czwartek, 10 stycznia 2013

Fraa w czytelni (33) - "Pieśni Końca"


Pieśni Końca (okładka)
Autor: praca zbiorowa
Tytuł: Pieśni Końca. Antologia
Miejsce i rok wydania: Gdańsk 2009
Wydawca: Uguisu

Książkę tę chciałam przeczytać tak naprawdę już od dawna, tylko jakoś się nie składało. No i nigdzie nie mogłam jej dostać. Niemniej podobał mi się tytuł, bardzo podobała okładka – a że jestem czytelnikiem, którego łatwo kupić, to te dwie rzeczy wystarczyły, żebym uparcie dążyła do dorwania lektury w swoje łapki.
W końcu udałam się do źródła i mi się udało.

Tak jak można przeczytać w opisie wydawcy, antologia Pieśni Końca to bardzo zróżnicowany zbiór (chciałoby się powiedzieć „zbiór opowiadań”, ale właśnie że nie), ogólnie dotyczący zagadnienia końca świata. Ale nie chodzi tu tylko o różne wizje Apokalipsy. Hasło „koniec świata” został tutaj potraktowany przez autorów we wszystkich możliwych znaczeniach: a więc jest trochę biblijnie, trochę mitycznie, nieco postapokalipsy, humorystycznego fantasy, wreszcie są schizofrenicy z ich urojonymi, wewnętrznymi światami. To sprawia, że antologia jest jak prawdziwe pudełko czekoladek: za cholerę nie wiadomo, co będzie następne. Ma to swoje plusy, naturalnie, ma też minusy, bo zawsze można trafić na opowiadanie o smaku flegmy.

Na wstępie wrócę do okładki: naprawdę wielkie brawa należą się za jej wygląd. Nie dość, że jest śliczna, to jeszcze przy zalewie fabrykosłownych wytworów (a bądźmy szczerzy, znakomita część wydawanej w Polsce fantastyki to właśnie Fabryka Słów), gdzie praktycznie wszystkie okładki od lat są robione na jedno kopyto, jest to niesamowicie pożądany przeze mnie powiew świeżości. W dodatku ten sam obrazek znalazł się na gratisowej pocztówce, co też jest miłe. Szkoda trochę, że przy poszczególnych opowiadaniach nie było ilustracji, bo całość mogłaby się przedstawiać zjawiskowo. A tak to cóż – bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście. W dodatku dostajemy teksty na grubszym, wypasionym papierze, przy którym ciągle miałam wrażenie, że przekładam po dwie strony, bo przyzwyczaiłam się do przeciętnej cienizny. Pierwsze wrażenie więc: rewelacja.

Zbiór otwiera opowiadanie Łukasza Palena Zaciemnienie. I tu wciąż jesteśmy na etapie bardzo pozytywnego pierwszego wrażenia. Po pierwsze, tekst ma bardzo mocny klimat i świetną wizję skutego lodem świata bez Słońca. Zdecydowanie to do mnie przemówiło. Trochę się bałam, że bohaterowie będą tradycyjnie z cyklu: ona i on, nie lubią się, a na sam koniec okazuje się, że ofkoz oni się tak strasznie loffciają. Co mnie jednak pozytywnie zaskoczyło, niczego takiego nie było. Trochę poskakali sobie do gardeł i obeszło się bez wciśnięcia w to tak banalnego romansu. Brawa. Jedyne zastrzeżenie mam takie, że teraz chciałabym przeczytać coś jeszcze w tym settingu, bo – jak wspomniałam – bardzo spodobał mi się zamysł świata. Prawdę mówiąc, chętnie widziałabym powieść osadzoną w tych realiach. Opowiadanie pozostawiło mnie z wrażeniem niedosytu, podczas gdy tam się gnieździ taki potencjał, że szkoda to marnować.
Następny tekst, Priscilla autorstwa R. Mori, siłą rzeczy nie miał łatwo. I, co z żalem przyznaję, nie wytrzymał porównania. To znaczy żeby nie było: nie jest zły. Też ma fajny pomysł, po prostu czegoś mi w nim zabrakło. Nie przypadł mi do gustu sposób zaprezentowania bohaterów (druga strona tekstu, po akapicie na osobę, rys biograficzny + krótka charakterystyka, dziękuję za uwagę, wracamy do fabuły). I, co gorsza, bohaterowie właściwie do samego końca byli mi obojętni. A, co podkreślałam już wielokrotnie, trudno mi zaangażować się w historię przeżywaną przez postacie, które mi generalnie zwisają. Być może jednak ktoś inny poczułby do nich jakąś sympatię (bądź niechęć, czemu nie) i czytałby z większym zaangażowaniem. Bo nie jest napisane źle, w dodatku ma urokliwe smaczki, typu sformułowanie „osiemnaście godzin i kilka stref czasowych później”.
W następnej kolejności czytelnik dostaje krótkie opowiadanko Koniec świata! Katarzyny Łuczki. Tekst jest lekki i zabawny, sprawdza się jako chwila wytchnienia od tych bardziej rozbudowanych i poważnych, które mieliśmy do tej pory. Narrator i bohater zarazem intryguje od samego początku, bo wyraźnie widać, że jest jakiś inny. Trochę mnie co prawda zraziło, że używa określenia „buzia”, na które mam alergię, niemniej trochę później sprawa się wyjaśnia i już wiem, czemu właśnie to słowo się tam pojawiało. I już się nie czepiam. To fajny element zaskoczenia. Choć sama fabuła – a właściwie jej finał – jest dość przewidywalna, jednak całość czyta się miło, głównie właśnie ze względu na narratora.
Dalej dostajemy Diagnozę Doroty Wójcik – opowiadanie niezłe, choć miałam wrażenie, że jakoś tak urwane. Nawet jeśli przewidziałam pointę dość prędko, wciąż można to było zrobić tak, żeby czytelnika jakoś trzepnęło po mózgu, żeby odczuł… nie wiem: żal, smutek, cokolwiek. Tymczasem zakończenie Diagnozy, zdecydowanie zbyt dosłowne jak na mój gust, zostawiło mnie z takim ogólnym „no i co?”. Sama historia Nefer i Selli natomiast była fajna. Nie jakaś porywająca, ale fajna.
Później czytelnik prześlizguje się przez miniaturkę Karoliny Firlej Kolory, o kórej – jak to o miniaturce – nie mam pojęcia, co powiedzieć. Dla mnie przede wszystkim ciekawe było przemieszanie zmysłów i emocji, czucie barw i ich mnogość, przez to czytelnik miał wrażenie, jakby wszystkimi zmysłami utknął w kalejdoskopie, którym ktoś z całej siły zakręcił.
W następnym tekście, Sprawiedliwość dla wszystkich Macieja Masłonia, czytelnik znów ma do czynienia z akcją prowadzoną dwutorowo. I, jak to najczęściej bywa w takich przypadkach, jeden tor – w narracji pierwszoosobowej – czytało mi się fajnie, podczas gdy ten drugi, trzecioosobowy –tak sobie. Kostek ni mnie ział ni grzębił, ot taki sobie bezbarwny, cierpiący frajer. Część pierwszoosobowa nie obfitowała co prawda w jakichś nadzwyczajnych bohaterów, niemniej miała przynajmniej fajny klimat – taki postapokaliptyczny. Izolacja, zaszczucie, promieniowanie – to wszystko było całkiem poprawne. Nie mogę jednak powiedzieć, by tekst mnie porwał.
Następnie wraca Katarzyna Łuczka, tym razem z króciutkim opowiadaniem Zegarmistrz. Ten tekst podobał mi się bardziej od Końca świata!, choć znów właściwie można było przewidzieć zakończenie. Ale to nie szkodzi – miał fajny klimacik.
Dzisiaj Marcina Bylińskiego było… hmm… intrygujące, to na pewno. Na początku czułam zniechęcenie, ale kiedy wkręciłam się w normalne, dosłowne traktowanie tego, co czytam, zrobiło się ciekawiej. I troszkę makabrycznie. I jakkolwiek nie wiem, o czym to właściwie było, to i tak było niezłe.
Następny utwór, Wielki Syriusz Tomasza Połońskiego, budził od samego początku moje ogromne obawy. Po pierwsze: dotyka mojej uloffcianej tematyki, czyli mitologii greckiej. Po drugie, to poemat. A więc Homer, Hezjod, Lukrecjusz, Edda i Kalevala. Poprzeczka ustawiona tak wysoko, że ja jej w ogóle ze swojej pozycji nie widzę. Byłam najzupełniej przekonana, że tekst okaże się kiszką. I kiedy tak zaczęłam czytać, z radością myśląc o przyszłym hejtowaniu, ze strofki na strofkę rzedła mi mina. Obecnie stwierdzam, że – obok Zaciemnienia – jest to mój ulubiony tekst z antologii. W poemacie opisany jest koniec epoki żelaza, a więc taka Apokalipsa, tylko w antycznym wydaniu. I to wyszło naprawdę, naprawdę fajnie, w dodatku z fantastyczną dbałością o detale, przydomki, konkretne mity (nie zawsze te najpopularniejsze), a wreszcie sam klimat. Część fraz ewidentnie zalatywała mi Homerem, przy czym to wcale nie jest zarzut, a wręcz przeciwnie: przecież to właśnie takie stałe elementy, które poeta mógłby z łatwością zapamiętać i recytować, choćby cały utwór był nie wiem jak długi. Przecież antyczni w ten właśnie sposób sobie ułatwiali. No dobrze, dobrze – nie jest to heksametr, niestety. Z heksametru ma jedynie równą liczbę zgłosek, akcenty rozjeżdżają się jak chcą. Ale i tak byłam pod wrażeniem.
Księga Końca Piotra Szczeponika była kolejnym opadem emocji po fajnym tekście. Opowieść fantasy, z jakimś demonem, jakimś bogiem, jakimś deczołzenłanem i jego towarzyszką, ale tak naprawdę historia po mnie spłynęła. Może dlatego, że nie miałam konkretnego wglądu w setting, a tylko jakieś wzmianki o najbardziej podstawowych rzeczach. A może po prostu konwencja do mnie nie przemówiła. W każdym razie jakoś to opowiadanie mnie nie urzekło, a nawet usiłowałam doczytać do końca jak najszybciej.
Podobnie niecierpliwiłam się przy lekturze Podniebia Agnieszki Metelskiej, które na szczęście było krótkie. To znaczy spodobał mi się pomysł na ugryzienie tematu, to znaczy samo to, czym tutaj jest ten „koniec”, ale sami bohaterowie, drętwi i anielsko piękni, tylko działali mi na nerwy. Chyba przez Maję Lidię Kossakowską wypaliłam się z angel fantasy na długi, długi czas.
Apokalipsa Lavender Blue też nie została w mojej głowie na dłużej. Po pierwsze, strasznie się tam rozbijał klimat: czytelnik dostaje podniosłe, uduchowione gadki Ewy i Lucyfera (uduchowione i filozoficzne, ale, niestety, dość boleśnie oklepane), a obok tego slapstickowe scenki z zakonnikami. I choć niby oba te wątki się łączą, to jakoś nadal tego związku nie widzę i nie wiem, jaki właściwie był zamysł. Wpleciony żart o moherowym berecie wzbudził tylko moją niechęć.
Potem znów dostajemy tekst Karoliny Firlej, Nienawiść. Nieco dłuższy od Kolorów i nieco mniej symboliczny, bo tym razem są konkretni bohaterowie. A jednak ta miniaturka nie wzbudziła mojego entuzjazmu. Miałam wrażenie, że czytam emującą historię romansu wyalienowanej dziuni i Anioła (Koniecznie Od Wielkiej Litery) i jakoś to do mnie nie przemówiło.
Tym wyraźniejszy kontrast był pomiędzy tym a następnym opowiadaniem, Życiowe Odkrycie Anny E. Walczak. Historia trzech Magów (Gyvera, Istera i – choć tylko epizodycznie – Donalda) była urzekająca, tak samo jak ich narzędzie, Miarodajny Krotnik Skwarek Opisanych (czyli MiKroSkOp). Jedno, co na dłuższą metę mnie drażniło, to ciągłe powtarzanie „Mag Gyver” i „Mag Ister”, nawet w dialogach. Ten sam żart powtarzany po raz –enty w końcu przestaje być zabawny. Miałam wrażenie, że autorka bała się, że czytelnik nie zauważy subtelnego dowcipu, więc wcisnęła go absolutnie wszędzie, gdzie tylko się dało. Zupełnie niepotrzebnie. Ale cała skwarkowa intryga była bardzo fajna, tylko opowiadanie powinno być przeciśnięte przez redakcję. A opowiadanie dopełnia podium moich trzech ulubionych.
Spore wąty miałam podczas lektury ostatniego opowiadania, Przyjdź Mateusza Katerskiego. Całość jawiła mi się jako dość banalny pseudokryminałek w czymś jakby postapokalipsie (no, przynajmniej jest mowa, że jest po jakiejś wojnie), ale wszystko jakieś takie mdłe i wtórne. Plusem była końcówka, w którą wkradła się odrobina mistyki i Biblii, całkiem zgrabnie wplecionych w finał wątku kryminalnego.

Antologia ma wady. Bardzo wyraźne, bardzo bolesne. Kompletny brak korekty, przez co literówki i inne byki dwoją się i troją na kolejnych stronach. Mankamentem może też być skład autorski: Pieśni Końca to zbiór tekstów debiutantów. Jak na debiutantów jest, ma się rozumieć, bardzo w porządku, ale brakuje tam kogoś z bardziej wyrobionym warsztatem, kogoś, kto by – w razie czego – zwabił czytelnika, pozwolił mu zapamiętać tę antologię jako coś naprawdę fajnego. Mimo świetnego wrażenia, z końcową oceną mam kłopot. Pewnie mam skłonność do zawyżania, ale to dlatego, że całość wpisuje się w to, co bardzo zawsze popieram: promowanie debiutantów. I możliwość wypłynięcia kolejnego wydawnictwa zajmującego się fantastyką, bo ileż można znosić cholerną dominację Fabryki? Przy czym trzeba tu nadmienić, że Uguisu sporo ryzykowało: antologia debiutantów jako pierwsza publikacja debiutującego wydawnictwa? Hardkor, mili Państwo. Czy się udało? Trudno powiedzieć. Pieśni Końca ukazały się w 2009 roku, od tamtej pory cisza w eterze. Ale dobre duchy donoszą, że to jeszcze nie koniec. I że być może należy się czegoś spodziewać jeszcze w tym roku. I że należy wziąć udział w konkursie Teorie Spisku, choć wszystko odbywa się dość dziko.
Nie mogę z czystym sumieniem polecić tej antologii, byłoby to zeszmacanie się przez zwykłą sympatię. Ale mogę podpowiedzieć, których autorów wypatrywać w księgarniach, bo pokazali, że stać ich na wiele. A to już coś. Dla Pieśni Końca natomiast 5/10, bo po uśrednieniu wszystkich plusów i minusów wypada po prostu przeciętnie.







Wrota promieniowały kosmicznym chłodem. Markowsky czuł to mimo w pełni izolowanego skafandra. Nie odczuwał zimna. Było to raczej ulotne wrażenie lodowatego dechu otchłani. Tomas obejrzał się za siebie. Przez chwilę rozglądał się po hali wejściowej rozciągającej się tuż przed śluzą, po czym odwórcił się z powrotem do wrót.
– Tu Markowsky. Otwórzcie.
Radio odpowiedziało trzaskiem, a po chwili z głośniczka hełmu odezwał się głos.
– Łukasz Palen, Zaciemnienie

środa, 9 stycznia 2013

ZaFraapowana filmami (75) - "The Hobbit: An Unexpected Journey"

Hobbit: Niezwykła Podróż - plakat
Na początek disclaimer: Hobbita czytałam tak dawno, że łojzicku i nawet nie chce mi się liczyć, ile lat temu. Z całej książki pamiętam cztery sceny na krzyż i ogólne wrażenie, które naturalnie mogło nie mieć żadnego związku z rzeczywistością, bo przekonałam się już, że często wizualizuję sobie różne elementy ze świata powieści w sposób całkowicie dowolny, nawet jeśli w danej książce znajduje się bardzo precyzyjny opis. Toteż tak naprawdę dość trudno oceniać mi film jako ekranizację twórczości Tolkiena. Na pewno tu i ówdzie będę próbowała to zrobić, ale jedno wiem na pewno: mam rok na ponowne przeczytanie Hobbita. Może przy okazji drugiej części najnowszej trylogii Jacksona będę bardziej kompetentna.

Od jakichś dwóch tygodni na mojej liście odwiedzanych blogów wykwitają kolejne recenzje produkcji, o którą mi chodzi, czyli Hobbita: Niezwykłej Podróży (w tytule dzisiejszej notki posłużyłam się tytułem oryginalnym, bo jakoś ta "Niezwykła Podróż" zupełnie mi się nie podoba). Bardzo starannie je omijałam, usiłując nie kierować się niczyją opinią i iść do kina z czystym kontem. Nie udało mi się, naturalnie, w stopniu całkowitym, bo czasem już z tytułu notki widać było, jakie zdanie ma autor recenzji na temat filmu, ale jestem dość zadowolona. Wiedziałam tylko tyle, że będzie coś o jeżu…
Teraz, po seansie, nagle całkiem sporo tych tytułów notek zaczyna mi się układać w logiczną całość. Ale nie wszystkie. Bo z tego co zauważyłam, film budził całkiem sporo wątpliwości, podczas gdy mi przede wszystkim i najzwyczajniej w świecie – podobał się.
Ale po kolei.

kadr z filmu Hobbit (od lewej: Bilbo, Gandalf)
Sam Bilbo Baggins (Martin Freeman) jest bardzo w porządku. Wzbudza nawet sympatię, czego nie można powiedzieć o jego siostrzeńcu z zaparciem z Władcy Pierścieni. Trochę się obawiałam, że skoro gra go inny aktor niż jego starszą wersję, to będzie mi się gryzło i raziło przez cały film – ale wcale tak nie było. Nie wiem, czy to zasługa doboru aktorów, czy charakteryzacji, czy jeszcze czegoś, ale Bilbo po prostu podpasował. Część bohaterów, oczywiście, spotykamy po raz kolejny, więc wiadomo, czego się po nich spodziewać: będzie Golum, Gandalf, Saruman (całkiem zabawnie się go ogląda, jak człowiek wie, jak to wszystko się skończy i po której stronie tak naprawdę jest Biały Czarodziej), Elrond, a także Galadriela w wersji a’la Mel Brooks. To znaczy nie żebym Galadrielę uwielbiała we Władcy, bo już tam budziła moje spore wątpliwości. Tutaj jednak jest jeszcze bardziej powłóczysta i mistyczna. A złośliwi mówią, że stoi na obrotowej platformie, kiedy tak się odwraca bez udziału nóg.
Ale Hobbit, w przeciwieństwie do takiego na przykład Silmarillionu, nie jest przecież o elfach, tylko przede wszystkim o krasnoludach. A więc trzeba wspomnieć o kurduplowatych brodaczach: od samego początku miałam wobec nich bardzo mieszane uczucia. Mimo że niewiele pamiętam z książki, zapamiętałam tyle, że krasnoludy były w niej raczej powiększoną wersją dobrze znanych krasnoludków w kolorowych czapkach, aniżeli tym, co zaserwował nam Jackson. Z drugiej strony, to by było bez sensu w filmie: skoro Hobbit jest czymś w rodzaju prequela do Władcy, należy być konsekwentnym w przedstawianiu bohaterów. Krasnoludy w filmie nie mają więc wiele wspólnego z Tolkienowskimi oryginałami, ale muszę powiedzieć, że w końcu ich „kupiłam”. Choć w tym momencie umiem poprawnie zidentyfikować jedynie Thorina Dębową Tarczę (Richard Armitage), Balina (Ken Stott), Bombura (Stephen Hunter) oraz Filego (Dean O’Gorman) i Kilego (Aidan Turner), przy czym podczas seansu ciągle myliłam dwóch ostatnich. Co się chwali, kraśki są różnorodne (miła odmiana po większości amatorskich opowiadań fantasy, gdzie podział na rasy wygląda raczej w stylu „atakują klony, będą nas miliony”) – nie tylko pod względem zarostu, choć to oczywiście przede wszystkim rzucało się w oczy – ale też mają różne charaktery i to na ekranie bardzo wyraźnie widać. Przy tym mocno mnie zaskoczył Thorin – najpierw na plus, bo z całkowicie samiczego punktu widzenia muszę powiedzieć, że jest świetny, ale potem z kolei na minus, bo… cóż, przez cały film jedyne co robił, to zerkanie spode łba i marudzenie. Strasznie by mnie wkurzyło, gdybym miała podróżować gdziekolwiek z kimś takim. Ciągle mi smutno ze względu na Kiliego, który jednak nijak kraśkowato nie wygląda. To znaczy rozumiem, że on najmłodszy, ale brodę miał tak mizerną, że przeciętna Niemka ma więcej włosów pod pachami. Z zaakceptowaniem tego krasnoluda miałam najwięcej kłopotu.
kadr z filmu Hobbit (od lewej: Dwalin, Balin, Bilbo)
Ostatnią kategorią postaci są, ma się rozumieć, potwory i przeciwnicy. Mamy więc trójkę trolli, które kłócą się, jak przyrządzić hobbita – pamiętam, że w książce bardzo mi się ta scena podobała i rzeczywiście miałam wrażenie, że Bilbo przeciwnika sprytnie przegadał i sprawił, że w zapamiętaniu przesiedzieli do rana. W filmie tego nie odczułam. Tego „przegadywania” było jakoś tak niewiele, a i to siedzenie do dnia w ogóle mnie nie przekonało, bo przecież i bez starań Bilba oni chyba by musieli tam siedzieć – wszak krasnoludy na rożnie ciągle były całkowicie surowe i wierzgające. Ale trolle jako takie były urokliwe, szczególnie motyw wysmarkania hobbita. Może i mam prosty humor, ale to szczere zaskoczenie i lekka trwoga mnie spłakały.
Są też gobliny – czyli kolejne stwory, które bawią. Co więcej, nawet ich król (Barry Humphries) wzbudza sympatię, no bo jak tu nie lubić szefa, który wstając z tronu rozdeptuje cały stosik swoich podwładnych? No i miał urocze „Yep, that’ll do it” w konfrontacji z Gandalfem.
O naparzających się pięściami olbrzymach nie chcę się wypowiadać, bo może i było to widowiskowe, niemniej odbywało się w okropnym slow motion i ja ciągle się zastanawiam, co to w ogóle było, bo z książki żadnej takiej nawalanki nie pamiętam…
Całościowo jednak bohaterów odbieram bardzo pozytywnie, och!, za jednym wyjątkiem. Radagast Bury (Sylvester McCoy)… Najpierw się ucieszyłam, że będzie – no bo w twórczości Tolkiena właściwie nie było go dużo, a jakoś pamiętam, że go lubiłam z tych szczątkowych informacji, które tu i ówdzie się pojawiały. A potem zobaczyłam staruszka z obesraną głową, który ma pełną wzruszeń i napięcia scenę z jeżem Sebastianem. Sebastianem?! Serio? Łał. I do tego miał zaprzęg królików. No dobra, to było zabawne i nie będę nawet udawać, że przy tym nie rechotałam (ba!, ja bym chciała sama mieć taki zaprzęg – to dopiero byłby lans: zajeżdżać tak do pracy!), ale wciąż w powietrzu wisiało neonowe „WTF?!”.

kadr z filmu Hobbit (Thorin Dębowa Tarcza)
I w moim odczuciu to zresztą był najpoważniejszy problem filmu: ta kuriozalna huśtawka od wielkiego WTF do epickich, wzruszających scen i nazad.
Mam wrażenie, że to było tak: Hobbit, w przeciwieństwie do Władcy, został przez Tolkiena napisany jako lekka powieść z konkretną przygodą, powieść przeznaczona dla dzieci. Władca Pierścieni to już inna śpiewka – to było na serio. A potem przyszedł Jackson i zaczął od zadka strony, czyli od Władcy: i zrobił to jak należy, na poważnie, heroicznie i epicko. Później zabrał się za Hobbita i zaczął robić to tak samo epicko, żeby konsekwentnie było, no poza tym teraz jak ludzie widzą nazwisko tego reżysera, oczekują wielkich widowisk, właśnie tej epickości. A więc Jackson postanowił dać to, czego się oczekuje – ale przypomniał sobie, że to powinno być lżejsze, dla dzieci. Więc, skoro już nadął fabułę książki do klimatu z Władcy, musiał dla równowagi wrzucić Elementy Komiczne. Te ostatecznie wyglądają, jak mocno z dupy wzięte, a z klimatu Tolkienowskiej powieści zostało bardzo, bardzo niewiele. Początek pasował (pojawienie się Gandalfa pod norką Bilba). Problem w tym, że reżyser mógł albo zerwać zupełnie z Władcą Pierścieni i zrobić film w innej konwencji, albo przerobić Hobbita na opowieść poważną i rozdętą. Albo zrobić to, co zrobił. Moim zdaniem żadne z tych rozwiązań nie byłoby idealne i sama nie wiem, co bym wolała. Godzę się więc na to, co dostałam w kinie, bo tak prawdę mówiąc, oglądało mi się to przyjemnie.
Owszem, po seansie miałam wrażenie mętliku. Owszem, film nie oddaje ducha książki. Ale jednocześnie Hobbit jest po prostu ciekawy, miejscami zabawny, miejscami smutny, zahacza nieco o dużo wcześniejszą historie Śródziemia, na pewno jest też widowiskowy i dynamiczny. Ucieczka od goblinów na ten przykład, mimo że długa i nie stroniąca od drobnych przegięć, podobała mi się właśnie ze względu na tę dynamikę i ładna choreografię. Nie nudziłam się. Film trwa bite trzy godziny, a ja naprawdę ani razu nie poczułam nudy. Nikt mi na ekranie nie dostawał zaparcia, nikt nie płakał i nie nudził, ciągle coś się działo. Bohaterowie wzbudzili we mnie takie emocje, jakie mieli wzbudzać – no, może za wyjątkiem Azoga (Manu Bennett), który wygląda jak marzenie ogrodnika z tymi pazurkami.
No i muzyka.
Muzyka jest piękna, co tak naprawdę nie powinno dziwić, bo przecież i we Władcy Pierścieni to mocny punkt. Co ciekawe, o ile w poprzedniej trylogii soundtrack obfitował w rozmaite kawałki, o tyle mam niejasne wrażenie, że OST Hobbita to singiel (chociaż wiem, że tak nie jest, słuchałam na jutubie). Mamy jedną, genialną mruczankę Misty Mountains, a potem lecą jej mniej i bardziej podniosłe przetworzenia. Są bardzo miłe do słuchania i wcale mi to nie przeszkadzało, po prostu uderzyło mnie, że przez te trzy godziny tak naprawdę słucha się w koło Macieju jednego motywu. A jeśli już pojawia się coś innego, to brzmi łudząco podobnie do niektórych utworów z Władcy.


Ogółem, mimo wszystkich mankamentów, jakie widzę w tym filmie, on mi się na serio podobał. Tak zwyczajnie, te trzy godziny umknęły mi gdzieś nawet nie wiem kiedy. Jesteśmy gdzieś w jednej trzeciej książki i ja naprawdę nie mogę się doczekać premiery drugiej części, o. Jak dla mnie 8/10. To jest naprawdę bardzo dobry film i tego będę się trzymać.







Far over the misty mountains cold
To dungeons deep and caverns old
We must away ere break of day
To seek the pale enchanted gold.

The dwarves of yore made mightly spells,
While hammers fell like ringing bells
In places deep, where dark things sleep,
In hollow halls beneath the fells.
- J.R.R. Tolkien
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...