sobota, 2 lutego 2013

Fraa w czytelni (38) - "W północ się odzieję"

W północ się odzieję - okładka

Autor: Terry Pratchett
Tytuł: W północ się odzieję
Tytuł oryginału: I Shall Wear Midnight
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011
Wydawca: Prószyński Media Sp. z o.o.

Zewsząd słyszę ostatnio, że powieści Terry’ego Pratchetta są coraz gorsze. Sama jakoś nie miałam okazji się przekonać, bo przyznam, że tych nowszych jakoś jeszcze nie przeczytałam, choć stoją dziarsko na półce. Po W północ się odzieję, które stanowi tutaj chlubny wyjątek, sięgnęłam tak naprawdę tylko dlatego, że miało Ciut Ludzi na okładce. A ze wszystkich serii Pratchetta ja właśnie tę o nich najbardziej lubię. Jakkolwiek wiem, że tak naprawdę tam pewnie główną bohaterką jest Tiffany Obolała, ale to nie ona mnie tam jara. Nie rozumiem, jak można nie wielbić kilkucalowych, niebieskich Szkotów, którzy sieją chaos i zniszczenie wszędzie, gdzie się pojawią. I mają absolutnie rozbrajający system moralny.
W północ się odzieję to kolejna część serii po Wolnych Ciut Ludziach, Kapeluszu pełnym nieba i Zimistrzu. Na szczęście polski wydawca nie skorzystał przy tym tytule z usług pani Malinowskiej-Grupińskiej, toteż powieść została przetłumaczona przez Piotra Cholewę. I to jest pierwszy argument przemawiający za tym, że można czytać bezpiecznie (co mi przypomina, że muszę nabyć poprzednie części cyklu w normalnym przekładzie wreszcie…).

Tiffany Obolała ma szesnaście lat. Nawalony jak szpadel pan Petty tłucze córkę i doprowadza do śmierci jej dziecka, krążą plotki o różnych „zajściach”, ludzie zaczynają patrzeć krzywym okiem na czarownice, a za Tiffany wlecze się niemożebnie cuchnący człowiek bez oczu – i kiedy wydaje się, że gorzej być nie może… no cóż, okazuje się, że będzie jeszcze gorzej. A ze wszystkim szesnastolatka przecież musi uporać się zupełnie sama, w przeciwnym razie okryje się wstydem przed innymi czarownicami. A one będą dla niej… łagodne.
Cóż mogę powiedzieć? W istocie, powieść jest nieco słabsza od wcześniejszych. Nie jest tak lekka, człowiek tyle nie rechocze – choć nie powiem, zdarza mu się. Po prostu rzadziej. Tematyka wypadła szalenie poważna i jest w mocno poważny sposób podana. Trochę mi się to gryzło z tym, czego się spodziewałam. Z drugiej strony, po tych wszystkich narzekaniach czytelników Pratchetta, bałam się, że to będzie jakaś prawdziwa rzeźnia, że się niemożebnie zmęczę. Tymczasem wcale tak nie było. Książka mnie wciągnęła i tak naprawdę przeczytało mi się ją bardzo gładko. Nawet jeśli pewne nauki były podane – jak na mój gust – zbyt wprost. I nawet jeśli autor momentami trochę się powtarza, międląc ciągle to, co zostało już powiedziane na początku powieści. Historia wciąż jest wciągająca.
A Ciut Ludzie wciąż doskonali. A nawet trochę bardziej, bo oto czytelnik miał okazję poznać ich od nieco poważniejszej strony. Mógł zobaczyć Roba Rozbója, kiedy ludzie zagrozili jego domowi i jego rodzinie. I ten akurat motyw szalenie mi się spodobał. Na moment odarł Nac Mac Feeglów z tej ich… czy ja wiem? Slapstickowatości.
Najsłabszym elementem powieści tak naprawdę jest sama Tiffany. We wcześniejszych częściach cyklu całkiem nieźle się broniła: była małą dziewczynką, której głównym atutem był fakt, że nie zachowuje się jak mała dziewczynka. Była nienaturalnie inteligentna i zdeterminowana, przez tę swoją inność interesująca. Tutaj Tiffany Obolała dorasta. I ten fakt, że wciąż jest inteligentna, przestaje być taki interesujący, bo teraz to już tylko niebezpiecznie skręcająca w stronę marysuizmu dziewucha. Ale! Żeby nie było, że tylko na nią narzekam, podobał mi się związany z nią wątek romansowy. Bo dla mnie najlepszy wątek romansowy to taki, którego nie ma – szczególnie, jeśli kończy się dokładnie tak, jak tego chciałam.
Wyraźnie trzeba zaznaczyć, że tej powieści zupełnie nie warto czytać, jeśli nie miało się do czynienia z wcześniejszymi: i to zarówno z tymi z cyklu o Tiffany Obolałej, jak i z innymi, na przykład o Straży Miejskiej. Pojawiają się bezpośrednie nawiązania do wcześniejszych wydarzeń z życia młodej czarownicy, pojawiają się też dobrze znani bohaterowie z innych serii, tacy jak Marchewa i Angua. Bo że czytelnik będzie miał do czynienia również z babcią Weatherwax czy nianią Ogg nie wymaga chyba dopowiadania. Wszyscy oni są opisani szczątkowo lub wcale, więc czytelnik sporo by stracił, gdyby nie znał tych postaci z wcześniejszych powieści.

Zastanawiam się teraz, w jakim stopniu podobało mi się W północ się odzieję. I sama nie wiem: mogłoby być lepsze. Mogłoby być zabawniejsze, z mniej dopakowaną Tiffany, bez łopatologicznego wyjaśniania, że alkohol jest zły, a ocenianie ludzi po wyglądzie niewiele lepsze. Jakkolwiek u Pratchetta zazwyczaj są poruszane poważne tematy, zwykle jednak one były przemycane dyskretniej. Nie zmienia to faktu, że książkę wciągnęłam dość sprawnie, Nac Mac Feegle wypadli – jak zwykle – doskonale, pojawił się szereg moich ulubionych bohaterów i tak właściwie, to przecież i tak wiadomo, że jak ktoś pisanie Pratchetta lubi, to łyknie i to – a jak nie, to za skarby świata nie sięgnie. Byleby od tej powieści nie zaczynać. 7/10, dobra rzecz, którą z przyjemnością można przeczytać w pociągu.












– Rolandzie, ona coś knuje! – ostrzegła księżna. – Pilnuj się. – Machnęła ręką na gwardzistów. – A wy też powinniście się pilnować, skoro już tu wszystkiego pilnujecie.

Gwardziści, mający pewne kłopoty z koncepcją, że powinni teraz pilnować pilniej niż do tej pory, skoro ze zdenerwowania i tak już pilnowali wszystkiego pilniej niż kiedykolwiek, starali się wyglądać na trochę wyższych.

piątek, 1 lutego 2013

Przy kawie (13) - Styczniowy Karnawał Blogowy



(źródło)

Styczeń za nami. Miesiąc blogowo dla mnie dość szczególny z trzech powodów: 

1. Narzuciłam sobie noworoczną comiesięczną blogową normę – i udało mi się ją wyrobić, co odczytuję jako dobry omen na ten rok, o. 
2. Z radością odkryłam, że blog, o którym myślałam, że zdechł dwa lata temu, niedawno odżył – takie coś zawsze cieszy, jeśli się danego bloga chętnie czytywało. 
3. Z pewnym żalem dowiedziałam się z kolei o wycofaniu się z blogosfery Cedro, który prowadził jednego z najfajniejszych blogów, jakie zdarzyło mi się śledzić.
Ponadto, ma się rozumieć, miesiąc upłynął pod znakiem recenzji Hobbita, co mnie wcale nie dziwi, bo przecież sama czekałam na ten film jak głupia. Postanowiłam jednak ani jednej z tych recenzji nie zamieszczać w Karnawale, choć nie przeczę, że ich poziom jest bardzo zróżnicowany i niektóre bardzo zasługiwałyby na polecenie. Ale nie. Bo nie. Bo sama jeszcze pewnie będę o Hobbicie pisać (no co no? Jeden raz mi nie wystarczył, wolno mi!), więc pewnie tam nieco podlinkuję.
A teraz już przejdźmy do rzeczy:

Rusty – O wilkołactwie, bo człowieka ciągnie do lasu – wilkołaki, tak jak wampiry, bogowie, demony i reszta ludowo-mitycznego tałatajstwa mnie po prostu jara. W tym tekście może nie mamy opracowania na miarę tego popełnionego przez Petoię (czy jak tam się odmienia to nazwisko…), niemniej jest ciekawe.

Ninedin – Kanon, czyli problem – bo sama mam bardzo mieszane uczucia odnośnie fanfikcji, toteż wpisy temu poświęcone na Legendum est uważam za szczególnie ciekawe. Tym bardziej, że za przykład posłużył tu Achilles i w ogóle mity, a ten… wspominałam, że mity mnie jarają? Szczególnie greckie. W ogóle fajne podejście do tematu, no.

Cedro – EXIT – cóż, abstrahując od tego, czy z pożegnalnymi spostrzeżeniami Cedro się zgadzam czy nie, jego ostatni wpis jest dość interesującą konkluzją na temat blogosfery – czym mogłaby być i czym jest. I choć obawiam się, że jestem bezrefleksyjną, sympatyczną konsumentką najgorszego sortu, wciąż myślę, że warto to przeczytać.

czwartek, 31 stycznia 2013

Granie na Fraakranie (27) - Broken Sword: The Shadow of the Templars


(źródło)

Bez wstępów, bo i nie ma nic do wstępowania. Ot, tanio na Steamie, więc jest gra. Nawet kilka, ale zaprzyjaźniłam się dopiero z pierwszą częścią. Wrażenia?
Cóż.

Broken Sword: The Shadow of the Templars stworzyło Revolution Software w 1996 roku. Jest to przygodówka typu point and click (bah, czy ja grywam w coś innego?) i… cóż, i zdecydowanie nie jest to Syberia (btw., trzecia część Syberii się robi – jaram się niemożebnie). W grze poznajemy studenta prawa z USA, George’a Stobbarta, oraz francuską dziennikarkę, Nicole Collard. To ich działaniami gracz będzie sterował, rozwiązując tajemniczą sprawę morderstwa, bomby w kawiarni i klauna, za którym pościg zawiedzie dwójkę bohaterów w zupełnie egzotyczne miejsca.
I tutaj pierwsza uwaga: właśnie ci bohaterowie. Może jestem nietolerancyjna, może coś innego, ale Nicole przez większość czasu, kiedy miałam z nią do czynienia, wyłącznie mnie irytowała. Może i miewała lepsze momenty, ale raczej nieliczne. Trochę lepiej na jej tle wypadł George, choć obawiam się, że jego największą zaletą było to, jak Francuzi wymawiali jego imię (czyli takie urokliwe „żorżi”). Choć tu muszę stwierdzić, że nie był nawet w połowie tak fajny jak pan z Lost Horizon czy Adam Venture, przed którym niebezpieczeństwo czmycha gdzie pieprz rośnie. George był… przeciętny, tak po prostu. Tu i ówdzie rzucił jakimś dowcipem i to wszystko. No dobrze: rozbroiło mnie, jakie zastosowanie znalazł dla łańcuszka ze spłuczki.

screen z gry Broken Sword
Skoro bohaterowie nie trzymają gracza przy komputerze, to może fabuła?
Owszem, z fabułą jest dużo lepiej. To znaczy trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: historia z Broken Sword wciąga. I to praktycznie od razu – jest jakaś intryga, tajemnicze zabójstwo, dziwne telefony i spotkania przerwane przez wybuch bomby. W dodatku wszystko wskazuje na to, że w całą sprawę jest wmieszana bliska rodzina panny Collard. Paryskie szemrane zaułki, kanały, muzea i kawiarenki tylko podkręcają ten klimat i wszystko zapowiada się naprawdę miodnie. A potem ktoś postanowił wmieszać w to Templariuszy.
Nie ukrywam, że im mniej było tego owianego tajemnicą kryminału, a im więcej średniowiecznych bogactw, mocy i artefaktów, tym mniej ciekawie to wszystko się prezentowało. Może motyw Templariuszy jest już zbyt wyeksploatowany, a może po prostu za stara jestem na tego typu brednie podane, zdaje się, na serio (łykam je za to bez problemu w produktach takich jak Bibliotekarz). Faktem jest, że końcówka była mocno rozczarowująca. Nim jednak do niej doszło, fabuła mnie wciągnęła i dzielnie trzymała. Bohaterowie (na szczęście to tak naprawdę oznacza George’a, bo Nicole przede wszystkim siedziała w mieszkaniu i nic nie robiła…) zwiedzili parę fajnych miejsc, nierzadko mocno oddalonych od Paryża, a wszędzie było całkiem sporo zagadek do rozwiązania. I to całkiem sensownych zagadek, muszę przyznać. W przeciwieństwie do – przykładowo – drugiej odsłony Return to Mysterious Island, Broken Sword polegał rzeczywiście na kombinowaniu, a nie tępym klikaniu gdzie popadnie, bo muszę pizdyliard razy odegrać melodyjkę i umyć tę słodką małpkę, która inaczej przecież nie wlezie na ramię tej durnej-
screen z gry Broken Sword
(krowojednorożec, którego dosiada Śmierć, jest epicki)
Ekhm. No. W każdym razie Jeśli chodzi o łamigłówki, to Broken Sword prezentuje się zacnie. Pewnym, jak dla mnie w sumie niepotrzebnym, uproszczeniem jest zaznaczenie niebieskimi kółkami wszystkich „klikalnych” miejsc, ale to tak naprawdę dużo nie zmienia. A może i rzeczywiście człowiek unikał w ten sposób niepotrzebnego jeżdżenia kursorem po całym ekranie (jak, nie przymierzając, w drugiej części Syberii, w jaskini Jukoli, gdzie jak się nie wcelowało przypadkiem w jeden z sopli, to umarł w butach…), koncentrując się nie na tym, by coś zobaczyć, ale na tym, jak użyć tego, co widzi.
Ale ja tutaj mam inny kłopot: jak wspomniałam, fabuła mnie wciągnęła, a zagadki były fajne. Jednak coś najwyraźniej było nie tak. Chodzi o to, że w Syberii, kiedy zacinałam się na jakiejś łamigłówce, siedziałam nad nią wiele godzin, przerywałam grę, wracałam następnego dnia i męczyłam dotąd, aż rozwiązałam. Tymczasem w Broken Sword zwyczajnie mi się nie chciało tak męczyć. W związku z tym, choć może nie powinnam się do tego przyznawać, korzystałam parę razy z podpowiedzi. I, co gorsza, wcale tego nie żałuję. Znaczy to dla mnie tylko tyle, że mimo wszystkich zalet gry, jednak słabiej się w nią zaangażowałam.
Nie wykluczam, że częściowo wynika to kwestii estetycznych. Syberia była – i jest nadal! – śliczna. Najzupełniej piękna. Broken Sword, choć też ręcznie malowany, utrzymany w fajnej, rysunkowej konwencji, którą lubię, mimo wszystko graficznie mocno kuleje. Jasne, to gra z 1996 roku, u licha, więc czegóż tu oczekiwać? Niemniej pikseloza momentami dawała się we znaki i nawet mnie to troszkę drażniło, mimo że przecież w tym zakresie jestem naprawdę tolerancyjna i bardzo daleko mi do jarania się perspektywą gier wykonanych w technologii Unlimited Detail. Ale irytowało mnie na przykład, że kiedy podczas rozmów pojawiały się na ekranie portrety uczestników dialogu, nie było na nich pokazanego ruchu warg. Niby nic, ale wyczuwało się przez to pewną sztuczność.
screen z gry Broken Sword (jedna z łamigłówek)
Inną rzeczą, która mi przeszkadzała, było udźwiękowienie. Nie mam pojęcia, z czego to wynikło, ale muzyka – jakkolwiek ładna – dramatycznie pływała, raz była ledwie słyszalna, innym zaś razem ryczała bardzo skutecznie zagłuszając wypowiedź bohatera. Niby nic, ale czasami to były dość istotne dla rozgrywki wypowiedzi – całe szczęście, że gracz mógł włączyć sobie napisy. Oprócz wahnięć muzyki, wahały się również same głosy: raz były czyste i wyraźne, innym znów razem miałam wrażenie, że bohater przemawia z dna studni umiejscowionej na zatłoczonym peronie metra. Ewidentnie coś w Broken Sword kulało z dźwiękami. Choć akcenty były urokliwe, w szczególności francuski i irlandzki.

Właściwie trudno mi się ustosunkować do tej gry. Z jednej strony ma naprawdę fajny klimacik i ciekawą intrygę, w dodatku interesujące łamigłówki. Z drugiej, intryga pod koniec robi się coraz głupsza, a mankamenty natury technicznej nieco drażnią. Ponadto bohaterowie są właściwie w porządku, ale szału nie ma – ani szczególnie złośliwi, ani dowcipni, ani w jakiś inny sposób wyraziści. Tu sytuację ratują postacie poboczne, które wzbudzają zazwyczaj dużo większą sympatię (w szczególności starsze panie). To taka gra, którą można przejść, bah!, człowiek się dobrze bawi, nawet zamierza sięgnąć po kolejne części serii – jednak kiedy już wciągnie całość, raczej nie będzie miał szczególnego parcia, by do tego wracać. Przynajmniej ja nie będę miała. 6/10, taki właściwie średniaczek, choć na tyle przyjemny, że spokojnie można się o nim wyrazić jakoś pozytywniej.






- What good is a Picasso, I ask you, if you cannot bounce it off a wall? 
[mały syryjski chłopiec]

środa, 30 stycznia 2013

Fraa w czytelni (37) - "Koniec dzieciństwa"

Koniec dzieciństwa - okładka
Autor: Arthur Charles Clarke 
Tytuł: Koniec dzieciństwa 
Tytuł oryginału: Childhood’s End 
Tłumaczenie: Zbigniew Andrzej Królicki, Andrzej Sawicki 
Miejsce i rok wydania: [Poznań] 1993 
Wydawca: RAAP & CIA Books
 
Nie pamiętam dokładnie, ile miałam lat, kiedy po raz pierwszy spotkałam się z twórczością sir Arthura C. Clarke’a. Pamiętam za to tytuł jego powieści, którą przeczytałam jako pierwszą: Piaski Marsa. Spodobała mi się i zapragnęłam więcej. Drugą pozycją był Koniec dzieciństwa, przeczytany – jeśli mnie pamięć nie myli – na początku liceum. A później przez ładnych parę(naście) lat, kiedy ktoś pytał mnie, jaka jest moja ulubiona książka, bez zastanowienia mogłam powiedzieć, że właśnie ów Koniec dzieciństwa. Choć łyknęłam tę powieść mając lat bardziej dla pedofila niż do sklepu monopolowego, ona i tak wciąż mi towarzyszyła, właściwie po dziś dzień, tak samo jak towarzyszy mi bez ustanku Ślimak na zboczu braci Strugackich (przeczytany jednak sporo później). To książki tego typu, które przeorują człowiekowi mózgoczaszkę i każą ciągle do siebie wracać. Po kilku latach co prawda już nie pamiętałam, o czym to w ogóle było. Miałam w głowie jakieś pojedyncze sceny, co do których tak naprawdę nie byłam pewna, czy pochodzą z Końca dzieciństwa, czy może z Bułyczowa, którym zaczytywałam się w dziecięctwie. Ale pamiętałam ogólne wrażenie.
Teraz już wiem, że powieść sir Clarke’a wywołała we mnie pierwszego w życiu książkowego kaca. Wtedy, niestety, nie miałam jeszcze pojęcia, że coś takiego istnieje.
Zasadniczo wystrzegam się takich sentymentalnych powrotów, bo nie ma nic gorszego, niż zgwałcić sobie cudowne wspomnienie o czymś, gdyby okazało się, że to, co wydawało nam się czystą cudownością, wcale jednak takie fajne nie jest. Ale zdarza mi się (szczególnie ostatnio) postępować wbrew własnym zasadom. Zaowocowało to utwierdzeniem się w przekonaniu, że Hobbit jest genialny, a teraz też, że Koniec dzieciństwa wytrzymuje próbę czasu.

Proszę mi wybaczyć ten zdecydowanie przydługi i nazbyt sentymentalny wstęp. Koniec dzieciństwa to dla mnie bardzo ważna powieść i nie mogłam sobie tego darować.

A teraz do rzeczy:
Powieść, wydana po raz pierwszy w 1953 roku, zaczyna się finiszem wyścigu USA i ZSRR, mającego na celu wysłanie człowieka w kosmos. Kiedy już niemal słychać ryk silników pierwszych statków kosmicznych startujących z Ziemi, oto na niebie pojawia się majestatyczna flota przybyszów z innej planety. Obcy, ochrzczeni przez ludzi Zwierzchnikami, przejmują kontrolę nad Ziemią i, stosując metodę kilku prostych nakazów i zakazów, zaprowadzają na naszym podwórku ład i porządek, zapewniają ludzkości życie w pokoju, dobrobycie i ogólnej szczęśliwości. Człowiek jednak, jak to człowiek, zawsze znajdzie coś, na co może narzekać, a utopia jest sprzeczna z naszą naturą.
I to jest właśnie pierwszy i pewnie najważniejszy (choć nie dla mnie, ale o tym później) element, ba!, temat powieści: ludzkość. Clarke szuka odpowiedzi na zasadnicze pytania dotyczące natury człowieka i sensu istnienia. Pytania te są, ma się rozumieć, mocno już wyświechtane, ale trzeba przyznać, że autor proponuje odpowiedzi przemyślane, mądre i przekonujące. Na konkretnych przykładach pokazuje, dlaczego utopia nie jest taka fajna, jakie mogłyby być jej słabe punkty, bardzo wyraźnie prezentuje, co się dzieje z nauką i sztuką, kiedy tak człowiekowi niczego nie brak, a także prezentuje różne możliwe postawy w obliczu przybyszów, którzy nagle pojawili się i powiedzieli „a teraz będziecie robić, jak wam każemy”. Objaśnia problem trwania w Unii Światowej zarówno z perspektywy jednostki jak i całych narodów, w szczególności tych, które dopiero co odzyskały niepodległość – tylko po to, by stracić ją kilka lat później.
Ale mnie tak naprawdę zafascynowało w Końcu dzieciństwa zupełnie coś innego (psychologia i socjologia nigdy aż tak mnie nie jarały): Zwierzchnicy – i wszystko, co z nimi związane. Świat Zwierzchników. Ich rasa i możliwości. Relacje z Nadzwierzchnikiem. Uczucia i zamiary wobec ludzi. A wreszcie, światy, które zwiedzili lub w inny sposób zbadali. Czyli to, co tak bardzo wielbię we wszystkich Odysejach kosmicznych: niesamowite i przejmujące opisy nieznanych światów, wielekroć światów samotnych i niegościnnych, czasem zaś zamieszkałych przez życie tak odmienne od tego, co możemy spotkać na Ziemi, że człowiek zaczyna poważnie się zastanawiać, jaki sens ma szukanie inteligencji w kosmosie. Przecież my byśmy pewnie tej inteligencji w ogóle nie zauważyli, choćby kopnęła nas w prosto w tyłek.
Z tego też powodu moje zainteresowanie powieścią rosło z czasem: pierwsze rozdziały czytało mi się gładko, ale tam cały nacisk był położony na ludzi, a Zwierzchników okrywała mgiełka tajemnicy. Clarke funduje też czytelnikowi kwiatki w rodzaju takich, że ten a ten bohater coś zobaczył – coś bardzo ważnego! – ale nie mamy możliwości dowiedzieć się, jak to konkretnie wyglądało. Irytujące – w pozytywny jednak sposób. Moje słabe zaangażowanie w początek powieści wynika też z częstych przeskoków czasowych: czytelnik dostaje więc moment przylotu Zwierzchników na Ziemię, potem parę scen o kilka lat późniejszych, potem znów przesuwamy się o pięćdziesiąt lat – co za tym idzie, nie ma bohatera, do którego można by się przywiązać. Obserwujemy społeczeństwo, świat, jednostki, ale nie śledzimy tak naprawdę niczyich konkretnych losów.
Później się to zmienia. Pojawiają się postaci, które zostaną z czytelnikiem na dłużej, ba!, nawet do końca. No i ujawniają się Zwierzchnicy. Stopniowo, niechętnie, ale jednak. Od tego momentu powieść zaczyna tryskać geniuszem. No i tymi fantastycznymi opisami. Lodowaty smutek wszechświata staje się niemal wyczuwalny. Czytelnik ma możliwość dotknięcia wyobraźnią potęg, o których na co dzień nie myśli. Koniec ludzkości, jaki sir Arthur C. Clarke rysuje w powieści, jest tyleż zaskakujący co przerażający. I, jednocześnie, daje nadzieję, bo to taki końco-początek przecież. Bo człowiek dostaje szansę, jakiej nigdy nie dostaną więksi od niego. Przeszłość miesza się z przyszłością, a niejasne przeczucia są wspomnieniami przyszłych pokoleń. I wcale się nie dziwię, że przy pierwszym czytaniu Końca dzieciństwa miałam takiego kaca-giganta. Teraz też bym miała, gdyby nie to, że mam za sobą już nieco więcej Clarke’a i jestem bardziej oswojona z jego genialną twórczością.
 
Słówko jeszcze o polskim wydaniu: ponieważ, jak wspominałam, powieść ma dla mnie duże znaczenie z czysto sentymentalnych względów, specjalnie wyszukałam sobie takie wydanie, jakie czytałam wtedy – za pierwszym razem. Muszę tu zaznaczyć, że wydaniu temu daleko do doskonałości. Ilustracja na okładce po trosze stanowi niefajny spoiler, po trosze zaś ma solidny błąd, bo Zwierzchnik, jeśli wziąć pod uwagę perspektywę zasugerowaną przez przerywaną linię na ulicy, wychodzi na kurdupla. Kto czytał, ten wie, że wręcz przeciwnie. Co mi przypomina, że znam osoby, które mogłyby polubić Karellena i jego ziomków. Pomijając okładkę, tłumaczenie też pozostawia nieco do życzenia: nie wiem, jak to wyglądało w oryginale, niemniej rażą dość niefajne, a łatwe do uniknięcia powtórzenia. Ale najbardziej chyba mnie zirytował brak 151. strony – och, dostałam za to dwukrotnie stronę 152. Mam nadzieję, że na 151. nie było niczego istotnego…

 Teraz już wiem, że do twórczości Clarke’a można bezpiecznie wracać: nie ma ryzyka, że popsuję sobie wspomnienie. Wiem też, że Koniec dzieciństwa jest genialną powieścią, choć ktoś mógłby uznać, że przegadaną albo po prostu nudną. W pełni zrozumiałabym to podejście, bo nie każdy musi lubić takie snucie wizji bez opisywania konkretnej akcji. Ja uwielbiam te wizje sir Arthura C. Clarke’a. 10/10






Niniejszy wpis został popełniony w ramach wyzwania czytelniczego Eksplorując nieznane.





Zaś na niebie płonęło słońce, którego nie wyobraziłby sobie w najdzikszych snach żaden palacz opium. Zbyt jasne, by określić je jako białe, było zimnym widmem na granicy ultrafioletu, palącym planety promieniowaniem zabójczym dla wszelkich ziemskich form życia. Na cztery miliony kilometrów rozpościerało wielkie chmury gazów i pyłu, a zasłona ta jarzyła się fosforescencją niezliczonych barw, gdy przebijały się przez nią rozbłyski ultrafioletu. W porównaniu z tą gwiazdą Słońce było zaledwie błyskiem świetlika w samo południe.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...