czwartek, 1 listopada 2012

Przy Kawie (11) - Październikowy Karnawał Blogowy

(źródło)
Nie, nie zapomniałam – tym razem wrzucam karnawalenie dokładnie wtedy, kiedy planowałam. Życzę wszystkim miłej lektury i… no cóż, i życzcie mi powodzenia na NaNoWriMo. Od jakiegoś już czasu wypadłam z rytmu codziennych norm, więc będzie mi nieco trudniej niż w zeszłym roku – ale chyba to jak jazda na rowerze. I nie mam tu na myśli tego, że można sobie skręcić kostkę wpadając do rowu. To znaczy pewnie można, ale nie do końca to mam na myśli. Och, nieistotne. Miłego indżojowania życzę!

Ag – Kup na drugą kopię – czyli parę słów w temacie tego, jak to wydawcy radzą sobie z wchodzeniem na rynek e-booków, kto stosuje rozwiązania absurdalne, a kto trochę mniej.

Reborn Story – Z Archiwum X – och, nie mogłam nie umieścić tu tego wpisu. Mój ogromny sentyment do tej serii sprawia, że aż mi się łezka zakręciła, jak żem to przeczytała. Ten serial miał w sobie niesamowitą magię. Stracił ją w ostatnich sezonach co prawda, ale zdecydowanie to klasyk wśród klasyków i dobrze, że jeszcze się o nim pamięta.

Versus – Jump Felix, jump! – ot tak, bo troszkę się tym skokiem jarałam i ogólnie strasznie mi się podoba, że ludzie prawie na moich oczach robią rzeczy, których jeszcze niedawno czytało się w ramach sci-fi.

Michał Stonawski – Czapki z głów, panowie – parę słów o polskim i amerykańskim patriotyzmie, z którymi nie mogę się nie zgodzić. Mimo że o Amerykanach oczywiście w dobrym tonie jest mówić, że to idioci i w ogóle, to jednak tego powinniśmy się od nich uczyć: patriotyzmu. I wmawiania innym, że jesteśmy zajebiści. BO TAK.

hevi – NaNoWriMo – pisałam o NaNo w zeszłym roku, w tym sobie odpuściłam, ale za to inni poruszali u siebie ten wątek. Jeśli ktoś jest ciekaw, o co w ogóle chodzi w projekcie i dlaczego to jest fajne, polecam wpis u hevi.

środa, 31 października 2012

ZaFraapowana Fimami (73) - "Lesbian Vampire Killers"

Lesbian Vampire Killers - plakat
Dziś ostatni wpis przed NaNoWriMo. Nie mam pojęcia, czy w listopadzie cokolwiek tu napiszę – istnieje uzasadnione przypuszczenie, że raczej będę nieustannie walić w klawiaturę, coby odwalić gdzieś między gotowaniem obiadu a pracą 1667 słów dziennie.

No to lecim: Lesbian Vampier Killers to film z 2009 roku w reżyserii Phila Claydona. Fabuły nie ma sensu chyba przybliżać, no bo czyż fabuła ma znaczenie w obliczu czegoś, czeog tytuł brzmi, u licha, Lesbian Vampire Killers?! No właśnie. Ale, żeby nie było niedomówień, nadmienię tylko, że oto mamy dwie egzystencjalne pierdoły, Jimmy’ego (Mathew Horne) oraz Fletcha (Jamesa Cordena, a więc ciemiężonego sługę Muszkieterów), którzy po tym, jak ponieśli kolejne życiowe porażki, po pijaku postanawiają udać się w ramach urlopu na pieszą wędrówkę gdzieś po angielskich bezdrożach. Nie wiedzą jeszcze, że spotkają tam bus pełen seksownych studentek, jeszcze bardziej seksowne wampirzyce i jednego samozwańczego Van Helsinga…

Pewnie część z Państwa już zamknęła tę kartę przeglądarki. Bardzo słusznie. To na pewno nie jest film – a co za tym idzie: wpis – dla każdego. Ba!, tu trzeba zaopatrzyć się w solidną dawkę dystansu do wszystkiego. Butelka dobrego, portugalskiego wina też pomaga.
Zacznę od proporcji: tytuł filmu brzmi Lesbian Vampire Killers, ale tak prawdę mówiąc Lesbian jest tam niewiele. To znaczy: jeśli chodzi o erotykę, to sugeruję wszystkim czternastoletnim onanistom z trądzikiem odpuszczenie sobie tego filmu, bo to naprawdę nie jest tego rodzaju produkcja. Horroru, ma się rozumieć, też nie ma tu ni w ząb. To przede wszystkim komedia. Komedia lekka, łatwa i przyjemna, a przy tym nie tak boleśnie amerykańsko-nastolatkowa jak Scary Movie. Choć można się doszukiwać podobieństw: oto mamy zupełnie niebohaterskich bohaterów, którzy stają w obliczu mistycznych niebezpieczeństw, duchów i demonów Dildo. Powtórzę jednak: jak na Scary Movie mam mocno ograniczoną tolerancję, tak tutaj naprawdę rechotałam jak głupia i się tego nie wstydzę. Film jest zabawny i już – nie jakiś arcyśmieszny, ale człowiek po prostu świetnie się bawi.

Ponieważ ostatnio narzekałam na bohaterów, pojadę tym samym schematem: otóż bohaterowie w Lesbian Vampire Killers… Cóż, są o kilka nieb lepsi od bohaterów w filmach, które oglądałam ostatnimi czasy. Po pierwsze: grają dużo lepiej, niż ktokolwiek z Warbirds. Są bardziej przekonujący i automatycznie ja po prostu ich przygody kupuję bez szemrania. Po drugie: wzbudzają sympatię. Nie są wkurzającymi kretynami, którzy koncentrują się na tym, by być bardziej zajebistymi i twardszymi niż ustawa przewiduje. Są pierdołami, ale ich pierdołowatość jest zabawna. Tak po prostu. No dobrze, po części wynika to z tego, że film jest angielski. Najgorsza fabuła zyskuje +30 do lansu, jeśli bohaterowie mówią z brytyjskim akcentem.

Ale tak na serio: oni są po prostu przekonujący. Mimo że przewija się cała spuścizna tego typu produkcji, a więc przyjaciel będący chodzącym Elementem Komicznym, bohater-Wybraniec, jego Oblubienica, a także podstarzały Mistrz, to wszystko jest podane w jakiś taki lekkostrawny i fajny sposób. Ba! Pan, którego tu podciągnęłam pod rolę „Mistrza”, czyli Wikary (Paul McGann) jest na serio bardzo fajny. Urzekł mnie w momencie, kiedy dowiedział się, że o czosnku, krzyżach, świetle słonecznym i całym tym ustrojstwie wie każdy, bo są przecież książki i filmy… Cóż, to naprawdę jest piękne: widzieć, jak Wielki Pogromca Wampirów nagle dowiaduje się, że jego wiedza wcale nie jest jakaś szczególnie tajemna czy wybitna.

kadr z filmu Lesbian Vampire Killers (Jimmy i Fletch)
Fabuła? W istocie nie jest szczególnie przekombinowana. Ogranicza się do tego, że bohaterowie biegają, mordują wampirze lesbijki i bluzgają. Och, kto by się tym przejmował?

Poza tym, film ma naprawdę niezłą muzykę. Serio. Nie jest, ma się rozumieć, epickim soundtrackiem, który by się chciało dorwać w swoje łapki, by odsłuchiwać przez kolejne dni, niemniej jest po prostu fajny. W odpowiednich momentach pojawiają się odpowiednie kawałki i budują klimat… No, to coś, co w filmie robi za klimat… Całość jest na tyle leciutka, że trudno tu mówić w sumie o jakiejś szczególnej atmosferze. Z całą pewnością widz nie wsiąknie w niesamowitą opowieść o krwiożerczych dzieciach nocy – bo tych po prostu tu nie ma.
Choć jeśli się nad tym wszystkim poważnie zastanowić, to całe te lesbijskie wampirzyce są bardziej kanoniczne od niejednego wampira z filmów ostatnich lat. Mi one od razu przypomniały te wampirzyce-pomagierki Draculi – i mam tu na myśli tego literackiego Draculę, tego, co go opisał Bram Stoker. Tam też były to piękne kobiety i też ich główną, odrażającą cechą była ta zwierzęca, bezwstydna chuć. Tutaj tak naprawdę jest jakaś tego namiastka, choć zaserwowana, ma się rozumieć, w formie niezbyt wyszukanej, raczej powierzchownie. Wciąż lepiej niż wszelkiego rodzaju zmierzygi. Męskie wampiry w filmie nie występują, więc przeciętna gimnazjalistka nie znajdzie tu wiele dla siebie.

Och, no tak se gadam, ale to tylko gadanie dla natłuczenia słów (trenuję przed NaNo). Prawda jest taka, że to po prostu fajny, zabawny filmik. Nic z erotyki, nic z horroru, a wampirzyce tryskają – zamiast krwi – czymś, co przypomina (zaciskam zęby i staram się być przyzwoita) budyń waniliowy, ale kto by się tym przejmował? Jest zabawnie. Zabawne są relacje bohaterów, ich charaktery, to, jak radzą sobie z grozą nie z tej ziemi – człowiek po prostu ogląda ten film i śmieje się jak głupi. Nie jest to arcydzieło, ale z czystym sumieniem mogę polecić. Na jakiś błogi, pijany wieczór będzie jak znalazł. Ode mnie 7/10, bo to naprawdę dobry film. W sam raz na relaks, jeśli człowiek siedzi i zachodzi w głowę, co ma pisać w tegorocznym NaNoWriMo. Fraa approved!




kadr z filmu Lesbian Vampire Killers :D





Yep, lesbian vampires. Just another one of God's cruel tricks to get on my tits. Even dead women'd sooner sleep with each other than get with me it would appear. But eatin' me alive, oh no, that's fine. Next time he'll have me bummed by a big gay werewolf I swear.

wtorek, 30 października 2012

ZaFraapowana filmami (72) - "Warbirds"

Warbirds - plakat
Maraton fatalnych filmów trwa w najlepsze. Dzisiejszy seans był tym bardziej wyjątkowy, bo do produkcji z 2008 roku w reżyserii Kevina Gendreau, Warbirds, swego czasu już się zabierałam. Niestety, odpadłam po pół godzinie. A, jako rzecze Ulv, jeśli ja nie daję rady obejrzeć jakiegoś filmu, to znaczy więcej niż niejedna recenzja. Dziś więc postanowiłam być dzielna i zapoznać się z filmem od samego początku do samiutkich napisów końcowych. Kwestia była po trosze ambicjonalna, po trosze zaś liczyłam na to, że może gdzieś tam jest jakaś perełka, do której nie dotarłam… I tak właściwie to nawet coś się znalazło – ale o tym później.

Film jest dokładnie tak zły, jak to zapamiętałam z pierwszej próby obejrzenia. Mamy w nim wszystko to, co najlepsze: 1945 rok, załogę pin-up pilotów, pterodaktyle i japońskich jeńców. Z samego tego łatwo wywnioskować, że będzie srogo.
Zacznę od głównych bohaterek, a więc oddziału kobiet-pilotów. Generalnie kiedy się na nie patrzy, łatwo zrozumieć, dlaczego wojsko i prowadzenie pojazdów mechanicznych są kojarzone raczej z męskimi zajęciami. Panienki pieprzą wszystko, czego się dotkną, a prawdę mówiąc jedyne, co im wychodzi przez cały czas, to nienaganne wyglądanie. Na serio. Trochę trudno wczuć się w przejmującą, pełną grozy opowieść o grupie rozbitków na wyspie opanowanej przez tysiące prehistorycznych bestii, kiedy tak bardzo widać, że rozbitkowie więcej energii wkładają w to, żeby uroczo i słodko wyglądać, niż w… no nie wiem: grę? Och, aktorstwo w tym filmie waha się gdzieś na poziomie szkolnego teatrzyku. Panienki równie przekonująco marszczą czółka i przygryzają uszminkowane usteczka. Staram się o tym pisać bez okrzyków „Na litość bogów, łotdefuk?!”, ale coraz słabiej mi idzie. Panie są fatalne. To znaczy żeby nie było: należą się wyrazy szacunku, że mimo spędzenia kilku dni na bezludnej wyspie, gdzieś w środku dżungli, potrafiły naprawić cztery myśliwce i jeden bombowiec, a przy tym ani jednej z nich nie zdarł się lakier z paznokcia, nie rozmazał tusz, że o nienagannej, intensywnej czerwieni ust nie wspomnę. Chciałoby się życzyć wszystkim mężom, by ich żony też tak potrafiły wyglądać z samego rana.
No więc kicają sobie te panieneczki po lesie, prawda? Bez broni, bo i po co? Choć ciągle podkreśla się, jakie są twarde, że tak samo dzielne jak faceci i wogle, to jednak mężczyźni szlajali się z giwerami w pogotowiu, a panie pląsały tam jakby zwiedzały ogród botaniczny w Powsinie. A potem wielkie zaskoczenie, że którąś pojmali „ci źli”.
Nie żeby męska część rozbitków była jakaś wybitna. Szczególnie podobało mi się, kiedy tak szli przez las i nagle któremuś na plecy spadł oskubany do kości ludzki korpusik, jeszcze z resztkami munduru – nie to, żeby ktoś się zastanawiał: co go zjadło? Kto to mógł być? Czy to, co go zjadło, stoi gdzieś za nimi? Czy mają spodnie na zmianę, bo te sobie właśnie całe ufajdolili? Otóż nie. Pierwszym pytaniem dzielnego, amerykańskiego żołnierza w takich okolicznościach przyrody jest: „Jak on tam wlazł?”. Serio?!
Ale wspominałam, że film ma – maleńkie bo maleńkie, ale zawsze – światełko w tunelu. Jest nim Japończyk, kapitan Ozu (Tohoru Masamune). Jako jedyny wzbudza jako taką sympatię, nie zachowuje się jak aż tak wyczynowy debil, a jego niektóre wypowiedzi wręcz wzbudzają uśmiech. Na tle całej reszty? Wybitna postać.

kadr z filmu Warbirds (Ozu i... i któraś z tamtych)
Bzduryzm nie dotyczy tylko ludzi – niestety, z samymi pterodaktylami nie jest wcale lepiej. Latające gadziny na ten przykład są wybiórczo pancerne. Raz do takiego można walić z kilku karabinów, a pterodaktyl nic sobie z tego nie robi, innym zaś razem wystarczy kilka strzałów z pistoletu, by zwierzak padł. Pterodaktyle, jak można było zaobserwować, cenią sobie spokój własnego gniazda. Inaczej bowiem nie potrafię wyjaśnić faktu, że póki pochwycony w szpony Japończyk się darł i wrzeszczał, pterodaktyl tkwił w miejscu i tylko czekał, trzepocząc skrzydłami. Kiedy zaś inni, uznawszy, że dla pojmanego nie ma już nadziei, zastrzelili wreszcie człowieka, pterodaktyl natychmiast wzbił się w powietrze (tak, cały czas z Japończykiem w szponach!) i odleciał w stronę zachodzącego… no… księżyca. Mądrze. Co będzie mu się jakiś kitajec darł przy pisklętach?

Skoro już jestem przy latających pterodaktylach, można tu wspomnieć jeszcze o wszelkich innych latających obiektach (samolotach, znaczy), a także wybuchach czy scenach tak zwanych drastycznych – w skrócie: chodzi mi o efekty specjalne. Łał. Narzekałam, że w Łowcy demonów były złe? To był majstersztyk! Goście od FX w Bibliotekarzu powinni dostać co najmniej nominację do nagrody VES. To znaczy wiem, wiem: jestem trochę niesprawiedliwa, bo Warbirds to produkcja telewizyjna, a ja od razu bym oczekiwała widowiska na miarę Trzech Muszkieterów. Ale bez przesady: są reklamy telewizyjne z lepszymi efektami niż w Warbirds, że o serialach nie wspomnę. Tu przypominam, że film o dziewczątkach pin-up walczących z pterodaktylami to produkcja z 2008 roku! To na serio nowa rzecz, a nie tylko w moim małym światku, w którym wciąż trwają lata dziewięćdziesiąte. Jeśli w roku 2008 kręci się sci-fi, wiąże się to, niestety, z kosztami. To po prostu musi dobrze wyglądać.

Właściwie tu nie ma więcej o czym mówić. Warbirds to film epicko i wstrząsająco zły. Jak zazwyczaj – nawet z lekka patetyczne – gadki o honorze, patriotyzmie, przyjaźni, odwadze i takie tam w jakiś sposób mnie ruszają, tak tutaj wszystkie te motywy doskonale spływają, przybierając postać pustych zdań, którymi się przerzucają bohaterowie. Zdań fantastycznie pozbawionych znaczenia, zupełnie nieangażujących widza. Widz tymczasem siedzi z twarzą ukrytą w dłoniach i zastanawia się, jak to możliwe, że oni wszyscy są takimi idiotami. Lepiej dla ludzkości by było, żeby pterodaktyle zeżarły ich gdzieś na samym początku. Z drugiej strony Warbirds, w przeciwieństwie do Łowcy demonów, jest filmem najzwyczajniej w świecie zabawnym. To wszystko jest tak durne, że aż śmieszne, więc raz, kiedyś, po pijaku można obejrzeć. Ale z pełną świadomością tego, że ruszamy na podbój filmu z kategorii 1/10. Przy czym nie powiem, samo zagadnienie żeńskich załóg samolotów byłoby całkiem ciekawe - na ile te kobiety były wykpiwane, na ile jednak bliżej im do bohaterek i takie tam... Ale to temat na zupełnie inną produkcję, zupełnie bez pterodaktyli.







– You speak English?
– Obviously!

niedziela, 28 października 2012

ZaFraapowana filmami (71) - "Łowca demonów"

Łowca demonów - plakat

Prawda jest taka, że miałam pisać o filmie Bibliotekarz II: Tajemnice kopalni króla Salomona. Po przemyśleniu sprawy doszłam jednak do wniosku, że moja cała wypowiedź mogłaby się zamknąć w zdaniu „To fajny, przezabawny film i bardzo go lubię” – na to chyba szkoda zachodu. Ale postanowienie uaktualnienia dziś bloga zostało powzięte, więc musiałam naprędce znaleźć jakiegoś zastępczaka.
No i znalazłam.

Film Łowca demonów (Demon Hunter) z 2005 roku w reżyserii Scotta Ziehla nawet nieco mnie zaskoczył. To znaczy wiedziałam, że to będzie raczej głupawy pseudohorrorek, ot takie coś do obejrzenia przed snem, ale nie przypuszczałam, że to będzie tak bardzo złe.
Dobra – wiem, wystarczy przeczytać opis fabuły, by wyczaić, że to kiszka: oto bowiem niejaki Jacob Greyman (Sean Patrick Flanery), czyli tytułowy łowca pracujący na zlecenie Kościoła, dostaje nowe zadanie. Ma odnaleźć demona, który opętuje młode kobiety. No, i go zabić, oczywiście. Do pomocy dostaje kipiącą niewinnością zakonnicę, Sarę (Colleen Porch). No i na tym polega film: łażą, szukają tego demona, potem jest coś w rodzaju rozwałki… Chyba… Trudno powiedzieć, jest tak niewydarzona, że człowiek ledwo odróżnia to od całej reszty filmu.

Po pierwsze: kiedy w opisie filmu pojawiła się informacja o kategorii, że to horror/szczypta grozy/adrenalina/męski wieczór (ot, takie tam różne szufladki na iplexie), ja nieopatrznie naprawdę uwierzyłam, że tam będzie coś z tej grozy i horroru.
Błąd.
Nie ma totalnie nic. Ten badziew nawet nie leżał obok horroru. Nie jestem pewna, czy reżyser kiedykolwiek obejrzał jakiś horror. I nie mówię tu o tym, że powinien wyskoczyć od razu z czymś w rodzaju Martwicy mózgu – ja serio doceniam horrory, gdzie te nieczyste siły są gdzieś niedopowiedziane, gdzie ścierają się moce dobra i zła, nawet Kościół zniesę, choć obecnie już mocno trąca myszką takie rozwiązanie… Łowca demonów wygląda jak coś, co jakoś próbuje się wahać między Omenem, Egzorcystą, Bladem a nie do końca wiem czym, ale chyba ekipie starczyło funduszy jedynie na hot-doga podczas przerwy w zdjęciach, więc wyszło jak wyszło. Jeśli w Bibliotekarzu nasuwało mi się, że są słabe efekty (a są! Można powiedzieć, że takie nieco w stylu retro), to tutaj już wypaliło mi oczy. Najbardziej dziadowskie slow motion, jakie widziałam w ciągu ostatnich lat. Z kolei kiedy scenie trzeba było nadać nieco dynamiki, wszystko nagle przyspieszało jak w końcówce Benny Hilla. Demony wyglądały mniej-więcej jakby urwały się z Buffy: Postrach wampirów. Najważniejsze walki nakręcono znaną i lubianą metodą „będziemy merdać kamerą tak, żeby kompletnie nic nie było widać”. Majstersztyk. Nawet te fragmenty, gdzie jakkolwiek było widać, kto z kim w ogóle się leje, zostały zmontowane tak, że widać wyprowadzenie ciosu, a potem już jak jedna z postaci leży na ziemi – jak widać reżyser stwierdził, że generalnie środek do niczego nie jest potrzebny. Jest ewentualnie trochę sztucznej krwi tu i ówdzie, ale też bez jakiejś szczególnej przesady, więc odpada stwierdzenie, że to horror z rodzaju tych, gdzie krew fruwa w tę i nazad.

kadr z filmu Łowca demonów (Jacob i sukkub)
Ale tak naprawdę mankamenty techniczne to tylko część problemów tego filmu. Bo nawet z czymś takim i z kretyńską fabułą mogło czymś nadrabiać (znów nasuwa mi się porównanie do Bibliotekarza, gdzie są złe efekty, fabuła przewidywalna i tak banalna, że aż boli, a jednak całość ogląda się lekko, łatwo i przyjemnie) – bohaterami, dialogami czy muzyką. Albo chociaż jedną czy dwiema dobrymi scenami, dla których warto zmęczyć całość.
Łowca demonów jest pod tym względem niesłychany, ponieważ nie nadrabia niczym. Ale tak zupełnie niczym.
Bohaterowie?
Jacob jest twardy. I to jego główne zadanie w filmie. Jest twardy, bezduszny, nieczuły, do tego mieszaniec, nikt go nie kocha, a on mimo to przez całe życie zajmuje się ratowaniem świata przed zagładą. Wspomniana już zakonnica, Sara, jest głównie czysta i dobra, toteż na jej tle lepiej widać, jak twardy i zajebisty jest Jacob. W ramach bycia taką dobrą i kochaną, pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, była próba wyciśnięcia z łowcy wyrzutów sumienia po zabiciu ostatniej laski, co to była opętana przez demona. Jasne. Bardzo mądrze. Myślę, że właśnie to było coś, czego w tamtej chwili potrzebował Jacob. Powinien był utonąć w refleksji, jaka to przecież była dobra i nieszczęśliwa dziewczynka i jak on mógł ją zabić. Bogowie, chrońcie mnie przed takimi zakonnicami. Bo już że pani pistolet trzymała raz w prawej ręce, a raz w lewej, i jakoś nie robiło jej to szczególnej różnicy, to zupełnie inna sprawa. Tak samo jak to, że naprawdę nieźle szło jej strzelanie jak na osobę, która nigdy w życiu nie miała broni w dłoni.
Jedna z głównych złych postaci, czarnowłosa sukkubica (Tania Deighton), za punkt honoru z kolei postawiła sobie powolność. Mamy więc wątpliwą przyjemność oglądania, jak po rozmowie ze swoim mocarnym przełożonym (Billy Drago), demonica idzie wykonać zadanie: już po minucie jest w połowie pokoju. Ale poruszała się bardzo zmysłowym, posuwistym krokiem.
Chyba.
Szczególnie rozbawili mnie harleyowcy, od których Jacob brał motocykl. To, jak grzecznie czekali, aż sponiewiera jednego z nich. I jak później – kiedy on już odjechał – nagle się zerwali i podbiegli do tego sponiewieranego, ba! jeden nawet podtruchtał dwa kroki do przodu, jakby chciał gonić Jacoba! Zuch chłopak. Tylko zapału mu jakoś zbrakło. Może dopiero mu przyszło do głowy, że jeśli chce dogonić kogoś na motocyklu, to niepotrzebnie zsiadał ze swojego? Wyglądało to na taki uroczy trucht dla przyzwoitości, żeby nikt nie mówił, że nie próbował tamtego złapać. Biorąc pod uwagę posturę harleyowców, scena wypadała naprawdę rozkosznie.

Dialogi?
Matko z córką i wszyscy najsłodsi bogowie. Dramat. Może to właśnie zadecydowało, że film zakwalifikowano jako horror. Dialogi są tak drętwe i wyświechtane, że aż należą się wyrazy podziwu dla scenarzysty (Mitch Gould), który zdołał tyle tandety wcisnąć w jednym scenariuszu. Ofkoz mamy też nachalne moralizatorstwo, przerzucanie się głodnymi kawałkami o siłach dobra i zła, o życiu, świecie i w ogóle, plus najzupełniej kretyńskie rozmowy, w których miałam wrażenie, że każdy z rozmówców dostał cośtam do przeczytania, ale generalnie jakoś nikt nie sprawdził, czy to w ogóle ta sama strona scenariusza.

Muzyka?
Głównie jej nie było, co chyba koniec końców stanowi zaletę. Jeśli już film miał jakieś bardziej epickie momenty, to odzywało się w tle jakieś niby mocno brzmiące powrzaskiwanie, żeby podkreślić, jak zbuntowany, twardy i ociekający zajebistością jest główny bohater.

Nie wiem, to było po prostu bardzo, bardzo złe. Ponoć kręcenie filmu trwało osiemnaście dni. Osobiście jestem zdania, że tylko dlatego tak długo, bo nakręcili pierwszego dnia, a przez kolejne siedemnaście usiłowali to zapić i zapomnieć. Nie mam pojęcia, co kieruje ludźmi, kiedy tworzą tego typu dziełka. Żeby chociaż to było zabawne albo najzwyczajniej w świecie ciekawe jako takie sobie bezmyślne mordobicie – ale nie! Łowca demonów jest bardzo skrupulatnie pozbawiony jakiegokolwiek humoru, mordobicie zaś woła o pomstę do nieba. Przez półtorej godziny siedziałam i się najzwyczajniej nudziłam. W Internecie wyczytałam, że to połączenie horroru klasy B z tanim pornolem. Żeby chociaż! Nie ma w tym nic z tego kiczowatego, beztroskiego wdzięku horrorów klasy B, a i tej pornolowatości jest tyle co kot napłakał. To znaczy owszem, pojawia się parę gołych babeczek, ale równie dobrze pornografią można by nazwać wystawę rozebranych manekinów, bo przecież mniej-więcej tyle energii miały w sobie te babeczki. I nie tylko babeczki zresztą. A film, niestety, sprawiał wrażenie robionego całkiem na poważnie – i to był jego największy błąd. Może sprawdziłoby się jako coś w rodzaju pastiszu, ale na poważnie? Ten schemat po prostu już się zużył. Żeby wycisnąć z niego coś fajnego, należałoby się minimalnie postarać. A nie smarknąć film w dwa tygodnie i się cieszyć.
Jeden pozytyw, to że zobaczyłam tam gościa, który podkładał głos w Warcrafcie III i w Star Wars: the Old Republic (William Bassett).
1/10, nie ma co do tego wątpliwości.







My name's Jacob Greyman. I'd like say most people call me Jake, but the truth is what most people call me isn't worth repeating. Not that I blame them. Nietzsche only had it half-right: he who fights monsters must become one himself, or be one to start with, otherwise you're just gonna get your ass kicked. That's the fundamental problem with trying to draw the line between good and evil. The real choice is between predator and prey, no matter which side of the line you want to side on. It may not be right, it may not be fair, but then again neither is life. All you gotta do is look around to see that.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...