Przy zabijaniu czasem mu smutno, a czasem nie, wszystko zależy od okoliczności. Nie przeszkadza mu to jednak rzucić kamieniem w przechodnia bez żadnego powodu. Charlie z kolei jest co prawda okropnie humorzasty, ale kiedy nie jest akurat zły, to potrafi zachować się w porządku. Bywa miły, nie chce zranić brata, a i po zabójstwie bywa przygnębiony. Pojawia się pytanie, na ile ocena braci jest uzależniona od tego, że tylko jeden z nich jest narratorem. Przecież czytelnik nie zna myśli Charliego. A może starszy Sisters też ma mnóstwo przemyśleń, które mogłyby postawić go w zupełnie innym świetle? Mogę powiedzieć tylko tyle, że ostateczna przemiana Charliego mnie przygnębiła. I sprawiła, że zaczęłam się zastanawiać, czy wszystkie wcześniejsze działania i słowa nie były tylko grą pozorów.

Trochę łatwiej jest z pozostałymi postaciami, które pojawiają się w powieści. Oczywiście, też nie mamy ich pełnego obrazu, ale na przykład takiego Morrisa czytelnik poznaje z czterech punktów widzenia (wypowiadają się o nim przecież obaj bracia i Warm, jest też perspektywa samego Morrisa), toteż można sobie coś z tego sklecić. Warm podobnie – przejmuje na jakiś czas narrację, w dodatku sporo się o nim rozmawia.
Zresztą, ci dwaj to w ogóle ciekawe typy: w moim odczuciu najbardziej pozytywni bohaterowie w całej powieści, można powiedzieć, że tak naprawdę obaj to bardzo poczciwi ludzie. A jednak to właśnie oni najlepiej wpasowują się w stereotypową, umoralniającą przypowieść o chciwości: gorączka złota, rzeka, konsekwencje – wszystko by się zgadzało. Tyle tylko, że wcale nie. Diabeł tkwi w szczegółach, które sprawiają, że nie można wskazać na Warma i Morrisa jako na tych dwóch, których zgubiła żądza złota.

Jeszcze raz odniosę się do recenzji, na które trafiłam w Internetach. Chodzi mi tu o zagadnienie humoru w Braciach Sisters. Dużo widziałam wzmianek, że powieść jest przepełniona subtelnym i nieraz gorzkim, ale jednak humorem. Że właściwie na każdej stronie będę z czegoś rechotać. Nie ukrywam, że zaczynając lekturę spodziewałam się przez to czegoś innego.
Owszem, jest humor. Zaśmiałam się chyba trzy czy cztery razy, raczej pod koniec książki. Głównie jednak Bracia Sisters to powieść smutna, przygnębiająca i okrutna, choć nade wszystko – szalenie wciągająca. Nieprzewidywalność bohaterów sprawia, że czytelnik nigdy nie może zgadnąć, co się stanie na następnej stronie. Fakt faktem, z całości wyłania się obraz bardzo niegościnnego, doprowadzającego ludzi do szaleństwa Dzikiego Zachodu wraz z całą jego gorączką złota, a także obraz człowieka – samotnego, obłąkanego w ten czy inny sposób, bezbronnego w decydujących momentach.

Choć nie gwałci mózgu i można się po niej niemal natychmiast zabrać za kolejną, Bracia Sisters to powieść, którą warto przeczytać. Zresztą, czyta się ją błyskawicznie. 8/10.





  

Charlie wsiadł na Chyżego i ruszyliśmy, kierując się w stronę Świńskiego Króla. W Oregon City nie było nas tylko dwa miesiące, ale przy głównej ulicy naliczyłem pięć nowych sklepów, a każdy z nich prosperował na oko dobrze.
– Przedsiębiorczy ludek – powiedziałem do Charliego, jednak on nie zareagował. Usiedliśmy przy stole na tyłach Króla. Barman przyniósł nam jak zwykle butelkę i dwie szklanki. Charlie nalał mi brandy, a zazwyczaj każdy z nas nalewa sobie sam, więc kiedy zaczął mówić, byłem już gotowy na złe nowiny:
– Tym razem mam być kierownikiem, Eli.
– Kto tak mówi?
– Komandor.
Łyknąłem brandy.
– Co to znaczy?
– To znaczy, że ja rządzę.
– A pieniądze?
– Więcej dla mnie.
– Pytam o swoje pieniądze. Tak jak wcześniej?
– Mniej dla ciebie.
– Nie widzę w tym sensu.
– Komandor mówi, że gdyby przy ostatniej robocie był jakiś kierownik, to nie byłoby takich kłopotów.
– To bez sensu.
– A właśnie, że z sensem.
Nalał mi jeszcze jednego i wypiłem. Powiedziałem i do siebie, i do Charliego:
– Jeśli chce sobie płacić za kierownika, to proszę bardzo. Ale zabieranie temu, co stoi niżej, to zły interes. Jak dla niego pracowałem, zrobili mi dziurę w nodze i koń mi się spalił.
– Mnie też się spalił. On załatwił nam nowe konie.
– To zły interes. Przestań mi dolewać, nie jestem kaleką.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...