wtorek, 1 stycznia 2013

ZaFraapowana Filmami (74) - "Gran Torino"

Gran Torino - plakat
Film obejrzałam już ładnych kilka dni temu, ale jakoś ciągle się nie składało do napisania. Może dziś. Może jako taki dobry omen na ten rok.
Mimo że przez te kilka dni zastanawiałam się, co mogłabym napisać o tej produkcji z 2008 roku, tak naprawdę wszystko ciągle sprowadzało się do: „c’mon, to Clint Eastwood!”. Ale jednak spróbuję. Obiektywizmu nie będzie tu za grosz, a kto zamierza powiedzieć cokolwiek złego w temacie Gran Torino, niech zamilknie na wieki.

Clint Eastwood to jeden z tych aktorów, którzy najzupełniej doskonale sprawdzają się również w roli reżysera. Powiedziałabym nawet, że lepiej wychodzi mu reżyserka niż aktorstwo, biorąc pod uwagę, że – cytując nie pamiętam kogo – Eastwood ma dwie miny: w kapeluszu i bez. Ale tak nie powiem, bo nie wyobrażam sobie nawet, jak można sobie wyobrazić kogokolwiek innego niż Clint w filmach takich jak… tak naprawdę w każdym filmie, w którym on wystąpił. Eastwood jest doskonały.

W Gran Torino mamy do czynienia z niejakim Waltem Kowalskim (ma się rozumieć: Clint Eastwood. TAK! Polska dostaje w tym momencie +gazylion do zajebistości, a mój patriotyzm wskoczył o kilka leveli wyżej!), weteranem wojny w Korei, który jest zatwardziałym rasistą zamieszkałym w Highland Park, w sąsiedztwie dość licznej rodziny Hmongów. Wiadomo więc, że lekko nie będzie, tym bardziej, że kuzyni jednego z sąsiadów, Thao (Bee Vang), bardzo usiłują młodego Azjatę nakłonić do dołączenia do gangu – kłopoty się zaczną, kiedy Thao jako inicjacyjną akcję dostanie zadanie kradzieży samochodu Walta, przepięknego forda Gran Torino z 1972.
Tyle fabuły, żeby nie zdradzać parszywie dalszych epizodów. Tu muszę jednak napomknąć, że generalnie akcji w filmie jest jak na lekarstwo, widzowi pokazuje się raptem kilka miejsc na krzyż, a cały film polega głównie na rozmowach. Nie zmienia to faktu, że nie sposób się na tym filmie nudzić, od siebie zaś sugeruję oglądać z paczką chusteczek pod ręką, bo to jeden z tych filmów, na których Fryy się dość ordynarnie rozklejają.

kadr z filmu Gran Torino (od lewej: ojciec Janovich, Walt)
Najważniejszym elementem Gran Torino są, ma się rozumieć, bohaterowie. Nie mam pojęcia, jak to zostało osiągnięte, ale sympatię wzbudzali dokładnie ci, którzy mieli ją wzbudzać, zaś bohaterów negatywnych nie cierpiałam ze wszystkich sił. Przyznam, że rzadko kiedy to się udaje w filmach.
Że postać odgrywana przez Clinta Eastwooda była doskonała, to nie powinno dziwić. Jest doskonała już od pierwszych scen, kiedy stoi przy trumnie na pogrzebie żony. I kiedy tak widziałam wchodzących do kościoła wnuków Walta, mi też nóż się w kieszeni otwierał. Zarówno tymi gnojkami jak i ich rodzicami najchętniej szorowałabym po kamienistym gruncie, mimo tłumaczeń, że to nie są lata pięćdziesiąte i tak dalej. Bo jakie to by nie były czasy, jeśli nastolatka przychodzi na pogrzeb ubrana w ten sposób, to po prostu niech wyjdzie i da się komuś przelecieć za rogiem, a nie psuje innym uroczystość. I ja już wtedy podziwiałam Walta, że zachował zimną krew.
Elementem, który bardzo mi się w nim podobał, były koreańskie doświadczenia. To znaczy widz wiedział, że Walt był w Korei, że śmierć nie jest mu obca i tak dalej. Jednocześnie nie było to jakoś nachalnie wyeksponowane i wmuszane w widza w stylu „patrzcie, patrzcie, on ma traumę po wojnie”, co jest częste w amerykańskich filmach o weteranach. W którymś momencie pojawia się mała wzmianka na przykład o tym, że nie jest problemem to, co się na wojnie robiło w ramach rozkazów – ale cała reszta tego wątku, czyli ewentualne grzechy popełniane z własnej woli, odnajdywanie przyjemności w zabijaniu i tak dalej – to wszystko wisi gdzieś w domyśle i wcale nie jest wspomniane. Ani słówkiem. To dość niezwykłe, bo naprawdę przyzwyczaiłam się, że amerykańskie kino lubi dosłowność.
Skoro już jestem przy rozmowach o śmierci i o wojnie, przejdę tu do ojca Janovicha (Christopher Carley), czyli „overeducated 27-year-old virgin”. Bo to jedna z tych postaci, których nie sposób nie lubić. Młody ksiądz, który dopiero co wyszedł z seminarium, a który obiecał zmarłej żonie Walta, że się nim zaopiekuje. Tyle tylko, że Walt zupełnie nie wykazuje chęci do współpracy. Jedyną metodą Janovicha jest tutaj upór i cierpliwość, duchowny trzyma się więc tego i… i no trudno, zaspoiluję: jedna z najfajniejszych scen filmu to ta, w której Walt przychodzi się wyspowiadać, a ojciec Janovich reaguje na to: „Jezu, co zrobiłeś?”. To po prostu trzeba zobaczyć.
Interesująca jest też sama rodzina Hmongów. Siostra Thao, Sue (Ahney Her), wzbudza sympatię dzięki swojej bezpośredniości i pogodzie ducha. Jest uparta zupełnie inaczej niż ojciec Janovich, ona po prostu umie rozmawiać z ludźmi – do tego stopnia, że nawet jej największy i najbardziej zatwardziały hejter w końcu ją polubi. I nic dziwnego.
W ogóle teraz mi poszedł ciąg skojarzeń od Sue, przez to, jak się poznali z Waltem, co z tego poznania później wynikło, aż dotarłam myślami do sceny, w której Kowalski zaczął przyjmować prezenty. I tutaj muszę nadmienić jedno: ten film, chociaż jest ogólnie zakwalifikowany jako dramat, jest po prostu zabawny. Prześmieszny masą prostych, niezbyt nachalnych drobiazgów, które sprawiają, ze całość jest jakaś taka ciepła i miła. A skoro już jestem przy elementach humorystycznych, nie sposób nie wspomnieć tutaj o relacjach Walta z fryzjerem Martinem (John Carroll Lynch), które były najzupełniej rozbrajające. Ten rodzaj przyjaźni, w którym obie strony mogą już po sobie jeździć jak po łysej kobyle, bo przecież i tak wiadomo jak jest. Lubię takie rzeczy.
Wiem, że straszny burdel w tej notce mam, ale teraz jeszcze wrócę do rodziny Hmongów. Bo to istotny temat, bardzo fajnie w filmie pokazany. Wyjaśnione jest, jak to się stało, że oni w ogóle pojawili się w Stanach. Zaprezentowane są strzępki ich kultury, co daje widzowi wgląd w coś, o czego istnieniu tak naprawdę pewnie nawet nie miał pojęcia (no… ja nie miałam). Ze względu na przedstawienie tego ludu również warto obejrzeć film.

Nie będę się już więcej produkować, bo to nie ma sensu. Gran Torino to genialna rzecz, którą bardzo polecam. Nie chcę rozpisywać się po kolei, jakie odczucia miałam odnośnie którego bohatera, bo nie w tym rzecz. Podsumuję więc tylko, że postacie są świetnie skonstruowane, bardzo wyraziste i spójne, w filmie nie ma tej typowo amerykańskiej, nachalnej dosłowności, przy czym jednocześnie nie ma jakiejś (typowo naszej, równie nachalnej) depresyjności. Film momentami jest ciepły i sympatyczny, momentami smutny, czasem człowiek siedzi i zaciska zęby zastanawiając się, co się porobiło z tym światem i czemu to wszystko musi być takie pogrzane. Jest trochę o starości, o samotności, rasizmie, życiu w zgodzie z własnymi zasadami, wreszcie o śmierci – to film o różnych rzeczach. Wszystkie pojawiają się w sposób delikatny i wzbudzają emocje bez walenia widza młotkiem przez łeb. Nie umiem znaleźć w Gran Torino żadnej wady. Ba, nie będę nawet próbować jakoś na siłę. Jestem tym filmem zachwycona i już. Pełne 10/10.









(źródło w rogu obrazka)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Przy Kawie (12) - Grudniowy Karnawał Blogowy wraz z przyległościami

(źródło)

Grudzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Miał być wielki kombek po listopadowej nieobecności, miałam napisać milion notek (ze trzy mam w głowie, tylko nie ma kiedy przysiąść i ich napisać, wrr wrr…), wszystkie naturalnie błyskotliwe i interesujące, żeby mnie cytowali po Internetach i wogle. Wyszło, oczywiście, jak zwykle. Czyli świąteczno-noworoczny kocioł zupełnie mnie zjadł.
Żeby nie było, karnawał będzie, o! Niestety, to kolejny z miesięcy, kiedy cudze blogi przeglądałam jedynie pobieżnie, a nawet jak mnie coś zainteresowało, to nie miałam głowy do tego, żeby to gdzieś odnotować. Tylko jeden tekst faktycznie dorzuciłam do zakładek, ba, wracałam do niego kilka razy. Nie wiem nawet czemu, po prostu mnie urzekł i już.
Toteż mój Grudniowy Karnawał Blogowy zawiera dokładnie jedną pozycję:

Jawne Sny – Opowieść o Iwanie.

Natomiast teraz przejdę do zapowiedzianych w tytule przyległości.
Miałam również, ma się rozumieć, wrzucić tu życzenia noworoczne, jakiś obrazek czy coś. Mój nołlajfizm jednak zawiódł na całej linii i okazuje się, że zamiast siedzieć przy ołówku i tablecie, ewentualnie waląc w klawisze, mam się spotykać z żywymi ludźmi. Nie wiem: jak zwierzę zupełnie.
Jednakże (ohoho, Postanowienie Noworoczne…) od stycznia mam odnośnie bloga Wielki Plan, który w tym roku już tak parę razy przetestowałam i stwierdziłam, że jest stosunkowo realny. Toteż mogę obwieścić, że to miejsce w przyszłym roku powinno zyskać nieco na… no, na wszystkim. Mam nadzieję, że wszystko wypali.

Pozdrawiam Państwa i życzę udanej sylwestrowej zabawy!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...