piątek, 18 stycznia 2013

Fraa w czytelni (35) - "W otchłani Imatry"

W otchłani Imatry (okładka)

Autor: Aleksander Ławrow

Tytuł: W otchłani Imatry

Tytuł oryginału: Под волнами Иматры

Tłumaczenie: Agnieszka Papaj

Miejsce i rok wydania: Wrocław 2012

Wydawca: Dobre Historie



Trudno nazwać mnie koneserką kryminału. Wszelkie Nesbø, Browny, Läckberg i Larssony dramatycznie mnie nie ruszają, a lekturę odpuszczam po kilku stronach, zupełnie znudzona. Dłużej wytrzymałam przy Christie, ale do fanatyzmu mi daleko. Niemniej są od tego wyjątki: a na imię im Edgar Allan Poe i Arthur Conan Doyle. Trudno więc, żebym nie chciała zapoznać się z powieścią, która oficjalnie jest reklamowana jako przeznaczona dla fanów Sherlocka Holmesa, choć – jak już kiedyś wspominałam – zasadniczo nie lubię, jeśli promocja jakiejś powieści polega na porównywaniu jej do bardziej znanych tytułów („rosyjski Vidocq” czy „polskie Kac Vegas”…). W każdym razie dziewiętnastowieczny detektyw, do tego Rosja – czegóż chcieć więcej?

Najpierw słowo wstępu o… Wstępie właśnie. Bardzo dobrze, że jest. Tłumaczka zarysowuje w nim historię rosyjskiego kryminału, co dla mnie jest zagadnieniem tyleż nieznanym co interesującym. I tu z kolei mam pewien żal, bo wstęp jest dość pobieżny. Prawdę mówiąc niewiele się z niego dowiedziałam oprócz tego, że „badacze prześcigają się w zapewnieniach, iż gatunek ten nie rozwinął się na gruncie rosyjskim” (s. 7). Ja wiem, że to nie BNka, niemniej od razu chcę się dowiedzieć, jacy badacze. Kiedy i gdzie tak zapewniali? Albo przynajmniej gdzie znajdę odpowiedzi na te pytania? Jakieś namiary czy coś… Niestety, niczego takiego nie ma i bardzo mi smutno z tego powodu, bo jestem dokładnie tak głupia jak przedtem. Próbowałam znaleźć coś o samym autorze powieści, Ławrowie (własc. Aleksander Iwanowicz Krasnicki, o czym informację znajdujemy na końcu książki) i jego cyklu „Caryca hunhuzów” (którego pierwszym tomem jest właśnie W otchłani Imatry), ale znów poniosłam klęskę, zupełnie nie wiedząc, gdzie szukać. Jak już było coś o Ławrowie w rosyjskich Internetach, to z kolei ani słowa o Imatrze. Ale najwyraźniej tak musi być, trudno. To tylko wstęp, a ja prędzej czy później coś znajdę.

Najważniejsza jest sama powieść.


W otchłani Imatry - ilustracja (s. 181)
Czytelnik poznaje Metodego Kiryłowicza Kobyłkina, petersburskiego detektywa w podeszłym już wieku, zmagającego się z kolejną zagadką. A jest nią tajemnicza śmierć mandżurskiego bogacza, który zmarł niespodziewanie w przedziale pociągu, którym zmierzał wraz z córką, Marią Jegorowną Worobiową, spotkać się z jej potencjalnym narzeczonym, Aleksiejem Nikołajewiczem Kudlińskim. W intrydze mamy wszystko: fortunę, złoto, gruźlicę, młodą damę w opałach, mnóstwo podejrzeń, egzotyczne zwierzęta i jeszcze bardziej egzotyczne miejsca, począwszy od huczącej Imatry w Finlandii, a na Władywostoku kończąc. Akcja w większości dzieje się w Petersburgu, pieszczotliwie zwanym „Piter”. To tam detektyw Metody prowadzi swoje śledztwo, najzupełniej nie wierząc w to, że Jegor Pawłowicz Worobiow mógł zejść z tego padołu na skutek ataku serca lub innej, naturalnej przyczyny. Intryga więc ma wszystko, co mieć powinna w porządnym, dziewiętnastowiecznym kryminale.

A jednak chyba nie porównywałabym przygód detektywa Kobyłkina do Holmesa. Różnic jest kilka, jedne bardziej oczywiste, inne mniej. Ta bardziej: zarówno Sherlock Holmes jak i Auguste Dupin mieli wspólników-przyjaciół. Metody również ma dwóch zaufanych agentów, ale oni służą wyłącznie do wykonywania poleceń – brakuje mi trochę przestrzeni wypełnionej błyskotliwymi dialogami, w których detektyw za pomocą pozornie niezobowiązujących rozmów raz po raz pokazuje, kto tu jest tak naprawdę nieprzeciętnie inteligentny. Z tego, między innymi, wynika zresztą ta mniej wyraźna różnica: detektyw Kobyłkin tak naprawdę (choć narrator wielekroć zapewnia czytelnika o czymś wręcz przeciwnym) nie jest żadnym nadzwyczajnym geniuszem, a przynajmniej nie odebrałam go w ten sposób. Jest uparty i wierzy w swoją intuicję, toteż jeśli przeczucie podpowiada mu, że to nie wypadek a zbrodnia, to chwyci się tej teorii i nie puści, dopóki nie udowodni, że to w istocie zbrodnia. Ma też nieco szczęścia, bo ludzie chętnie mu się zwierzają, jako takiemu ujmującemu staruszkowi. Ale nie ma tu żadnej wymyślnej dedukcji – wszystkie wskazówki, które zbiera Kobyłkin, czytelnik sam doskonale potrafi złożyć sobie w rozwiązanie. Może z pominięciem jakichś detali, ale jednak.

W otchłani Imatry - ilustracja (s. 231)
Nie zmienia to faktu, że bardzo polubiłam Metodego Kiryłowicza. To taki uparty, nieco szalony staruszek, który może i ma więcej szczęścia jak rozumu, ale nie ulega wątpliwości, że jest skuteczny – a to przecież najważniejsze.

Mniej ciepłych uczuć mam wobec Marii Worobiowej, która miała być rezolutną, rozsądną i silną damą, a miałam wrażenie, że jest jednak trochę amebowata. Niezależnie od wcześniejszej niechęci w stosunku do danego rozmówcy, nieufności czy jakichkolwiek negatywnych emocji, kiedy przychodziło już do konkretnej wymiany zdań, młoda kobieta zupełnie miękła i odniosłam wrażenie, że dosłownie każdemu wygadałaby swoje najskrytsze sekrety, gdyby tylko delikwent zapytał. Nie wykluczam, że Masza zyska nieco w dalszych częściach cyklu, bo na razie jakoś szału nie ma.

Muszę jednak przyznać, że brak genialnych bohaterów w zupełności został mi zrekompensowany przez klimat. Opisy są sugestywne (choćby tytułowa otchłań Imatry), a ludzie przekonujący. Czuć w nich tę rosyjskość, ba!, pojawią się nawet całkiem niepochlebne słowa o naturze choćby takich Anglików. Czytając wyraźnie narzuca się, że to wschód. Inna kultura niż to, z czym obcuje się najczęściej w literaturze. W dodatku uwielbiam ten nieco staroświecki styl, tak „czystszy” i ładniejszy od większości współczesnych powieści kryminalnych i sensacyjnych. Nie wiem, ile w tym zasługi oryginału, a ile tłumaczenia – ale powieść czyta się niesamowicie lekko i przyjemnie. W dodatku podoba mi się wydanie – zarówno pod względem graficznym (miłe dla oka, klimatyczne ilustracje) jak i pod względem staranności. Literówki pojawiły się może dwie, a jedyna rzecz, która mnie zadziwiła, to w kilku miejscach interpunkcja: po raz pierwszy spotkałam się z zapisem ?.. oraz !.. i nie do końca wiem, co o tym myśleć ani skąd to się mogło wziąć.



W otchłani Imatry to powieść ze wszech miar godna polecenia – nie przeorała mi mózgu, ale stanowiła świetną rozrywkę, wciągnęła i, co ważniejsze, każe z niecierpliwością czekać na kolejne tomy i kolejne przygody detektywa Kobyłkina. 8/10.








Za trzecim razem mężczyzna zatrzymał się na środku brzegu. Wychylił się nad drewnianą balustradą, kończącą się daleko, nad samą kipielą szalejącej wodnej masy. Kręciło mu się w głowie od tej wściekłej, dzikiej szarży. Nieposkromiony, potężny żywioł wciągał go za balustradę. Ryczący potwór rozpościerał piekielne ramiona i przyzywał go w swoje objęcia.

środa, 16 stycznia 2013

ZaFraapowana filmami (76) - "Anioły kontra cyborgi"

Anioły kontra cyborgi - okładka
Okej, postawmy sprawę jasno: w tej chwili powinnam zwinąć się w kłębek pod kołdrą i spokojnie pozwolić na transformację w bakłażana. Jednak moja ostatnia szara komórka, z połową twarzy wymalowaną na niebiesko, wciąż walczy, wciąż macha mieczykiem i nigdy się nie podda. Dlatego Państwo mnie tu widzą. Bo Anioły kontra cyborgi.
Są tytuły, które mają Moc. One po prostu krzyczą z półek i plakatów „Twój mózg eksploduje, ale obejrzyj mnie!”, a ja – choć przyznaję to z pewnym wstydem – nieustannie słucham tych głosów. Tak było z filmem Kowboje i obcy, gdzie przecież to tytuł był tak naprawdę jedynym fajnym elementem. Ale Anioły kontra cyborgi, produkcja z 2009 roku w reżyserii Leigha Scotta, ma chyba Moc jeszcze większą. No bo c’mon, jak u licha można NIE chcieć obejrzeć czegoś, co ma tytuł Anioły-kontra-kurwa-cyborgi?! Tu głęboki ukłon w stronę – jak zwykle niebywale twórczych – tłumaczy, bo tytuł oryginału to Chrome Angels, co już aż takiej potęgi nie ma.
Tyle przydługiego wstępu na temat tytułu. Przejdę już może do rzeczy.
Obawiam się, że cały budżet filmu (ok. 2 mln dolarów) zjadło popełnienie plakatu. Coś pewnie jeszcze poszło na kilkusekundową scenę lecącej wystrzelonej kuli, bo wygląda prawie jak w Matrixie. Z naciskiem na „prawie”, ma się rozumieć. No ale ten plakat: Tak szczerze, w połączeniu z epickim tytułem, przez krótką chwilę myślałam, że dostanę gównianą mieszankę Terminatora, Wojny Światów, Armii Boga, Obcego i jeszcze trochę kosmosu, co byłoby absolutną miodnością w kategorii złych filmów (żeby nie było nieporozumień: poszczególne elementy składowe tej mieszanki lubię ogromnie). Kicz nad kicze, ale z przypierdem.
kadr z filmu Anioły kontra cyborgi
(przyjrzyjmy się temu ujęciu - będziemy je widzieli jeszcze
 paręnaście sekund. A potem drugi raz, w końcówce)
Niestety, ponieważ – jak wspomniałam – na ten plakat poszedł cały budżet, kiedy przyszło do kręcenia filmu, ekipę stać było na podróż do Lafayette w Louisianie (nie wiedzą Państwo, gdzie to jest? Nic dziwnego! A czy ktoś zza oceanu wiedziałby, gdzie jest Elbląg?!) i nakręcenie paru scenek w różnych barach i sklepach. Płomienie robili chyba w paincie, a jeśli nie, to z całą pewnością ściągnęli do siebie efekciarza od Wiedźmina. Zła armia złych cyborgów to sklepowe manekiny w kombinezonach hydraulika. Jak każdy wie, bomby atomowe wybuchają w kucyponkowe grzybki, więzienie zaś to remake celi, w której obudził się Albercik z Maksem. Ale, ale! Trzeba pamiętać o „1000”, czyli kuble wielkości całkiem pokaźnej kamienicy – bo ja naprawdę dawno nie widziałam tak fatalnego użycia komputera. Obawiam się, że kreskówki Disneya mają bardziej realistyczną grafikę.
Odpadł więc pierwszy element, który by wynikał z plakatu: efekciarstwo (no co no? Dobre efekciarstwo nie jest złe!).
A może w takim razie ogólnie klimat? No dobra, kasy mogli nie mieć, ale przecież czasem wystarczy trochę wysiłku i wychodzi coś super.
Ja może zarysuję fabułę: kilka panienek-motocyklistek przyjeżdża na swoich brykach do jakiejś dziury na południu USA. Za cztery godziny mają być w Meksyku, do którego uciekają po napadzie na bank. Są twarde, mroczne, twarde, zabawne, twarde i seksowne. Wspominałam, że twarde? I niech nikt mi się nie dziwi później, jak kręcę nosem na literackich bohaterów tego typu. Twój protagonista nosi skóry, towarzyszy mu rockowy podkład muzyczny (och, nawet jeśli tylko w domyśle), jest twardy, niedogolony, seksowny i na bakier z wymiarem sprawiedliwości? A więc istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że you’re doing it wrong.
kadr z filmu Anioły kontra cyborgi 
(mistrzynie zbrodni omawiają z detalami swoje
przestępcze plany w pierwszym z brzegu pubie)
No więc te seksowne wanna-be Daughters of Anarchy lądują w tej dziurze. Orientują się, że wszyscy wokół – najpewniej w całym miasteczku – to roboty! Bo oczy im świecą na zielono! I od czasu do czasu mówią śmiesznym, mechanicznym głosikiem! Nader istotne i charakterystyczne dla cyborgów jest też przekrzywianie głowy jak Thranduil, kiedy składał hołd Throrowi, tylko taki Thranduil z czkawką. Roboty, ma się rozumieć, zamiast od razu po otrzymaniu rozkazu rozwalić panienki, przez dłuższą chwilę stoją bez ruchu i powtarzają swoimi śmiesznymi głosikami „Exterminate”. Panienki więc w spektakularnej scenie strzelaniny zmieniają bar w składnicę złomu, po czym już-już chcą odjeżdżać w stronę zachodzącego słońca, kiedy na zewnątrz pojawia się więcej bad guyów, z manekinami na czele. Część lasek się wymyka, część zaś dostaje się do niewoli geniusza zbrodni, założyciela tego robo miasteczka: Elliota Davrosa (Paul Le Mat). Elliot chce zdobyć władzę nad światem, ma się rozumieć. A więc nie, naprawdę nie ma tam ani aniołów (niestety, zbyt dosłownie potraktowałam tytuł, a to tylko takie jak Aniołki Charliego, sniff…), ani na dobrą sprawę cyborgów, bo wszystkie roboty wyglądają… no… jak ludzie, po prostu. W dodatku ponieważ to androidy, klony i wogle, to można było zatrudnić dwa razy mniej statystów, bo roboryjki po wielekroć się powtarzały. Wspominałam, że cały budżet poszedł na plakat? Swoją drogą, sam pomysł robomiasteczka ogólnie rzecz biorąc był z dużo większym wdziękiem zrealizowany w obu wersjach Żon ze Stepford.
kadr z filmu Anioły kontra cyborgi (Gator)
Durna fabuła dodatkowo została okraszona dodającymi głębi bredniami o wolności, przyjaźni i ratowaniu świata. Bez tego przynajmniej całość byłaby po prostu konsekwentnie głupia. Głupia koszmarnie, ale spójna. A tak dostajemy takie niewiadomoco, które w obliczu dramatycznej przeszłości głównej bezimiennej bohaterki (Stacey Dash) trudno traktować nawet jako pastisz tandetnego kina akcji.
A-a-a, właśnie. Skoro jestem przy bohaterkach: ta bezimienna jest tak twarda, że wchodzi do bunkra w jednym kolorze szminki, tam zbiera sobie jakieś giwery i bazooki, a wychodzi w innym kolorze. Łał. A ja narzekałam na zmieniającą się chyłkiem fryzurę Vickers z Prometeusza. No i wogle, to takie trÓ, kiedy wydekoltowana motocyklistka w podartych szortach, nim zejdzie ze swojego harleya, mazia sobie usta błyszczykiem. Fuck yeah. Bohaterem, który drażnił mnie stosunkowo najmniej był… byłby Bobby Dupree (Collin Galyean), ex jednej z lasek, bo jako jedyny nie był przepakowany, ale niestety – stanowił tak wyraźny Element Komiczny, że aż trzeszczało. Trochę lepiej sprawa się miała z Gatorem (Dean N. Arevalo), przepakowanym jak najbardziej, ale przynajmniej był wzrostu kucającego jamnika, co miało swój urok w obliczu ociekającego powagą i zajebistością otoczenia.
kadr z filmu Anioły kontra cyborgi ("1000")
Ale zostawię tandetnych bohaterów i drętwe dialogi, a wspomnę jeszcze o jednym: zdjęcia. I montaż. Matulko z córuchną, toż ja myślałam w pierwszej chwili, że mi odtwarzacz laguje. Pewnie zresztą lagował, może komputer mi płakał z żalu, że coś takiego musi odtwarzać. Co i rusz trafiało się jakieś niedorobione slow motion, które zaraz przechodziło w gwałtowne przyspieszenie, a w kolejnej sekundzie była już w ogóle zmiana ujęcia. A potem nazad to samo. A potem wykoksane, efekciarskie ujęcie z paskowanym obrazem, jakby filmowali ekran monitora, a potem zaś to co było. Nożesz kurczaczek! Wszystkie chińskie dzieci, które to oglądały, musiały dostać zbiorowego ataku epilepsji. To znaczy ja ogarniam, że to miało dodać dynamiki, ale wyszło jedynie wkurzająco.
Myślę teraz cały czas nad jakimś pozytywem odnośnie tego filmu. I naprawdę, naprawdę nie mogę niczego znaleźć. Głupie, kiczowate, tandetne, pozbawione krztyny widowiskowości. Chociaż tyle dobrego, że przekroczyło magiczną granicę „tak głupie, że aż śmieszne”. Bo w sumie bawiłam się całkiem nieźle, kiedy tak sobie oglądałam, jak robot wielkości domu strzela rakietami w stojący samochód, przy którym stoją dwaj panowie, i ni wafelka nie może w nich wcelować. I jak jeden z tych panów w analogicznej sytuacji też nie może wcelować – z kolei w robota wielkości domu. I jak Elliot chce sterroryzować świat – to jest takie rozkoszne! I… no i cóż, żałuję tylko, że nie miałam wódki do oglądania. 1/10. Ktoś nie wierzy? Zapraszam do cytatu poniżej.








– To mój świat. Sam go zbudowałem. Nie pozwolę, by zniszczyła go banda licealistek z długimi włosami i sztucznymi cyckami.
– Nie masz wyboru. Ona po nas wróci.
– Kto?
– Ona nie ma imienia. Dlatego wszystkim umyka. Nawet samemu Bogu i Szatanowi. Jest jak siła natury. Jak wiatr lub huragan. Nie ma w niej strachu, nie ma chwili wahania. Kiedy wymyślali Boogeymana, nie wiedzieli, że to kobieta. Kiedy człowiek się orientuje, że nadchodzi, jest już za późno. Ale najlepsze jest to, że to moja przyjaciółka.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Fraa w czytelni (34) - "Hobbit, czyli tam i z powrotem"


Hobbit (okładka)
Autor: John Ronald Reuel Tolkien
Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem
Tytuł oryginału: The Hobbit or There and Back Again
Tłumaczenie: Maria Skibniewska
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1985
Wydawca: Iskry

Mam pamięć złotej rybki. Dobitnie się o tym przekonałam podczas seansu Jacksonowskiego Hobbita, kiedy to okazało się, że kompletnie nic nie pamiętam z książki. Jedynym ratunkiem dla mnie jest po prostu czytanie w kółko i kółko tych samych powieści – w nadziei, że może wreszcie z którejś coś zapamiętam.
No dobrze, może aż tak źle nie jest. Ale prawie.
Hobbita czytałam po raz pierwszy wieki temu. Wspominałam o tym zresztą, kiedy pisałam o filmie. Wspominałam tam też, że mam rok na ponowną lekturę – cóż, udało się uwinąć nieco szybciej.
I jestem nawet dość zaskoczona.
Pamiętałam, że książka mi się podobała. Ale mimo wszystko jest to powieść dla dzieci, więc nie spodziewałam się jakichś szczególnych zachwytów teraz, kiedy dzieckiem od jakiegoś czasu nie jestem. Tymczasem Hobbit mnie wciągnął i zauroczył, być może nawet bardziej niż wtedy, bo znałam kontekst i potrafiłam fabułę powieści osadzić w historii Śródziemia.

Aha, jeszcze mały cytat na początek, w razie gdyby ktoś mi marudził na to, że zdradzam zakończenie i w ogóle (owszem, robię to):

Wasn't the Hobbit written in 1937? I'm amazed anyone could ever complain about someone releasing a "spoiler" (źródło)

Historia pozornie jest prosta: trzynastu krasnoludów potrzebuje włamywacza – a także czternastego członka drużyny, bo trzynastka jest przecież pechowa- i wybór wspierającego ich Gandalfa pada na spokojnego, zupełnie niepozornego hobbita, Bilbo Bagginsa. Ten, ma się rozumieć, nie rwie się jakoś szczególnie do przeżywania przygód, w końcu jednak odzywa się w nim Tukowa krew i hobbit rusza z krasnoludami, by pomóc im odzyskać zrabowane przez Smauga złoto (i przy okazji otrzymać czternastą część skarbu). Przygoda, choć zaczyna się niepozornie, całkiem solidnie sponiewiera bohaterów, nim dotrą do pieczary smoka, a potem postawi przed nimi zupełnie nowe wyzwania, o których nawet nie pomyśleli, wyruszając w drogę.
Zacznę tutaj od końca, bo to jest coś, za co bardzo cenię Tolkiena: zakończenia. Tolkien w świetny sposób łączył magiczne, niewiarygodne przygody w fantastycznym świecie z całkowitą przyziemnością, takim trochę smutnym realizmem, któremu bohaterowie w końcu muszą stawić czoła. We Władcy… mieliśmy słynne „Porządki w Shire” (słynne, bo przecież ich opuszczenie w filmie wywołało falę krytyki), w Hobbicie zaś czytelnik dostaje „Ostatni akt”: oto pan Baggins wrócił do swojego Pagórka i wcale nie jest to tak lukrowany happy end jak można by się spodziewać. W międzyczasie został uznany za zmarłego, jego majątek rozprzedano na licytacjach, a Bagginsowie z Sackville mierzą jego własną norkę, żeby się zorientować, czy ich meble będą pasować. A więc po roku pokonywania potworów i po odzyskaniu królestwa krasnoludów, bohater musi wrócić do użerania się z nielubianą częścią rodziny i chciwymi sąsiadami – pamiętam, że kiedy byłam mała, te zakończenia zupełnie mi nie przypadły do gustu i cierpiałam, że nie mogło być jak należy: wrócił i żył długo i szczęśliwie, ewentualnie mógłby wcale nie wracać, a zostać z krasnoludami. Niemniej teraz uważam Tolkienowskie zakończenia za prawdziwy atut tych powieści.

Dalej – bohaterowie: zazwyczaj są zarysowani kilkoma prostymi, wyraźnymi krechami, dzięki czemu niemal każdą postać powieści można opisać jednym zdaniem. Bombur jest gruby, Kili i Fili są młodzi, Balin z kolei stary i mądry. Odstępstwem od normy jest Thorin i sam Bilbo, którym poświęcono nieco więcej uwagi – ci dwaj się zmieniają, są zmuszeni dokonywać wyborów i spoczywa na ich barkach odpowiedzialność za całą kompanię. Widać to szczególnie pod koniec, kiedy docierają do skarbu. Skarbu, który też nieco ich zmienia.
Jeśli chodzi o krasnoludy, to wyglądają raczej jak klasyczne, tylko trochę bardziej wyrośnięte krasnoludki z tymi długimi brodami i kolorowymi kapturami, dzięki czemu zresztą późniejszy opis oddziału Daina robi tak niesamowite wrażenie. Bo krasnoludy z Żelaznych Wzgórz to już zupełnie inny widok niż grupka przerażonych kraśków w pstrych czapeczkach.
Po lekturze Hobbita najmniej chyba mogę powiedzieć o Gandalfie – Istari jest postacią dość tajemniczą, nie nadużywa swoich mocy i, choć niby wspiera wyprawę Thorina, równolegle zajmuje się swoimi sprawami, jak wypędzenie Czarnoksiężnika. Trudno powiedzieć, ile Gandalf wie o Pierścieniu, ile przewidział z wydarzeń, które spotkały krasnoludów w trakcie trwania przygody. Pojedyncze wzmianki tu i ówdzie sugerują, że czarodziej wie o wiele więcej, niż mogłoby się wydawać.
Wracając do złota, które zmienia krasnoludów: chyba właśnie wtedy czytelnik się orientuje, że to w którymś momencie przestała być lekka i zabawna historyjka dla dzieci. Owszem, zaczynało się niewinnie, ale oto mamy hobbita, który nie jest pewien, czy w ogóle może ufać krasnoludom, Thorina, którego opętała myśl o Arcyklejnocie, a na zewnątrz stoją zastępy ludzi i elfów, którzy też chcą położyć rękę na skarbie. Mamy zdradę przyjaciół – choć towarzyszyły temu same dobre intencje, fakt pozostaje faktem. Ja na przykład mam spory kłopot z oceną postępowania bohaterów w przededniu Bitwy Pięciu Armii, bo oni wszyscy mieli jakieś swoje racje, nawet ludzie z Miasta na Jeziorze. Nie pamiętałam już, że w Hobbicie jest tyle tragizmu. Choć sama zmiana klimatu powieści następuje wcześniej, chyba jakoś przy wkroczeniu do Mrocznej Puszczy. Nie bez powodu właśnie przeprawa przez ten okropny, pełen pająków i nieprzeniknionej ciemności las była jedną z nielicznych rzeczy, które pamiętałam z książki przez lata. Wcześniej co prawda były gobliny i inne niebezpieczeństwa, ale wciąż trzymał się taki sympatyczny, awanturniczy nastrój. Po pożegnaniu z Beornem coś się zmieniło.
Choć tu i ówdzie nadal pojawiają się elementy humorystyczne. Podczas lektury Hobbita od czasu do czasu człowiek musi parskać śmiechem i nie ma na to rady. Niekoniecznie wtedy, kiedy akurat pojawia się jakaś żartobliwa piosenka, ale z bohaterów powieści nierzadko wychodzą złośliwe mendy, zdolne doprowadzić współrozmówców do białej gorączki – jak choćby to miało miejsce u elfów, kiedy król usiłował przesłuchać Thorina. Tolkienowska opowieść, oprócz tego że sama w sobie ciekawa, jest dodatkowo napisana z jajem. Do tego stopnia, że wciąga zarówno młodszego czytelnika jak i dorosłego.

Myślę, że w tym miejscu spokojnie mogę skończyć produkowanie się. Hobbit, czyli tam i z powrotem to powieść fantastyczna w każdym tego słowa znaczeniu. Pełno w niej emocji, nie ma pedagogicznego smrodku (a raczej jest świetnie ukryty), w dodatku czytelnik momentalnie się wkręca i chce więcej. A przynajmniej tak się stało w moim przypadku, co najpewniej zaowocuje moim powrotem do Tolkienowskiej twórczości. 10/10 i strasznie się cieszę, że to przeczytałam.





— Dlaczego ty i twoi przyjaciele po trzykroć usiłowaliście napaść na moich ucztujących poddanych? — spytał król.
— Nie napadaliśmy na nich — odparł Thorin — przyszliśmy prosić o jedzenie, bo umieraliśmy z głodu.
— Gdzie są teraz twoi kompani i co robią?
— Nie wiem, ale obawiam się, że umierają gdzieś w lesie z głodu.
— Coście robili w lesie?
— Szukaliśmy jadła i napoju, bo umieraliśmy z głodu.
— Ale po co przyszliście do lasu? — z gniewem spytał król. Thorin zaciął zęby i nie powiedział więcej ani słowa.
– J.R.R. Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...