czwartek, 25 października 2012

Granie na Fraakranie (26) - World of Warcraft: Mists of Pandaria

WoW: MoP - pudełko
Jakby nie patrzeć, od premiery najnowszego dodatku do najpopularniejszej gry MMO minęło już trochę czasu, więc chyba mogę sobie pozwolić na napisanie paru słów w tym temacie.
Odkąd pojawiły się pierwsze plotki odnośnie MoP-a nie byłam zachwycona. Sam pomysł wciskania do gry pand w większej ilości wydawał mi się mocno chybiony. Oczywiście, niektórzy twierdzili, że nie ma problemu, bo przecież łaciate człekomiśki były w Warcrafcie, czemu więc miałoby ich nie być w WoW-ie? Cóż, co racja to racja, właściwie nie ma powodów, żeby odmawiać pandom prawa do istnienia. Skoro już wpuściliśmy do Azeroth gnomy, to cóż gorszego może spotkać ten świat…?
A jednak dodatek ciągle mnie nie przekonywał. Poprzednie układają się w jakąśtam jednak spójną całość, a to od początku sprawiało wrażenie zupełnie oddzielnej dokrętki, fabularnie nijak niezwiązanej z tym, czym do tej pory był WoW. Dodatkowo mierziły mnie te kung-fu pandy (głównie dlatego, że nie cierpię Kung-Fu Pandy – w centrum Warszawy swego czasu stała taka gargantuiczna stwora i wyglądała niebywale szpetnie. Chyba od tamtego czasu mam alergię) i niespecjalnie przekonywało doczepianie do Azeroth świata stylizowanego na Japonię.
Potem trochę mnie przekonał zwiastun – co by nie mówić, jest całkiem fajny, nawet jeśli ewidentnie widać, że to raczej coś z przymrużeniem oka, jakiś taki oddech, a nie epickie, poważne kataklizmy, które do tej pory przewalały się przez warcraftowy świat.

Parę słów jeszcze na marginesie właściwego tematu:
Mists of Pandaria pojawiła się, naturalnie, również w wersji kolekcjonerskiej. I muszę z żalem powiedzieć, że tym razem Blizzard zupełnie i ani trochę się nie postarał. Biorąc pod uwagę, jakie kolekcjonerki można było nabyć ostatnimi czasy (Darksiders II z maską Śmierci, Risen 2: Dark Wates, a nawet Blizzardowe Diablo III), człowiek mógł odnieść trochę wrażenie, że to taki zestawik klecony naprędce: soundtrack, artbook, podkładka pod mysz, płytka z making of – a więc taki pakiet podstawowy, do którego, niestety, nie dorzucono żadnych bajerów. No, za wyjątkiem bajerów wirtualnych, typu pet czy avatar – łatwo coś takiego wcisnąć, w końcu to nic nie kosztuje, a będzie wrażenie, że wszystkiego jest więcej. Nie przeczę, muzyka jest sympatyczna, a grafiki ładne, ale – powtarzam – przy dość solidnej konkurencji kolekcjonerek wypadałoby się jednak bardziej postarać.

WoW: MoP - zawartość edycji kolekcjonerskiej (źródło)

A teraz do rzeczy.
Moim podstawowym, prawdziwym zarzutem wobec MoP-a jest to, że to powrót do dodatków z serii „doklejamy kontynent i zwiększamy limit poziomów”. Trochę szkoda – Cataclysm był tu przemiłą odmianą. Wiem, że nie można rokrocznie poniewierać całego świata, ale chciałoby się dostać coś więcej, niż tylko nowy ląd. Tym bardziej, że Pandaria i tak nie ma startu do Northrendu (c’mon, żadna Japonia nie może się równać z kontynentem będącym gigantyczną, nordycką wiochą!) – choć to, naturalnie, tylko moje prywatne upodobania, które raczej nie obracają się wokół orientu. Sęk w tym, że tego typu dodatki dostarczają tak naprawdę stosunkowo niewiele frajdy, bo tak czy owak, żeby dotrzeć do tego, co nowe, człowiek musi przebić się przez osiemdziesiąt poziomów tego co do tej pory. Może, oczywiście, wypróbować nową grywalną rasę: tu z kolei ma kilkanaście poziomów nowego, po czym ląduje w Stormwind lub Orgrimmar i… i tak naprawdę ja w tym miejscu przerwałam swoją przygodę z graniem pandą. Znam te questy, a jeśli mam je robić po raz –enty, to chyba wolę założyć kolejnego goblina.
Nie znaczy to, że dodatek jest generalnie zły. Po prostu nie przepadam za tą formułą, uparcie wałkowaną przez Blizzarda.

Po raz kolejny twórcy zgwałcili system rozwoju postaci, a więc talenty i specjalizacje. Właściwie to nie jest aż takim szokiem, a ja powoli się przyzwyczajam, że co jakiś czas muszę na nowo rozdawać talenty wszystkim postaciom. Natomiast co mnie szczególnie kłopocze, to że u szamana zgwałcili też totemy, więc ciągle się uczę ich używania.
Pojawiło się w rozgrywce kilka interesujących nowości, takich jak brak dziennego limitu na wykonywanie daily questów, jest też coś, co szczególnie mi się spodobało, czyli scenariusze: coś pośredniego między dungeonem a grupowym questem – do jednego scenariusza potrzeba trzech graczy i nie ma określonych funkcji, które muszą spełniać w grupie. Jest też własne, warcraftowe farmville – z jednej strony rzecz upierdliwa, bo dzień w dzień trzeba zbierać i sadzić warzywka, z drugiej zaś strony element niezbędny przy tak rozwiniętym cookingu. A cooking został naprawdę rozbuchany, bo oto jest kilka kucharskich specjalizacji, w których ćwiczymy się u kilku trenerów, w związku z czym warzyw i mięcha na to wszystko idą naprawdę potężne setki. Na szczęście bardziej skomplikowane przepisy zapewniają wzrost umiejętności nawet o osiem punktów, co choć trochę rekompensuje trudności w zdobyciu składników.
Jak to bywa, część questów jest śmiertelnie nudna, ale część pozostawia po sobie miłe wspomnienie: ot, choćby rozmowa z gigantycznym żółwiem czy cała historia Chena Stormstouta.
To, co mi najbardziej przeszkadzało w czasie gry, to spora liczba błędów – przynajmniej w pierwszych dniach od premiery dodatku. Przy okazji SWtOR-a powtarzałam, że gra, mimo iż fajna, ma skandalicznie dużo błędów, które należałoby zlikwidować przed wypuszczeniem produktu, tak jak robi to Blizzard – tutaj jednak byłam naocznym świadkiem zaprzeczenia tych słów, bo baboli w MoP-ie było co niemiara.

To jest zapewne moment, w którym powinnam wspomnieć o dungeonach, rajdach i rozgrywce PvP. No to wspominam: dungeony jak dungeony, ani szczególnie łatwe, ani trudne, na rajdy od dawna już nie chadzam, a w PvP nie bawię się od jeszcze bardziej dawna. Mogę więc spokojnie przejść do podsumowania.
World of Warcraft: Mists of Pandaria to zasadniczo fajna rzecz, dużo lepsza, niż się spodziewałam. Nowy kontynent ma sympatyczny klimacik (mimo że nie do końca taki „mój”), pandy okazały się wcale nie takie wkurzające, pojawiły się nowe, ciekawe elementy w grze. Całość po prostu jakoś nie wgniotła mnie w podłogę. Jest poprawnie, ale od Blizzarda po Lich Kingu ja się ciągle spodziewam fajerwerków. Tutaj za bardzo ich nie ma. Nawet samo wejście dodatku prześlizgnęło się po Azeroth jakoś tak po cichu, bez żadnych wielkich eventów (jak inwazje ghuli przed WotLK i wysyp żywiołaków przed Cataclysmem). Jest fajnie, ale nie nadzwyczajnie. Został w człowieku jakiś niedosyt, przez który najnowszemu dodatkowi mogę wlepić tylko 7/10. MoP jest dobry. Po prostu dobry. Może przekonam się, kiedy będzie można zabić Garrosha. Nie cierpię dziada.








środa, 24 października 2012

ZaFraapowana filmami (70) - "Full Metal Jacket"

Full Metal Jacket - plakat
 No dobrze. Trzeba wreszcie wziąć byka za rogi. W ramach nadrabiania filmowych zaległości obejrzałam w końcu jeden z późniejszych filmów Stanleya Kubricka, Full Metal Jacket z 1987 roku. I w tym miejscu muszę przyznać, że mam ogromny kłopot z tym filmem. Spróbuję więc zacząć od wymienienia czepów.

Czepem pierwszym jest… Stanley Kubrick.
Z każdym kolejnym filmem tego reżysera mam doń coraz bardziej mieszane uczucia. Nie mogę powiedzieć, żeby jego dzieła były złe. Ba, Barry Lyndon był świetny, 2001: Odyseja Kosmiczna, gdyby tylko nie była tak poszatkowana, też byłaby super. Mechaniczna pomarańcza wciąż robi niesamowite wrażenie, a Lśnienie to bezsprzecznie klasyka gatunku. No ale tu pojawia się pytanie: ile w tym wszystkim zasługi Kubricka, a ile tego, że ekranizował dobry tekst albo że w co najmniej jednej roli pojawił się naprawdę fantastyczny aktor? Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że nie przeceniałabym geniuszu reżysera. Kubrick kojarzy mi się głównie… z dłużyznami.
Tak, tak, jestem najwyraźniej parszywą ignorantką i w ogóle, ale na serio po dłużyznach można w ciemno obstawiać, że w filmie maczał palce Stanley Kubrick. I Full Metal Jacket nie stanowi pod tym względem wyjątku. Tam po prostu są dłużyzny i już. Domyślam się oczywiście, że to wszystko celowy zabieg, żeby mocniej zahipnotyzować widza daną sceną, podkreślić dramatyzm czy co tam jeszcze, ale na mnie to zupełnie nie działa. Kiedy mi przez dziesięć minut umiera Wietnamka, żołnierze patrzą, a ona umiera, a oni patrzą (…), to mnie to nudzi i sama już zaczynam mruczeć pod nosem „No niechże któryś ją dobije!”. Jak się nad tym dłużej zastanowiłam, przyszło mi do głowy, że może to wszystko jest zamierzone: że może później mam się zanurzyć w refleksji nad znieczulicą ludzką i absurdem sytuacji, w której ktoś kona na moich oczach, a ja marudzę, że robi to w tak nudny sposób. Ale mam jakieś niejasne wrażenie, że to już zbyt daleko idąca interpretacja, by nie rzec: dośpiewywanie sobie ideologii.
Toteż te Kubrickowe dłużyzny trochę mnie irytowały.

kadr z filmu Full Metal Jacket (Joker i Hartman)
Problem drugi: klimat.
To właściwie nie jest jakiś rzeczywisty minus filmu, tylko raczej kwestia moich upodobań (hmm, jakby to poprzednie było czymś innym…). Klimat w filmie od samego początku jest ciężki. Na starcie dostajemy uczciwą dawkę upokarzania rekrutów przez sierżanta Hartmana (Ronald Lee Ermey), a potem wszystko się turla cały czas w tym samym tonie. Sierżant wyżywa się na rekrutach, rekruci na sobie nawzajem, a jak wreszcie pójdą na wojnę – to na Wietnamczykach. Ot, generalnie taki maraton ludzkiego okrucieństwa. Choć muszę przyznać, że jeśli chodzi o ludzkie okrucieństwo, to jakoś bardziej mnie to wszystko ruszyło w Mechanicznej pomarańczy – pewnie dlatego, że tam wszystko działo się w cywilu, w normalnym mieście, tutaj zaś mamy wojnę, a więc okrucieństwo jest już jakoś w ten świat wpisane. Dodatkowo akurat o orientalnych eskapadach USA mamy całkiem sporo filmów i praktycznie wszystkie pokazują bezsens tych wojen, właśnie to niczym nieskrępowane okrucieństwo,  cały ten koszmar – Kubrick nie pokazał za bardzo niczego nowego.
Ale nie w tym sęk, że to nic nowego. Wrócę do tego, od czego zaczęłam ten wątek: ten ciężki klimat trwa niezmiennie od samego początku. To głównie dlatego dość szybko przestał mnie ruszać. Dużo lepiej, moim zdaniem, spisał się tu Coppola w Czasie Apokalipsy, gdzie zaczynało się stosunkowo lekko (oczywiście na tyle, na ile w ogóle „lekka” może być opowieść o takich wydarzeniach) i dopiero z czasem widz wraz z bohaterem zagłębiał się coraz bardziej w całą tę wietnamską patologię i horror. I wtedy faktycznie końcówka robiła niesamowite wrażenie.

kadr z filmu Full Metal Jacket (Joker, za nim Zwierz)
Tak naprawdę z podstawowych minusów to tyle.
Przejdę więc do plusów – a te zapewniają przede wszystkim bohaterowie.
Wspomniałam już o sierżancie Hartmanie – świetna, wyrazista postać, bardzo przekonująca (och, nic dziwnego, w końcu Ermey robił to, co przedtem podczas służby w wojsku, gdzie był – a jakże! – instruktorem musztry, co by zresztą wyjaśniało, jak to możliwe, że tyle czasu się darł i nie ochrypł dramatycznie. Jako zwykły aktor nie jestem pewna, czy dałby radę), doskonała ze swoją wojskową religijnością (jedna z moich ulubionych scen to dialog z Jokerem o wierze w Najświętszą Panienkę).
Wspomniany już szeregowy Joker (Matthew Modine) też daje radę, nawet jeśli bez jakichś super zachwytów. Niemniej jego wyjaśnienie, czemu ma na hełmie napisane „Born to kill”, a w kamizelkę wpiętą pacyfkę, było piękne i choćby za to będę go wspominać pozytywnie.
Inaczej sprawy się mają z szeregowym Pylem (Vincent D’Onofrio, czyli genialny detektyw z Prawa i porządku) – wspominam go ze wszech miar negatywnie. Praktycznie od początku liczyłam na to, że wyleci z armii na kopach i więcej go nie zobaczę. Był po prostu dramatycznym, niewyobrażalnym… kretynem. Naprawdę. Nie potrafię mu współczuć, bo przecież nic, co go spotkało, nie było niezawinione. Zachowywał się jak rozpuszczony pięciolatek i na serio nie mam pojęcia, co mu strzeliło do głowy, że w ogóle poszedł do wojska. Nie chodzi mi tu o jego fizyczny brak predyspozycji do tego rodzaju kariery, a wyłącznie o umysłowość. Czemu, do diabła, to ktoś inny musiał mu zapinać koszulę? Czy ten facet nie miał rączek? Miał, przecież z karabinem sobie radził. Ech – no wkurzał mnie po prostu koszmarnie. Co może świadczyć o tym, że D’Onofrio to dobry aktor, skoro potrafi wyłuskać z widza takie emocje. Znaczy w ogóle pokazał tam, że jest dobrym aktorem, bo postępującą chorobę Pyle’a lepiej zagrałby chyba tylko Nicholson. A więc to postać, której z jednej strony nie cierpię, ale z drugiej – nie mogę nie wyrazić dla niej pewnego uznania.

Bohaterów jest, ma się rozumieć, więcej, ale – choć każdy z nich jest na swój sposób charakterystyczny i większość z nich wzbudziła moją sympatię – zazwyczaj pojawiają się tylko na chwilę. To Joker jest narratorem i centralnym elementem opowieści, to z jego perspektywy widz obserwuje wojnę w Wietnamie.

Mój problem polega na tym, że nie mam pojęcia, jak podsumować Full Metal Jacket. Z jednej strony ma takie elementy, które mi przeszkadzały. Z drugiej jednak – podobał mi się. Poszczególne sceny, niektóre dialogi, bohaterowie, wreszcie cała historia, pokazanie „produkcji” żywych maszyn do zabijania – to wszystko mi się podobało i sprawiło, że na pewno tego filmu nie zapomnę. Jest ciężki, pełen dłużyzn i okropny, ale układa się w spójną całostkę, jakoś tam wyróżniającą się jednak na tle innych filmów wojennych o Wietnamie i nie tylko. Po prostu mnie nie zachwycił. 7/10 – dobry, solidny film, na pewno warto obejrzenia.






– Marine, what is that button on your body armor?
– A peace symbol, sir.
– Where'd you get it?
– I don't remember, sir.
– What is that you've got written on your helmet?
– "Born to Kill", sir.
– You write "Born to Kill" on your helmet and you wear a peace button. What's that supposed to be, some kind of sick joke?
– No, sir.
– You'd better get your head and your ass wired together, or I will take a giant shit on you.
– Yes, sir.
– Now answer my question or you'll be standing tall before the man.
– I think I was trying to suggest something about the duality of man, sir.
– The what?
– The duality of man. The Jungian thing, sir.
– Whose side are you on, son?
– Our side, sir.

wtorek, 23 października 2012

ZaFraapowana filmami (69) - "In Bruges"

In Bruges - plakat
Uwaga natury organizacyjnej: w ramach protestu nie zamierzam używać polskiego tytułu tego filmu. Nasi tłumacze, jak to tylko oni potrafią, tradycyjnie dali czadu i tytuł In Bruges przełożyli jako – tadam! – Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj. WTF, ja się kurde pytam. Znaczy wiem, wyciągnęli głupawą frazę z trailera i zastąpili nią tytuł. Brr. Ma się rozumieć, kiedy mówię o tym filmie na głos, wolę jednak jakieś rodzime sformułowanie (bo nie mam pojęcia, jak u licha wymawia się „Bruges”… znaczy po filmie już wiem, ale i tak wolę się nie kompromitować swoim akcentem wolsko-brzeźnieńsko-kiełpińskim), toteż używam zazwyczaj roboczego przekładu własnego: W Brugii. Tutaj jednak moje problemy lingwistyczne nie mają większego znaczenia, akcentu w literkach tak bardzo nie widać, więc zostaję przy tytule oryginalnym.
Ot, wstęp przydługi, ale kwestia tego tytułu naprawdę leżała mi na wątrobie.

Chodzi, naturalnie, o amerykańsko-brytyjską produkcję z 2008 roku, w reżyserii Martina McDonagha. McDonagh generalnie właściwie nie jest filmowcem, a dramatopisarzem, niemniej bardzo mnie cieszy, że zainteresował się kinem. O In Bruges mogę wypowiadać się w samych superlatywach (co też za moment będę czynić), od jakiegoś czasu zaś wyczekuję na Seven Psychopaths, które wygląda bardziej niż obiecująco. Mam szansę mieć nowego ulubionego reżysera.
Fabularnie In Bruges nie jest zbyt skomplikowane: dwaj najemni mordercy, Ray (Colin Farrell) i Ken (Brendan Gleeson) przyjeżdżają z Londynu do Brugii, ślicznego średniowiecznego miasteczka, by tam czekać na dalsze polecenia niejakiego Harry’ego (Ralph Fiennes). Ken jest Brugią zachwycony, Ray, typowy człowiek miasta, nowoczesny i marudny, wręcz przeciwnie – do momentu, gdy spotka niejaką Chloë (Clémence Poésy). W międzyczasie Harry wreszcie daje zlecenie, a jego wykonanie nastręczy mordercom zupełnie nieoczekiwanych trudności. We wszystko wplącze się też jeden nieporadny skinhead, Eirik (Jérémie Renier), i jeden karzeł, Jimmy (Jordan Prentice).
Może to właśnie z dramatopisarskich doświadczeń McDonagha wynika specyficzna konstrukcja filmu, którą wiele osób, o ile zauważyłam, utożsamia z nudą. Mamy więc prawie jedność miejsca, czasu i z całą pewnością akcji, bohaterów w sumie niewielu i rzadko kiedy na scenie pojawia się więcej niż trójka. Bohaterowie zaś zajmują się przede wszystkim… ględzeniem. Jeśli więc komuś film o zabójcach kojarzy się z duetem Banderas & Stallone albo produkcją z 2011 roku w reżyserii McKendry’ego, to niech wie: In Bruges nie ma z tym wszystkim nic, ale to nic wspólnego.

kadr z filmu In Bruges (Ken i Ray)
Ujmę to tak: In Bruges to najbardziej rozczulający, najcieplejszy i najfajniejszy film o mordercach, jaki w życiu widziałam. Tak, dokładnie taki jest, mimo że tematyka pozornie nijak do tego nie przystaje.
Niesamowity urok nadaje przede wszystkim sama Brugia, miasto jak z „pierdolonej bajki”. Miasteczko, w którym czas się zatrzymał gdzieś w średniowieczu – pełne gotyckich kościółków, brukowanych uliczek, zaułków (!) i kanałów. Do tego są łabędzie. Miasteczko, które po prostu nie może „nie być w czyimś klimacie”. Miejsce, w którym człowiek czuje się jak w pięknym śnie. Tak, większość tego, co piszę o Brugii, to cytaty. Ale cytaty doskonale oddające to, jak miasto zostało przedstawione w filmie. Miagia tej przestrzeni niesamowicie działa na widza – właściwie dla samego tego warto obejrzeć film.
Ale są też główni bohaterowie: dwaj mordercy, których nie sposób nie lubić. Jeden starszy i doświadczony, drugi dość młody, który na pierwszej akcji popełnił straszliwy błąd i wciąż go to męczy. To taka trochę opowieść o ich przyjaźni, o moralności, sumieniu i życiu w zgodzie z własnymi zasadami. I wiem, że to brzmi koszmarnie – jak patetyczne, wyświechtane bzdury, ale wcale takie nie jest. Wszystkie te elementy prześlizgują się w rozmowach jakoś tak naturalnie i lekko, bez moralizatorstwa, którego nie cierpię. Pojawiają się i zaraz rozmywają w jakiejś dygresji albo niedogadaniu, zostawiając tylko miłe wrażenie, że bohaterowie nie są kukłami, że mają życie wewnętrzne, ale jednocześnie że nie epatują nim do obrzydliwości wszędzie wokół.
Muzyka – ba, o muzyce też nie sposób nie wspomnieć, bo jest naprawdę świetna. Podkreśla magię Brugii, nie narzucając się jakoś specjalnie. No i w jednej ze scen pojawia się On Raglan Road Dublinersów. A ja uwielbiam Dublinersów – moim zdaniem przy ich piosenkach człowiekowi od razu robi się lepiej.



kadr z filmu In Bruges - Ken
No i humor! Jakby nie patrzeć, ten film jest komedią – trochę czarną, trochę z wplecionym kryminałem, pełną przemocy fizycznej i werbalnej (choć chyba bardziej werbalnej), ale komedyjką, w dodatku naprawdę przezabawną. Humor, tak jak i pozostałe elementy In Bruges, jest lekki i niewymuszony. Czasem ze szczyptą absurdu (strzelanina!), czasem zaś jego siła tkwi w mówieniu na głos rzeczy oczywistych (och, kilka słów prawdy do Eirika, które serwuje mu Harry – trudno się z tym przecież nie zgodzić!), dość często związany z różnicą charakterów postaci. Po prostu rozbrajający, a jednocześnie, nawet jeśli scena ocieka wulgaryzmami, wciąż taki miły i cieplutki.

Wiem, że pożytku z mojego rozpływania się nad In Bruges pewnie nie ma wiele. Ale inaczej nie potrafię, kiedy myślę o tym filmie. On sam generuje rozpływanie się u widza. Plus, nie wdając się w szczegóły, moim zdaniem doskonale się kończy.
Tak na serio: oprócz głupiego polskiego tytułu, nie potrafię znaleźć w In Bruges chyba niczego, do czego mogłabym się przyczepić. Nawet Colin Farrell wzbudził moją sympatię, choć zasadniczo nie przepadam za tym aktorem. Mogę powiedzieć już tylko jedno: oglądajcie, ludzie! To świetny film. Ach, tu jeszcze muszę wspomnieć, że ma nieco nietrafiony trailer: zwiastun sugeruje film sensacyjny, podczas gdy to zupełnie nie tak. No, są jakieś elementy sensacyjne, ale to nie na nich całość się zasadza. Gdyby antyczni tragicy pisali czarne komedie, tak właśnie by wyglądały: każdy element ściśle dopasowany do fabularnej układanki, świetni i wyraziści bohaterowie, wzruszająca, zabawna i wciągająca historia poruszająca dość podniosłe zagadnienia. No, pewnie u Greków byłoby więcej patosu, którego film jest generalnie pozbawiony.
Nie widzę tu innej opcji, jak tylko pękate 10/10. A jak ktoś się nie zgadza, niech spada na drzewo. Tako rzekłam ja, Fraa.







– Up there, the top altar, is a vial brought back by a Flemish knight from the Crusades in the Holy Land. And that vial, do you know what it's said to contain?
– No, what's it said to contain?
– It's said to contain some drops of Jesus Christ's blood. Yeah, that's how this church got its name. Basilica of the Holy Blood.
– Yeah. Yeah.
– And this blood, right, though it's dried blood, at different times over many years, they say it turned back into liquid. Turned back into liquid from dried blood. At various times of great stress.
– Yeah?
– Yeah. So, yeah, I'm gonna go up in the queue and touch it, which is what you do.
– Yeah?
– Yeah. You coming?
– Do I have to?
– Do you have to? Of course you don't have to. It's Jesus' fucking blood, isn't it? Of course you don't fucking have to! Of *course* you don't fucking have to!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...