czwartek, 21 lutego 2013

Fraa w czytelni (44) - "Miasto i gwiazdy"


Autor: Arthur Charles Clarke
Tytuł: Miasto i gwiazdy
Tytuł oryginału: The City and the Stars
Tłumaczenie: Jacek Manicki
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1993
Wydawca: Amber



Miasto i gwiazdy to jedna z wcześniejszych powieści sir Arthura C. Clarke’a, napisana w 1956 roku (czyli od Piasków Marsa minęło raptem pięć lat). I właściwie nie jest to tak porażająca doskonałość jak cykl Odysei kosmicznej. Niemniej powieść ta zawiera pełen pakiet czegoś, co – na potrzeby tego bloga – muszę nazwać clarkizmami, bo inaczej nie potrafię: a więc czytelnik otrzyma przegląd egzotycznych, nieznanych światów, utopijne społeczeństwa, którym ta ich utopijność troszeczkę bokiem wychodzi, z ogromnym rozmachem zarysowaną wizję odległej przyszłości, sporo miejsca poświęconego potędze umysłu, dużo wiary w człowieka (ba!, w Człowieka nawet!), no i… cóż, bladych bohaterów…



Zacznę od tego ostatniego, bo tak mnie ten problem prześladował, że w pociągu o szóstej rano chyba wreszcie udało mi się dotrzeć do sedna.

Wiem już, czemu nie grają mi ludzie w powieściach Clarke’a: kłopot tkwi w opisywaniu ich uczuć. Są to postacie w ogromnej większości pozbawione fizjonomii, odruchów i… po prostu organizmu. Targają nimi co prawda wielkie emocje, lęki, czasem nagłe porywy gniewu czy ambicji, ale tak właśnie są też opisane: że ten a ten poczuł strach. Że się rozgniewał. Nie towarzyszą temu żadne konkretne zjawiska. W całym Mieście i gwiazdach główny bohater, Alvin, raz w nagłym ataku lęku ścisnął poręcze fotela. I to wszystko – na serio, ten drobny gest był dla mnie najbardziej emocjonującym momentem z życia tego człowieka. Bo ja, czytelniczka, jeśli mam napisane, że bohatera ogarnął strach, po prostu nie czuję tego strachu, jeśli tego się jakoś nie rozwinie, nie poprze konkretami. Clarke tego nie rozwijał, czytelnik musi wierzyć na słowo narratorowi w te wszystkie uczucia. Przypuszczam zresztą, że to dlatego tak świetnie autorowi wychodziły sztuczne inteligencje, ewentualnie inteligencje obce, których człowiek nie potrafi zrozumieć: bo tam te ludzkie emocje są właśnie nie na miejscu. Doskonały HAL czy zupełnie zagubiony w czasie i przestrzeni Vanamond zapadają w pamięci, podczas gdy ludzie szybko bledną.

Nie wiem, czy to co napisałam, jest w ogóle komunikatywne, ale jestem pełna entuzjazmu, że zrozumiałam. I już.

Teraz mogę spokojnie przejść do samej powieści:
W Mieście i gwiazdach przed czytelnikiem rysuje się obraz ludzkości za wiele milionów, a może raczej miliardów, lat. Człowiek żyje w Diaspar, podniebnym mieście odizolowanym od całego świata, zawieszonym w wieczności – żyje i jest nieśmiertelny. Każdy mieszkaniec Diaspar nie rodzi się, tylko wychodzi z Sali Tworzenia – od razu wyglądając jak dwudziestolatek. Po paru tysiącach lat zaś wraca do tej samej Sali i znika, a jego osobowość zostaje zapisana w Banku Pamięci, by po kolejnych setkach, tysiącach, a może i milionach lat, delikwent ożył sobie na nowo. I tak w kółko. Z Diaspar nie ma wyjścia, ale też nikt nigdy tego wyjścia nie szuka ani nie pragnie. Ludzkość jest pozbawiona ambicji, a lęk przed tym, co mogłoby być na zewnątrz, paraliżuje ją. A jednak jest jeden człowiek, który nie dzieli z innymi tego strachu – Alvin, Odmieniec. Odmieniec, który postanawia sprawdzić, co jest na zewnątrz, dlaczego Diaspar zamknęło się na świat i dlaczego ludzkość, która – jak głoszą legendy – panowała nad ogromnym Imperium Galaktycznym, wycofała się nazad na Ziemię i zamknęła w jednym mieście.
Przede wszystkim, w ostatecznym rozrachunku czytelnik dostaje aż dwie różne drogi, którymi za miliony lat mogłaby pójść ludzkość – i takie ich starcie niezmiernie mi się spodobało. Narrator nie ocenia żadnej z cywilizacji, a właściwie delikatnie daje do zrozumienia, że żadne z tych idealnych społeczeństw tak naprawdę nie jest idealne. I bardzo ładnie to widać. Niemniej, mimo tej krytyki utopii, w powieści widać nadzieje w ogromne możliwości Człowieka. Widać marzenie o gwiezdnym Imperium, o spotykaniu obcych inteligencji, o wspólnych badaniach i nauce tak zaawansowanej, że zdolnej podporządkować sobie przestrzeń. Niektóre z pomysłów trochę się zestarzały, jak choćby Sagi – porównywane w książce do czegoś lepszego i bardziej rozwiniętego od telewizji, podczas gdy dla dzisiejszego czytelnika ze wszech miar będzie to przypominało grę komputerową.
W przeciwieństwie do Pieśni dalekiej Ziemi, choć jeden, zasadniczy element jest bardzo podobny (konfrontacja dwóch kultur), tutaj jednak ciężar położony został na coś innego: na odkrywanie tajemniczej historii ludzkości. I na pytanie, czy do porzuconej przeszłości można wrócić. Dużo w tym wszystkim melancholii, tęsknoty za tym dawnym Imperium, za jakimiś potężnymi istotami, które odwiedziły nasz kosmos, ale – z bliżej nieznanych przyczyn – opuściły go. Los polipa tkwiącego w jeziorze i czekającego przez całe tysiąclecia na proroka, jest przygnębiający i smutny. Pragnienie Vanamonda, by spotkać stwórców, którzy porzucili go dawno temu – również porusza. Bo to taki świat, który opustoszał tak dawno, że już nikt nie pamięta kiedy, tylko że Diaspar nigdy tego nie zauważyło. Mocno czuć ten niezwykły klimat.

Wspomniałam już, że Alvin – jako nośnik postaciowej bezpłciowości, charakterystycznej dla bohaterów Clarke’a – nie wzbudził moich gorętszych uczuć. Zresztą, nawet gdyby był szalenie emocjonalny, wciąż pozostałby dla mnie bezmyślnym dupkiem z przerostem ego. Ale Miasto i gwiazdy, co dość wyjątkowe, ma również ludzkiego bohatera, którego polubiłam: jest nim Khedron. Po pierwsze, jako jednostka nieco enigmatyczna i jakby nieustannie drwiąca ze wszystkiego, ten facet nie mógł nie wzbudzić mojej sympatii. Po drugie, kiedy Khedron miał swój wielki moment emocji, faktycznie był roztrzęsiony i zdruzgotany i to było po nim widać. Po trzecie wreszcie, niezwykła była dla mnie jego funkcja: Khedron był bowiem Błaznem. W kontekście całego Diaspar jest to bardzo fajny pomysł – taki wentyl, który do tej idealnej stagnacji od czasu do czasu wpuszcza nieco niewinnego chaosu, żeby całość mogła funkcjonować. W kontekście czysto ludzkim zaś – było mi okropnie żal Khedrona, który na swój sposób również był Odmieńcem. I który musiał czuć się nieco schizofrenicznie, bo z jednej strony miał burzyć ład i porządek Diaspar, z drugiej przecież sam był elementem tego ładu, jego obecność była zaprojektowana od samego powstania miasta. Wszystko to sprawia, że Błazna raczej prędko nie zapomnę.

Sam zaś pomysł czystego intelektu, jaki usiłowała stworzyć Cywilizacja Galaktyczna, jest dla mnie zwiastunem metamorfozy, jaką przejdzie w Odysei kosmicznej Bowman. W obu przypadkach bardzo wyraźnie autor pokazuje opozycję energii do materii i przewagę tej pierwszej. I możliwości, jakie daje bycie samym umysłem.

Miasto i gwiazdy to powieść bardzo wciągająca i mająca – poza głównym wątkiem – całkiem dużo interesujących drobiazgów. Choć mniej tu odmalowanych wizji wszechświata, a więcej refleksji – raz smutnej, raz wyrażającej nadzieję – całość i tak bardzo przypadła mi do gustu. Właściwie nie mogło być inaczej. 10/10.



Wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.







Alvin miał nigdy nie zapomnieć tego nieziemskiego spotkania, podczas którego Hilvar składał powoli ze strzępów historię Mistrza, proteinowy polip szukał po omacku słów, ciemne wody jeziora z pluskiem omywały ruiny Shalmirane, a trójoki robot obserwował ich swym nieruchomym wzrokiem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...