sobota, 9 lutego 2013

Granie na Fraakranie (28) - Dracula 3: The Path of the Dragon

Dracula 3 - okładka
Mam mieszane uczucia odnośnie serii „Almanach klasyki”. Z jednej strony: otworzyli mi oczy na gry Microïds, a więc na samą miodność przygodówek point & click (Syberia i Return to Mysterious Island). Dzięki tej serii odkryłam, że to właśnie jest moja nisza, a potem siłą rozpędu poszły inne tytuły – zarówno Microïds jak i innych producentów. Niemniej okropnie boli, kiedy wydane w ramach „Almanachu klasyki” gry są fatalnie spolszczone i pełne błędów, bo w jakiś sposób to zniechęca do tych tytułów.
Tak właśnie miałam z kolejną pozycją z serii, czyli grą Dracula 3: The Path of the Dragon – przy czym nazwane jest to szumnie „antologią”, ale w rzeczywistości gracz ma do czynienia z jedną grą i jedną historią, tylko poszatkowaną w trzy epizody.
Jeśli ktoś zagląda na tego bloga nieco regularniej, być może trafił na moje rozpaczliwe wołanie pomocy we wrześniu ubiegłego roku, kiedy to nadziałam się na okropnie irytującą przeszkodę w Draculi 3, czyli uparte i niewzruszone wywalanie mnie do Windowsa, kiedy tylko usiłowałam wyjść z pewnego grobu. Próbowałam w różnych trybach zgodności, na różnych komputerach, przeinstalowywałam grę pierdylion razy, by ostatecznie okazało się, że jedyną skuteczną metodą na ten problem jest… pozyskanie (tu następuje znaczące odkaszlnięcie) innej kopii gry. Dopiero niedawno ją pozyskałam, stąd też ogólnie czas od rozpoczęcia gry do jej zakończenia wynosi jakieś pół roku. No cóż.

screen z gry
Sam fakt, że po kilku miesiącach w ogóle wróciłam do Draculi 3 mimo wszystkich przeciwności losu i rzeczy martwych, właściwie mówi wszystko. Bo ja nie wracam. Generalnie jeśli zrażę się do gry, to ona ląduje na stosie tych nigdy nieukończonych, obowiązkowo z etykietką „kiedyś dokończę”, ma się rozumieć, ale i tak wiadomo, jak jest (w tym momencie uświadomiłam sobie, jak ogromna to jest sterta – lekką ręką sięga już sufitu…). Tymczasem do Draculi 3 wróciłam i dojechałam do finału. To zjawisko naprawdę niezwykłe, ale w żadnym razie nie jest to jakiś zupełnie nieuzasadniony przypadek. Bo uzasadnienie jest.

Po pierwsze więc: historia. Do Vlada Tepesa mam ogromny sentyment – częściowo przez własne pochodzenie, częściowo tak po prostu. Rumunię wraz z jej całą – zazwyczaj dość krwawą, trzeba przyznać – historią bardzo lubię, a sympatia ta sięga czasów podstawówki. Wampirami zawsze się jarałam, bądź co bądź jeden z moich pierwszych bohaterów w jednym z moich pierwszych opowiadań był wampirem. Mówię tu, ma się rozumieć, o wampirach, a nie emujących fajfusach, których sensem życia jest sparklenie i bycie loffcianym przez piszczące nastolatki. Dracula 3: The Path of the Dragon łączy wszystkie te rzeczy, a całość jest podana w cudnym sosie początku XX wieku: oto w roku 1920 egzorcysta Arno Moriani trafia do niewielkiego rumuńskiego miasteczka, Vladoviste, zniszczonego przez wojnę, posępnego i tak bardzo klimatycznego, że tam po prostu musi – absolutnie musi! – zawiązać się jakaś wampiryczno-szemrana intryga. No i się zawiązuje: duchowny ma sprawdzić kandydaturę pewnej nieboszczki do kanonizacji. Okazuje się jednak, że potencjalna święta ma jakieś mroczne sekreciki. Ich tropem zaczyna podążać ksiądz. A nie jest lekko: ksenofobiczny grabarz, tajemnicza Cyganka Luana, nieco zastraszona gospodyni, dziennikarz… – praktycznie wszyscy we Vladoviste coś ukrywają.
screen z gry (cutscenka z samym Arno Moriani)
Ta atmosfera tajemnicy i wszechobecnych spisków jest w grze bardzo gęsta i bardzo fajna. Gracz czuje, że nieszczęsny duchowny musi lawirować między ludźmi, którzy są mu w najlepszym razie nieprzychylni, a prawda, która na niego czeka, jest jeszcze gorsza. Klimat podkręca niesamowita muzyka i – od czasu do czasu – słyszalne bicie serca naszego bohatera, który, delikatnie mówiąc, nie przepada za schodzeniem do ciemnych, znajdujących się pod ziemią miejsc. A trudno szukać wampirów nie schodząc do rozmaitych krypt i grobowców, ma się rozumieć. Zresztą, nie ukrywam, że częściowo lęki Arno Morianiego są mi bardzo bliskie, więc na to jego bicie serca byłam bardzo podatna.
We Vladoviste praktycznie cały czas panuje noc. To znaczy nawet jeśli to jest dzień, to jest na tyle ciemny, że równie dobrze mógłby być nocą. Duchowny przez niemal cały czas gry będzie poruszał się w ciemnościach.

screen z gry
Obok fabuły i świetnie zrobionego klimatu grozy, gra oferuje całkiem sporo godzin rozwiązywania naprawdę fajnych łamigłówek. Jest to jedna z tych gier, gdzie – choć niektóre zagadki są okropnie trudne (no, przynajmniej dla mnie) – to jednak one wszystkie są do wykombinowania zupełnie logicznie, bez klikania na rympał gdzie popadnie, bez upierdliwego mycia małpek, karmienia upierdliwego rozbitka czy macania kursorem każdego piksela widocznego na ekranie. Ba!, jestem z siebie całkowicie dumna, bo rozkminiłam coś, co ponoć jest odwróconym ciągiem Fibonacciego, mimo że do czasu gry w Draculę 3 nie miałam pojęcia, kto zacz tak w ogóle. Jasne, rozwiązanie niektórych zagadek wymagało drobnych pomocy, ale to tylko zwiększało frajdę, jeśli wreszcie się wpadło na jakiś sensowny trop.
Zastrzeżenie mam tylko do końcówki, gdzie – nie ukrywam – poczułam pewne zmęczenie. To znaczy rzecz w tym, że po całym dniu kombinowania rozwaliłam jedną łamigłówkę, jeszcze byłam w euforii, jeszcze dumna z siebie, kiedy za kolejnymi drzwiami natknęłam się na kolejną z rodzaju tych, nad którymi muszę spędzić cały dzień. I potem znowu – zero wytchnienia. Nie wątpię, że dla większości graczy byłby to atut, bo ciągłe wyzwanie i ciągłe granie na najwyższych obrotach, mi jednak brakowało tam jakiegoś przerywnika wyłącznie dla wytchnienia. Bo pod koniec zaczęłam wpadać w straszną depresję nad własną głupotą. To znaczy może to, ma się rozumieć, oznaczać, że gra jest dla mnie po prostu za trudna – z drugiej strony, gdyby była łatwiejsza, przypuszczalnie marudziłabym, że jest zbyt łatwa, więc to chyba nie do końca o to chodzi. Ale na przykład o ile na początku Arno Moriani miał wykonywać różne dziwne zadania, a w międzyczasie rozmawiać o tych zadaniach z mieszkańcami Vladoviste, o tyle pod koniec już tylko wykonywał zadania, jedno po drugim, a zupełnie nie miał do kogo otworzyć paszczy. Trochę mi brakowało tych początkowych rozmów w miasteczku, nawet jeśli jego mieszkańcy nie byli szczególnie wylewni i najchętniej ograniczyliby kontakty z duchownym do „niech ojciec wraca do Watykanu”.

screen z gry (badania krwi)
Graficznie gra jest doprawdy śliczna. To znaczy jasne, trójwymiarowe postacie są szpetne niemożebnie, w szczególności chłopiec, Ionel, generalnie prawie wszyscy wyglądają jak ktoś, kto nazajutrz będzie zombie, niemniej tła są przepiękne. Bardzo nastrojowe i dość starannie wykonane (choć nie jest to poziom Syberii, ma się rozumieć).

Tak podsumowując: Dracula 3: The Path of the Dragon to naprawdę fajna rzecz, warta przejścia. Niesamowita atmosfera, groza polegająca na tym, czego nie widać, intryga z wmieszanymi w nią mrocznymi mocami, wreszcie sam przewijający się motyw Vlada Tepesa – wszystko to sprawia, że gracz zagłębia się w tę historię i chce poznać jej dalszy ciąg. Niby same banały, niby wyświechtane motywy związane z Draculą, ale podane w świetnym stylu. A i spolszczenie tym razem daje radę. Nie zostawia Syberiowego kaca, ale to historia, którą na pewno warto przejść – 9/10.









screen z gry (jedna z uliczek Vladoviste)
Z Królisiem rozkminiamy labirynt, którym przyszło podążać księdzu.
To znaczy ja rozkminiam - Króliś tak naprawdę wie i tylko ze mnie się śmieje.

środa, 6 lutego 2013

Fraa w czytelni (40) - "Koniec Wieczności"

Koniec Wieczności - okładka

Autor: Isaac Asimov
Tytuł: Koniec Wieczności
Tytuł oryginału: The End of Eternity
Tłumaczenie: Adam Kaska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2012
Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

(przepraszam, Owco – chciałam napisać Sama-Wiesz-O-Czym, ale jednak to za bardzo mnie wciągnęło)

Mówili, że od Asimova nie należy zaczynać przygody ze sci-fi. Mówili, że Asimov to uber hard sci-fi, z którego taki półgłówek jak ja niewiele zrozumie, a w ogóle, to jeśli ktoś nie jest fanatykiem, to na sto procent się zanudzi. Że suchy styl. Wobec takich rekomendacji wychodziłam z założenia, że w takim razie nic pilnego, Asimova tknę tak jakoś kiedyś, przy okazji, nie wiem kiedy, ale nie spieszy się, skoro i tak ma to być droga przez mękę, chyba że najpierw spędzę trzy lata na polibudzie.
A teraz się zastanawiam: czy my mówimy o tym samym Asimovie? Muszę zapamiętać, żeby nigdy więcej nie wierzyć ludziom, jeśli będą mi mówić o jakichś książkach i autorach.

Istotnie, sam pomysł w Końcu Wieczności może i jest trudny do ogarnięcia, ale wydaje mi się, że większość ludzi jest pi razy drzwi oswojona z problemem podróży w czasie i związanymi z tym paradoksami typu spotkanie samego siebie, uśmiercenie własnego dziadka i tak dalej. To są motywy, które dość często przebijają w fantastyce, nawet jeśli zazwyczaj nie są zbyt pogłębione. Przy czym żeby nie było nieporozumień: nie mówię, że Asimov oparł fabułę powieści na wyświechtanym pomyśle – nie sądzę, żeby w roku 1955 autor musiał się zmagać z tego typu zarzutami. Natomiast współczesny czytelnik jest… może nie zaznajomiony z tematem, ale właśnie: oswojony.
Oto mamy Technika Andrew Harlana, który został zwerbowany do pracy w Wieczności. Wieczność jest zaś przestrzenią poza Czasem i organizacją zarazem, gdzie tak zwani Wiecznościowcy zajmują się obserwacją i modyfikacją naszego świata – we wszystkich stuleciach począwszy od dwudziestego siódmego. No, prawie wszystkich: są tak zwane Ukryte Stulecia, do których Wiecznościowcy, nie wiedzieć czemu, nie mają dostępu, ale za bardzo się tym nie przejmują. Dokonując w poszczególnych czasach Zmian, ulepszają świat i ludzkość, eliminując coraz więcej zagrożeń, wojen i klęsk.
Wiecznościowcy, którzy spędzają życie poza Czasem, nie mogą przywiązywać się do żadnego konkretnego Stulecia, muszą zapomnieć, skąd pochodzą i z kim byli związani. Nie mogą też zawierać nowych związków – chyba że któremuś Wiecznościowcowi wyjątkowo uda się uzyskać zgodę Rady Wszech Czasów. Bo przecież związek z kimś z Czasu mógłby doprowadzić do zupełnie niepożądanej Zmiany – wszystko musi być dokładnie wyliczone.
Tymczasem Technik Harlan zakochuje się w pięknej Noÿs – będzie skłonny złamać dla niej wszystkie zasady, zagrozić swoim przełożonym (tym bardziej, że jednego z nich i tak nie lubi…), a nawet unicestwić całą Wieczność, byle tylko z nią być.

Ja właściwie nie lubię historii o miłości. Zazwyczaj mnie albo nudzą (Wertery i takie tam…), albo denerwują (Przeminęło z wiatrem to jedyna książka, którą pod sam koniec trzeciego tomu piżgłam o ścianę i nigdy nie dokończyłam, bo nie mogłam już patrzeć na Scarlett O’Harę). Tu jednak mamy romans właściwie bez romansu – bohaterowie co prawda będą ze sobą jakiś czas, ale narrator zamyka to w dwóch zdaniach. Noÿs występuje raczej w tle, jako przyczyna działań Harlana, ale bez irytującego emowania.
No właśnie: można by powiedzieć, że to powieść nie w moim stylu, bo tak prawdę mówiąc, tam prawie wcale nie ma emowania. Co nie znaczy, że nie ma emocji, bo tych czytelnik znajdzie mnóstwo. Właśnie w tym miejscu mnie zadziwiły opinie o powieści, z którymi się spotkałam – bo Koniec Wieczności nie jest ani trochę suchy ani nudny. On kipi właśnie emocjami, niezwykłą determinacją Harlana i działaniem. Bohater tkwi w ciągłym stresie i wie, że nie ma chwili do stracenia. Wpada w spiralę kolejnych, coraz cięższych przestępstw, z której w żaden sposób nie może się wycofać. W dodatku wplątuje się w wielowarstwową intrygę, dzięki czemu czytelnik co kilkanaście stron jest zaskakiwany kolejnym zwrotem. Co więcej, ewidentnie nie są to zwroty w stylu deus ex machina, tylko cała fabuła jest bardzo logicznie i konsekwentnie poprowadzona. Jeśli popatrzeć na Koniec Wieczności, można raczej stwierdzić, że to u Clarke’a bohaterowie są zazwyczaj dość… bladzi, trudni do identyfikowania się z nimi, w jakiś sposób stonowani, nawet jeśli przeżywają jakieś rozterki i miłostki. Natomiast u Asimova to postacie z krwi i kości, których losy wciągają niemal od samego początku i sprawiają, że powieść zjada się w dwa popołudnia.
Za to, w przeciwieństwie do Clarke’a, opisów w Końcu Wieczności jest jak na lekarstwo. Jakby autor nie zaprzątał sobie tym głowy – ot, niezbędne minimum, żeby pokazać czytelnikowi odmienność tego czy innego Stulecia, ale bez rozsmakowania się w tym.

I tutaj trafiam na pewną barierę: powieść bardzo mi się podobała, owszem. Ale po zamknięciu jej i odłożeniu na półkę tak naprawdę mogę z marszu łapać następną. Nie zatrzymuję się nad Końcem Wieczności, tak jak zatrzymuję się nad powieściami Clarke’a (nie, wbrew pozorom to naprawdę jest wpis o powieści Asimova, a nie pretekst do piania z zachwytu nad ulubionym autorem…). Poruszone problemy, choć ciekawe, są jednak na tyle odległe (wiem, podbój kosmosu też jest odległy, niemniej wydaje mi się to bardziej realne od podróży w czasie – może dlatego, że człowiek był na księżycu, ale nie udało mu się jeszcze cofnąć ani o minutkę), że nie potrafię się w nie tak naprawdę zaangażować i przejąć dłużej niż trwa przeczytanie książki. Wszelkie problemy natury etycznej zaś są postawione i od razu rozwiązane – autor nie zostawia czytelnika z niczym, co czytelnik mógłby jeszcze rozważać, bo wszystko jest pozamiatane przed ostatnią stroną: wiadomo, jaką postawę należy chwalić, a jaką ganić; wiadomo, po czyjej stronie była racja.

Koniec Wieczności, choć jest powieścią szalenie ciekawą i mądrą, z pełnokrwistymi bohaterami, przemyślaną intrygą i trafnymi spostrzeżeniami, nie zostawia kaca. Cóż, może to i lepiej – nie można przecież aż tak przeżywać każdej przeczytanej książki. Niemniej przeczytać zdecydowanie warto, jak nie dla całej historii Technika Harlana, Kalkulatora Twissella i Noÿs, jeśli nie dla świetnie przedstawionej problematyki podróży w czasie, to przynajmniej dla końcówki, która tak pięknie zazębia się z naszym światem, że nie sposób się nie uśmiechnąć. U mnie ta powieść ląduje wśród bardzo dobrych, 8/10 (coś częsta ocena ostatnio…).




A ten wpis powstał w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane




Harlan przebywał kilka tygodni w 575 Stuleciu, nim poznał Brinsleya Sheridana Coopera. Miał czas przyzwyczaić się do nowego mieszkania i antyseptyki szkła i porcelany. Nauczył się nosić znaczek Technika, nie kurcząc się przy tym zbytnio i nie stając w ten sposób, by znaczek był zwrócony do ściany albo zasłonięty jakimś przedmiotem.
Inni bowiem uśmiechali się pogardliwie, kiedy to robił, i zaczynali odnosić się do niego z rezerwą, jakby podejrzewali próbę zdobycia ich przyjaźni pod fałszywymi pretekstami.
Starszy Kalkulator Twissell codziennie przedstawiał mu swe problemy. Harlan studiował je, pisał analizy, które przepisywano po cztery razy, i ostatnią wersję oddawał, też jeszcze nie bez oporów.
Twissell chwalił je, kiwał głową, powtarzał:
– Dobre. Dobre.
Potem rzucał szybkie spojrzenie swych starych niebieskich oczu na Harlana, a jego uśmiech przygasał nieco, gdy mówił:
– Sprawdzę tę prognozę na komputaplexie.

wtorek, 5 lutego 2013

Fraa w czytelni (39) - "Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?"


Blade runner - okładka

Autor: Philip K. Dick 
Tytuł: Blade runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach? 
Tytuł oryginału: Do Androids Dream of Electric Sheep? 
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski 
Miejsce i rok wydania: Poznań 2011 
Wydawca: Rebis

Sama do końca nie wiem, czemu tak długo zwlekałam z przeczytaniem jednej z najsłynniejszych powieści Dicka i najsłynniejszych powieści sci-fi w ogóle. Głównie chyba dlatego, że po obejrzeniu filmu nie bardzo wiedziałam, czy ma sens czytanie. Dopiero dużo później dotarło do mnie, że Ridley Scott zaczerpnął z książki chyba tylko nazwiska bohaterów i ogólny zarys problematyki, a całość jest diametralnie różna od oryginału. I dopiero uświadomiwszy sobie to tak do końca, sięgnęłam po powieść.
I nie ukrywam, że mam z nią pewien kłopot. Nie wynika on tylko z tego, że czytając o Deckardzie miałam przed oczami Harrisona Forda, a przez większość książki czekałam na Rutgera Hauera. Choć nie powiem, tak właśnie było. Ale o bohaterach wspomnę później.

Powieść Philipa K. Dicka, która stała się pierwowzorem Blade Runnera, jest przede wszystkim fatalnie niefilmowa. Nie wyobrażam sobie nawet, jak można by nakręcić jej wierną adaptację. To znaczy na pewno by się dało, ale to by była produkcja okropnie nudna. Bo… no tak, Czy androidy… byłoby powieścią niesamowicie nudną, gdyby tylko nie to, że jest taka ciekawa.
Nie mam pewności, czy ta nuda wynika z polskiego przekładu czy też taki właśnie jest styl Dicka (to jest moment, w którym Fryy się przyznają, że to jest chyba pierwsza powieść tego autora, z jaką miały do czynienia), ale podczas lektury miałam nieustannie wrażenie pewnej senności, jakbym po prostu obserwowała kolejne sekwencje zupełnie mechanicznie wykonywanych ruchów, ale bez żadnych emocji – choć przecież o emocjach mówi się w książce bardzo dużo. Akcja toczy się z jednej strony szybko, bo czytelnik śledzi polowanie na kolejnych sześć androidów, z drugiej strony jednak całość zamyka się raptem w jednej dobie, od pobudki do zaśnięcia łowcy, Ricka Deckarda, a to nie jest przesadnie duży przedział czasowy jak na 270 stron. Za to jest to doba opisana bardzo dokładnie, krok po kroku. Czynności przeplatane nienaturalnie poważnymi rozmowami o istocie człowieczeństwa i życia, o empatii, religii czy wreszcie o marzeniach androidów. W najbardziej emocjonujących momentach miałam wrażenie, że te rozmowy są prowadzone z chłodnym spokojem, nawet jeśli tu i ówdzie zdania były pourywane – a były, co jednak nie zwiększało napięcia, a wręcz przeciwnie. I ładnie się komponowało z konstrukcją świata.
Świat był dla mnie jednym z ciekawszych elementów powieści: w przeciwieństwie do filmu, gdzie mamy tętniące życiem miasto i cywilizację przyszłości w rozkwicie, w książce czytelnik spotka się z czystą, piękną postapokalipsą. To świat po wojnie, powoli i nieubłaganie umierający, spowity coraz grubszą warstwą promieniotwórczego pyłu. Senny i mechaniczny, rozpadający się. W opuszczonych budynkach wszystko ogarnia rozkład i chłam. Nie ma przed tym ucieczki. Nie widać już gwiazd, nie ma zieleni, wszystko jest wyschnięte i – nade wszystko – puste. I język też jest suchy, bez rozdmuchanych opisów. Oczywiście, są większe skupiska ludzi, ale poza nimi rozciąga się pustynia. To zresztą dlatego kwestia empatii jest tak istotna: w tym świecie każde życie jest na wagę złota, trzeba o nie dbać, nie wolno krzywdzić niczego, co żywe. Posiadanie zwierzęcia jest kosztowne, ale jego nieposiadanie to z kolei powód do wstydu, coś w złym guście – toteż jeśli kogoś nie stać na prawdziwego pupila, kupuje sobie tańsze sztuczne substytuty. Ale empatia nie jest w tym świecie jedynie zrozumiałą powinnością – jest wręcz świętością. Centralnym elementem całej religii zwanej merceryzmem. I tym, co odróżnia ludzi od androidów. Bo one, niezależnie od tego, jak bardzo są podobne do żywego człowieka, nie są zdolne do odczuwania empatii. 

Skoro o ludziach i androidach mowa, czas przejść do bohaterów: bardzo bym chciała przy tej okazji napisać coś mądrego o Ricku Deckardzie, ale niestety tego nie zrobię. Abstrahując od tego, że widziałam go jako Forda, moje uczucia wobec niego były prawdę mówiąc dokładnie takie jak w filmie: czyli był mi, delikatnie rzecz ujmując, zupełnie obojętny. Szczerze mi wisiało, czy przeżyje czy nie, czy uda mu się zabić wszystkie androidy, czy kupi konia i czy będzie żył długo i szczęśliwie z kobietą, którą kocha. Traktowałam go raczej jako ruchomą kamerę, tylko taką nieco irytująca kamerę, bo w przeciwieństwie do niemal „przezroczystych” bohaterów u Wellsa, Deckard jeszcze nieustannie angstował, czego w końcu miałam dość, mimo że naprawdę jestem tolerancyjna na te rzeczy.
Zupełnie inaczej rzecz się miała z pozostałymi bohaterami. Nie ukrywam, że moim ulubieńcem pozostaje J.R. Isidore, specjal pracujący w serwisie sztucznych zwierząt jako kierowca. Bo choć to „kurzy móżdżek”, to jednak sprawiał wrażenie najbardziej normalnego ze wszystkich osób, które przewinęły się w powieści. Był bardzo empatyczny. Na tyle empatyczny, że było mu obojętne, czy ktoś jest specjalem, androidem czy jeszcze kimś. Jeśli miał przed sobą zdenerwowaną kobietę, sam też zaczynał się denerwować. I było rozczulające, kiedy usiłował pomóc, pocieszyć, choć tak naprawdę zupełnie nie ogarniał problemów, z którymi przyszło mu się zetknąć. To fakt, Isidore był nieco pierdołowaty, jąkał się i myślał ździebko wolniej niż inni – ale był po prostu przyzwoity. Nie gardził innymi tylko z tego powodu, że pragną czegoś, co jest dla nich nieosiągalne.
No właśnie – wreszcie muszę przejść do tego, na kogo czekałam przecież z takim zniecierpliwieniem: Roy Baty. Po pierwsze: rozczarował mnie. Nie był Rutgerem Hauerem. Zapewne moja sympatia do bohatera w powieści w większości wynikała z jego przedstawienia w adaptacji filmowej. No i trudno. Należy tylko liczyć się z tym, że książkowy Roy to ktoś zupełnie inny. Ale nie bez powodu napisałam, że sympatia „w większości” wynika z filmu. Bo i w książce tak troszkę, troszeczkę polubiłam Baty’ego. Baty’ego, któremu marzyło się, żeby też dostąpić empatii. Który tak naprawdę miał cztery lata funkcjonowania i chciał spędzić ten czas bez nadzoru (jakiemu musiał podlegać w kolonii na Marsie), po prostu żyjąc. Jakoś tam. Na swój sztuczny sposób.
Nie on jeden zresztą miał takie pragnienia. W powieści fajne jest to, że czytelnik dostaje pewną galerię androidów, z których każdy jest przekonujący i każdy inny. Kiedy poznajemy na przykład Lubę Luft, można zacząć się zastanawiać, na co to wszystko: przecież androidka chciała tylko śpiewać niemieckie opery. Całe to umiłowanie życia staje się trochę przerażające. Z drugiej strony, trudno nie rozumieć obaw żywych, tych „prawdziwych” ludzi: obaw, że jeśli wszystko dalej będzie szło w tym kierunku, zostaną całkowicie podmienieni. Nie będzie żadnego rozróżnienia między prawdą a kłamstwem. Człowiek, który ma naturalny instynkt przetrwania, nie może się zgodzić na coś takiego.

To zdecydowanie nie jest powieść do przeczytania, zachłyśnięcia się bądź nie i zapomnienia. Czytelnikowi zostają zasygnalizowane i pogłębione pewne problemy, postawione pytania, na które trzeba już samemu sobie odpowiedzieć – jeśli, oczywiście, ktoś potrafi to zrobić. Ja na przykład nie potrafię. Za to cała ta wizja Dicka nieco mnie przygnębiła. Ale powieść i tak uważam za bardzo dobrą, 8/10.




Wpis w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane. 




Rick podszedł do swojej owcy i pochylił się nad nią. Grzebał w gęstej białej wełnie – przynajmniej runo było prawdziwe – aż wreszcie znalazł to, czego szukał: ukryty mały pulpit sterowniczy. Czując na sobie wzrok Barboura, otworzył pokrywę pulpitu, odsłaniając wnętrze.
– Widzisz? – rzekł do sąsiada. – Teraz rozumiesz, dlaczego tak bardzo chcę mieć twojego źrebaka?
– Biedaku – Barbour odezwał się po krótkiej przerwie. – Czy zawsze tak było?
– Nie – odparł Rick, zamykając pokrywę. Wyprostował się, odwrócił i spojrzał sąsiadowi prosto w oczy. – Początkowo miałem prawdziwą owcę. Dał nam ją mój teść, tuż przed tym, jak wyemigrował. A później, mniej więcej rok temu, pamiętasz, kiedy wziąłem ją do weterynarza – byłeś tu tego ranka. Przyszedłem i zobaczyłem, że leży na boku i nie może się podnieść.
– Postawiłeś ją na nogi – przypomniał sobie Barbour i skinął głową. – Tak, udało ci się ją podnieść, ale chodziła tylko minutę albo dwie i znowu upadła.

poniedziałek, 4 lutego 2013

ZaFraapowana filmami (77) - "Django Unchained"


Django Unchained - plakat
Django od dawien dawna wisi na mojej prywatnej liście spaghetti westernów do obejrzenia. Ma się rozumieć – ten włoski Django, z 1966 roku (zawsze mnie intrygował ten motyw gościa wlokącego ze sobą trumnę). Niemniej kiedy po Internecie pomknęła wieść, że Tarantino bierze się za western pod takim samym tytułem, film ten momentalnie również wylądował na liście must-see. I, jak to bywa, Django Unchained mam już za sobą, a dzieło Corbucciego wciąż czeka na swój czas.

Nie wierzę, że ocalał ktoś z dostępem do Internetu, kto nie zna w zarysie fabuły najnowszego filmu Quentina Tarantino, ale dla przyzwoitości i tak wspomnę: łowca nagród, doktor King Schultz (Christoph Waltz), ekhm… wykupuje niejakiego Django (Jamie Foxx), by ten wskazał mu trzech bandytów, których łowca poszukuje. W międzyczasie dowiaduje się od Murzyna, że ten jest żonaty i, jeśli tylko nadarzy się okazja, ruszy odnaleźć swoją Broomhildę (Kerry Washington) – jak się okaże, własność niejakiego Calvina Candie (Leonardo DiCaprio), właściciela Candylandu. Mamy więc dwójkę nieprzystosowanych do życia w przedsecesyjnym Teksasie wspólników, sporo strzelania i ratowanie damy w opałach.
Muszę tu też zaznaczyć, że miałam ogromne obawy co do tego filmu. Bo ja mam po prostu dość duży kłopot z Tarantino. Kiedyś myślałam, że lubię jego filmy. No tak, tylko że wtedy miałam za sobą te nie późniejsze niż z lat dziewięćdziesiątych. Potem pojawił się Kill Bill i zaczęłam płakać. Nic na to nie poradzę, że dramatycznie mi się to dzieło nie podobało. Mniej-więcej tak bardzo jak Death Proof. Potem co prawda były całkiem zacne Bękarty wojny, ale wciąż byłam sceptycznie nastawiona.
A potem spotkało mnie jedno z milszych filmowych rozczarowań ever. Bo Django Unchained to naprawdę świetna rzecz.

kadr z filmu Django Unchained
(od lewej: dr Schultz, Django)
Pierwszą zaletą jest muzyka: częściowo są to znane i lubiane (no, przynajmniej przeze mnie lubiane) utwory Ennio Morricone. Choć reżyser wcale do tego nie dążył, swoje kawałki nadesłali mu też słynni wykonawcy muzyki R&B i hiphopu, przy czym wierzę tutaj na słowo wszelakim czytanym newsom, jako że mi akurat ich nazwiska kompletnie nic nie mówią, bo są to gatunki dalekie od moich upodobań muzycznych. Niemniej – co przyznaję z pewnym zaskoczeniem – utwory te świetnie mi w filmie pasowały. W ogóle muzyka w Django Unchained doskonale podkreślała klimat.

Niezaprzeczalnym atutem filmu są bohaterowie. Obiły mi się o oczy i uszy jakieś takie opinie, że choć Foxx i DiCaprio byli doskonali, to generalnie Waltz ukradł show i dał czadu tak bardzo, że cała reszta przy tym zbladła.
Nie wierzyłam, bo DiCaprio raczej nie daje się przyćmić, a jeśli już, to należy to do rzadkości.
Ale na bogów: nie pozostaje mi nic innego, jak potwierdzić te plotki.
Mam wrażenie, że doktor Schultz to rola napisana specjalnie pod Waltza. Niemiecki dentysta – łowca nagród był bezkonkurencyjny. Sam fakt wrzucenia do głębokiego Teksasu wykształconego, błyskotliwego Niemca miał potencjał, a Waltz ten potencjał w pełni wykorzystał. Dr King Schultz nie da się nie lubić – jest sympatyczny w ten sam dziwaczny sposób co Hans Landa (to, swoją drogą, całkiem ciekawe, że facet gra w filmach od 1979 roku, a dopiero parę lat temu ludzie zaczęli się nim jarać – kiedy pokazał im go Tarantino). To tak naprawdę paskudny, śmiertelnie niebezpieczny, bezwzględny typ. Ale jednocześnie typ wierny swojemu prywatnemu systemowi wartości. I w zupełnie rozczulający sposób patriota (chodzi mi tu głównie o przywiązanie do niemieckich legend i co z tego wynika). Ta fantastyczna postać ucieszyła mnie tym bardziej, że po Trzech Muszkieterach zastanawiałam się, czy aby się Waltz nie popsuł. Teraz już wiem, że zdecydowanie nie.
Na jego tle rzeczywiście bledziutko wypadł tytułowy Django – tym bardziej, że ja w ogóle miałam pewien kłopot z „kupieniem” tej postaci. To znaczy c’mon: czarny niewolnik, który natychmiast po zdjęciu łańcuchów ma obcykane strzelanie wszystkimi rodzajami broni (błyskawicznie i celnie, ma się rozumieć), a w wolnych chwilach zajmuje się woltyżerką? W jednej chwili nie wie, co znaczy „positive”, a w następnej poucza innych w temacie niemego „D”? Ale, wbrew pozorom, wcale mi to nie przeszkadzało zbyt długo. Człowiek bardzo szybko uświadamia sobie, że przecież na to nie można patrzeć w ten sposób. To nie jest realistyczna opowieść z wiarygodnymi bohaterami, tylko coś na kształt mitu. A bohater legendy pewne rzeczy po prostu potrafi i już, nie należy pytać, gdzie się tego nauczył.
Dodatkowo wzbudza mój uśmiech smaczek w postaci obecności w filmie Franco Nero, czyli oryginalnego Django z 1966 roku. Niby nic, ale cieszy, jak się człowiek dowiaduje takich rzeczy.

kadr z filmu Django Unchained
(jak wyżej, ale na odwrót)
Tym, za co należą się ukłony dla Tarantino, jest jego nieskrępowane uwielbienie dla epickich ujęć i pojedynczych, doskonałych scen, które tak naprawdę jedyne co robią, to podkreślają zajebistość bohaterów, ale za to robią to prześwietnie. Są to nie tylko klasyczne ujęcia, w których bohater nie ogląda się na eksplozje, ale też mnóstwo innych – tak naprawdę równie wyświechtanych – momentów, zerknięć, wjazdów na teren posiadłości i tak dalej, a wszystkie one po prostu spektakularnie wyglądają. W innym filmie może trącałyby banałem, ale w Django ja mogłam wykrzesać z siebie jedynie taką refleksję, że gdyby Sergio Leone miał dzisiejsze możliwości techniczne i finansowe, jego westerny mogłyby wyglądać właśnie w ten sposób.
Och, no bo dla mnie przecież był jeszcze jeden, może nawet najważniejszy element, dla którego Django Unchained tak mi przypadł do gustu: to western. W mocno nowoczesnym wydaniu, ale przecież napakowany wszystkim tym, co charakterystyczne dla gatunku: a więc są rewolwerowcy, łowcy głów, szeryfowie, damy w opresji, problem niewolnictwa i rasizmu, a wreszcie galopowanie po teksańskich bezdrożach. I absolutne zignorowanie jakiejkolwiek "prawdziwej historii".

Jak dla mnie, Tarantino wydobył z westernu to co najfajniejsze, dodał temu mnóstwo widowiskowości, trochę wybuchów i doskonałą obsadę – właściwie nie było szansy, żeby Django Unchained mi się nie spodobał. 9/10.


 


 
– Actually, I was thinking of that poor devil you fed to the dogs today, D'Artagnan. And I was wondering what Dumas would make of all this.
– Come again?
– Alexander Dumas. He wrote "The Three Musketeers." I figured you must be an admirer. You named your slave after his novel's lead character. If Alexander Dumas had been there today, I wonder what he would have made of it?
– You doubt he'd approve?
– Yes. His approval would be a dubious proposition at best.
– Soft hearted Frenchy?
– Alexander Dumas is black.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...