czwartek, 18 października 2012

ZaFraapowana filmami (68) - "Trzej Muszkieterowie"

Trzej Muszkieterowie - plakat
Dawno, dawno temu wspominałam o Trzech Muszkieterach w reżyserii Stephena Hereka z 1993 roku.  Ponieważ przy tamtej okazji odwaliłam cały Dumasowy wstępniak, tutaj już go sobie daruję, bo nic się od tamtego czasu nie zmieniło.

Przejdę więc od razu do najnowszej produkcji spod znaku francuskiego chałturnika (nie bójmy się tego słowa, Dumas natchnionym wieszczem nie był), a więc Trzech Muszkieterów z roku 2011, w reżyserii Paula Andersona.
A jest o czym pisać. To znaczy – ja sama dla siebie mam nawet o czym pisać, bo sama jestem w dość dużym szoku. Do filmu byłam nastawiona… Hm. Powiedzieć, że negatywnie, byłoby nadzwyczajnym eufemizmem. Po pierwszym obejrzeniu zwiastuna spodziewałam się najgorszego, plułam jadem i chciałam osobiście wyrwać wątrobę Andersonowi. Byłam tak uprzedzona do całej produkcji, że z błogością myślałam o tym, jak to kiedyś obejrzę ten film i będę go mogła tak wyczynowo hejtować.
No i obejrzałam.


Po pierwsze: ja wiem, że sterowce, fruwająca Milady, Buckingham z prawdziwie epicką fryzurą i różne inne dziwne elementy sprawiają, że to co za chwilę powiem, będzie brzmiało idiotycznie. Ale taka jest prawda. Fabularnie ten film jest wierniejszy literackiemu oryginałowi niż większość adaptacji Hrabiego Monte Christo. Prawdę mówiąc, kiedy pominąć dość dziwny i naciągany początek, potem jakoś to się trzyma przysłowiowej kupy: są Muszkieterowie, których nikt nie loffcia i których formacja została rozwiązana, jest młody Gaskończyk, D’Artagnan (Logan Lerman), który chce się ze wszystkimi pojedynkować, Milady (Mila Jovovich) knuje z kardynałem Richelieu (Christoph Waltz), no i jest naszyjnik królowej, skradziony właścicielce, by na balu skompromitować ją przed królem Ludwikiem XIII (Freddie Fox). Intryga w większości się zgadza, nawet jeśli bohaterowie są… no, powiedzmy, że nieco podrasowani.
Po kolei więc.
Atos (Matthew Macfadyen), gburowaty i z Mhroczną Tajemnicą, nieco stracił w porównaniu do poprzednich filmowo-książkowych wcieleń, z tego prostego względu, że tak naprawdę tutaj nie ma Mhrocznej Tajemnicy. Pierwotnie to właśnie ona była jego największym atutem – tutaj zamiast tego mamy tylko cierpiącego oblubieńca. Trochę szkoda, że tę nutkę tajemniczości mu odebrano, z drugiej strony, obawiam się, że to kompletnie by nie pasowało do konwencji.
Portos (Ray Stevenson, o którym chyba ostatnio wspominałam przy okazji Thora) sprawił się nieźle. Przerysowany, ale trzyma się pierwotnych założeń. Podobnie jak Aramis (Luke Evans, czyli Apollo z Clash of the Titans i Zeus z Immortals), czyli ten najbardziej uduchowiony z całej trójki.
Czego by nie mówić, panowie po prostu wzbudzają sympatię. Ot, takie wesołe ryjki, co to jeden za wszystkich, wszyscy za jednego i byle usiec jak najwięcej goryli kardynała.
Trochę mniejszy entuzjazm budzi we mnie wspomniany już D’Artagnan, choć nie przeczę, że i w książce tak to się układało. Filmowy Rachel D’Artagnan (ej, no bez jaj – on wygląda jak Rachel z Przyjaciół!) to dość głupi chłopaczek, który dla zupełnie obcej bździągwy poleci do Londynu i który w jakiś kuriozalny sposób usiłuje wmówić widzom, że jego związek z Konstancją (Gabriella Wilde) to Wielka Nieskończona Miłość. Blah. Głupie to i tyle – i jakkolwiek w tym filmie wszystko było dość głupawe, to było akurat głupie w ten drażniący sposób.
W ogóle Konstancja, jak już przy nie j jestem, okropnie mnie drażniła i życzyłam jej jak najgorzej. Ze wszystkich postaci była jedyną, której naprawdę nie lubiłam. Wstrętna lafirynda, która najpierw daje kosza kolesiowi, bo jest głupim wsiokiem (no cóż, bo jest…), ale kiedy tylko pojawiły się kłopoty, w te pędy do niego poleciała, żeby ratował świat przed zagładą. Tak, wiem, pewnie chodzi o to, że przedtem tylko udawała niedostępną… nie, nie kupuję tego. Dobitnie dała mu do zrozumienia, co o nim myśli. Po czymś takim nagłe wybuchanie afektem, kiedy trzeba ratować Francję, to trochę obłuda. Bardzo nie lubię takich osób. Plus, prawdę mówiąc, jej rola sprowadziła się właśnie do tego: do wkurzenia mnie. Bo pożytku to z niej żadnego nie było, podczas gdy nawet Planchet (James Corden) do czegoś się przydał.
Ech.
kadr z filmu Trzej Muszkieterowie
(od lewej: D'Artagnan, Aramis, Atos)
A skoro przy D’Artagnanie i Konstancji jestem, to zatrzymam się jeszcze na chwilę przy wątkach miłosnych tak w ogóle. Bo przecież nie są oni jedyną parą w tej opowieści. Co myślę o ich „związku” – mniej-więcej wyraziłam powyżej. Następni na liście są, oczywiście, Atos i Milady – choć pewnie nie do końca można tu mówić o wątku miłosnym, no bo oni już jakby wręcz przeciwnie. Ich historia, w mojej opinii, była taka, jaka być powinna i, tak z grubsza, jaka była w książce. Okropnie się bałam, że – jak w Hrabim Monte Christo – twórcy będą chcieli na siłę spiknąć rozbity związek nazad, ale jednak mogę dziś iść spać spokojnie. Parą, która rozczuliła mnie najmocniej, która naprawdę była przekonująca i urzekająca, była natomiast para królewska. Bo niby najwyżsi z najwyższych i w ogóle, ale jednak głównie to dwoje nieśmiałych, młodziutkich ludzi, których małżeństwo zostało zaaranżowane i no co prawda nie mają nic przeciwko sobie, ale jakoś tak głupio… Fajnie to wyszło i już. Bo zresztą Freddie Fox wykreował bardzo sympatyczną postać, z jednej strony do bólu głupią, z drugiej tak bardzo ludzką. Fraa approved.
Niestety, dużo bladziej wypadł Richelieu. Mimo świetnego Waltza (a przecież wiemy, że jest świetny, a jak nie wiemy, to natychmiast odpalamy Inglourious Basterds) jakoś… No nie wiem, miałam wrażenie, że po prostu się nie postarał. Jego kardynał był dość nijaki, nie było w nim nic z klasy Hestona czy choćby radosnego obłąkania Curry’ego. Tu i ówdzie pojawiały się jakieś przebłyski władczości, ale głównie był jednak nijaki.
Rochefort (Mads Mikkelsen, czyli doskonały Ivan z Jabłek Adama) dawał radę, ale zdecydowanie to nie był Christopher Lee. I to chyba jego największy problem.
Ale na dłużej chciałam się jeszcze zatrzymać przy księciu Buckingham (Orlando Bloom). Nie ukrywam, że byłam go bardzo ciekawa. Ostatnimi czasy filmowcy przyzwyczajają nas do Blooma-kowala, za którym jak brzydki smrodek ciągnie się natchniony, elficki patos. Ze wszystkich jego ról pamiętam jedynie „Wschodzi czerwone słońce. Tej nocy przelano krew” oraz „– Jestem kowalem. – A ja jestem królem. – A ja jestem kowalem” (i zapętlić). No, była jeszcze wiekopomna rola w Helikopterze w ogniu, ale nie umiem zapisać dźwięku ciała upadającego na wyschniętą ziemię. Tutaj miałam dostać coś innego: Blooma jako spiskującego antybohatera.
No i żem dostała!
Za każdym razem, kiedy patrzyłam na Buckinghama, nie mogłam powstrzymać radosnego rechotu. Miałam wrażenie, że Orlando Bloom parodiuje własną rolę, uskutecznia jakiś autopastisz czy coś. Był tak doskonale przerysowany, teatralny, nikczemny, modny i uśmiechnięty, że nie dało mu się nie kibicować. Po tych wszystkich smętnych kowalach wreszcie zaczął mieć mimikę. Miałam niebywały zaciesz z oglądania go na ekranie i – choć sama nie do końca wierzę w to, co piszę – chyba niniejszym polubiłam Orlando Blooma. Tym bardziej, że przypomina mi się jego gościnne wystąpienie w Morderstwach w Midsomer, gdzie nie był jeszcze zmanierowany przez te wszystkie Tolkienowsko-karaibskie występy, i naprawdę był tam świetny. Myślę, że po prostu ma pecha do durnych ról.

kadr z filmu Trzej Muszkieterowie (Buckingham)
Muzycznie Trzej Muszkieterowie tkwią gdzieś między Piratami z Karaibów a Sherlockiem Holmesem, do tego stopnia, że w paru miejscach miałam ochotę zacząć nucić jakiś kawałek z któregoś z tych filmów, tylko okazywało się, że po paru taktach to już dalej leci inaczej. Nie umiem powiedzieć, czy rzeczywiście twórcy soundtracków już aż tak nie mają pomysłów, czy Paul Haslinger tak się zasłuchał, czy może to ja jestem głucha i wszystko brzmi dla mnie tak samo. Ale ciągle odnosiłam wrażenie, że gdzieś to już słyszałam. Nie oznacza to, że muzyka w Muszkieterach mi się nie podobała – była miła dla ucha, choć bez zachwytów.

Co jednak najważniejsze, film ogólnie był zabawny, dynamiczny i estetyczny. Kostiumy zaś przede wszystkim widowiskowe, a historyczności to tak ledwie nieśmiało dotykały. Popełni błąd ten, kto zechce obejrzeć Trzech Muszkieterów jako film historyczny. To zupełna fantastyka, osnuta jakoś wokół siedemnastowiecznych realiów, ale niezbyt ściśle, no bo jeszcze trzeba zmieścić bitwę zeppelinów i Mission Impossible z Milady w roli głównej, czyż nie? Ale akcja kręci się wartko, bohaterowie wzbudzają sympatię, więc automatycznie zaczyna się im kibicować, no a efekty dopełniają dzieła: film po prostu dobrze się ogląda. Stanowi fajne kino rozrywkowe i tego będę się trzymać. W obliczu namnażających się wokół mnie „prawdziwych historii” (ostatnio ofiarami „uprawdziwniania” padł Batman i Bond) chyba nawet wolę, jak raz czy drugi jakiś reżyser postanowi przegiąć w drugą stronę. Tym bardziej, że – powtarzam – paradoksalnie ten film wcale AŻ TAK nie odbiega od oryginału.

kadr z filmu Trzej Muszkieterowie
(Sterowce! HELL YEAH!)
Oprócz wątku Konstancji i drobnego rozczarowania kardynałem, zastrzeżenia mam do samego zaprezentowania intrygi: to znaczy jakby w strachu, że widz nie zrozumie, bohaterowie w którymś momencie po prostu idą korytarzem i opowiadają sobie cały swój diaboliczny plan, aż do objęcia tronu włącznie. Tak samo przed finałową rozwałką, zamiast zostawić troszkę niespodzianki, bohaterowie wprost mówią, że zrobią odwrotnie, niż przed chwilą zostało powiedziane (to tylko pozorny spojler, spokojnie) – kiedy ja bym wolała sama się przekonać o tym, że wcześniej to było takie przydługie „czego NIE zrobimy”. Podobnie za zbędną uważam scenę w Gaskonii, kiedy D’Artagnan opuszcza rodzinny dom – tym bardziej, że wyszło jakoś głupio, na zasadzie: ciach-ciach, siekamy się rapierami, a teraz łapaj broń i wsiadaj na konia, shoo. Przegapisz odpływ. Tak, tak, będziemy tęsknić. Parę głodnych kawałków na pożegnanie i jazda. A po sparringu D’Artagnan nawet się nie przemył, ot co. Dużo lepiej było, kiedy o ojcu D’Artagnan tylko wspominał – przecież to trochę jakby w którymś odcinku Colombo nagle pojawiła się żona porucznika!

Ja tam świetnie się bawiłam. 7/10 – myślę, że jeśli ma się na względzie to, jaka to miała być produkcja, wyszło to naprawdę dobrze. Ktoś, oczywiście, może nie zgadzać się na samą konwencję, no ale na to się już nie poradzi: jedni to kupią, inni nie. Ja kupiłam, mimo wszystkich gorących uczuć, jakimi darzę twórczość Dumasa.









– What is this?
– It's a citation. It's a ticket. [po chwili] Failure to remove animal bowel movements from public area.
– French?
– Your horse took a dump on the street.

niedziela, 14 października 2012

Fraa w czytelni (32) - "Fantazje Zielonogórskie 2"

Fantazje Zielonogórskie 2
  • Autor: praca zbiorowa
  • Tytuł: Fantazje Zielonogórskie II. Antologia opowiadań fantastycznych
  • Miejsce i rok wydania: Zielona Góra 2012
  • Wydawca: Zielonogórski Klub Fantastyki „Ad Astra”


Okropny mam kłopot z tą książką.
Zacząć należy od tego, że Fantazje Zielonogórskie to antologia powstała jako owoc konkursu literackiego pod tym samym tytułem, organizowanego przez klub „Ad Astra”. Za to ma u mnie z marszu dość duży plus, bo w ogóle sama idea takiego konkursu jest dla mnie bardzo fajna. Promocja miasta w bardzo sympatycznej, twórczej formie. Jestem zagorzałą zwolenniczką lokalnych patriotyzmów, toteż popieram wszystkimi łapkami tego typu inicjatywy.
Ale nie obejdzie się bez zastrzeżeń. Jak można przeczytać we wstępie, po dwóch edycjach konkursu klub zebrał w sumie 80 opowiadań, z czego 20 opublikowano. Moje (niewielkie bo niewielkie, ale jednak) doświadczenie konkursowe podpowiada mi, że to tak naprawdę dramatycznie mało. Z jednej edycji powinno być około setki tekstów – tak lekką ręką. I wielka szkoda, że tutaj jakoś jest tak mało chętnych do pisania. Dlaczego? Bo po prostu nie bardzo jest później z czego wybierać teksty do antologii. W efekcie publikacja zawiera dwa-trzy naprawdę niezłe teksty i kilka zupełnie szmirowatych zapychaczy. Powtarzam: szkoda, bo mogłoby z tego być coś naprawdę fajnego. Sama nie wiem, z czego wynika tak małe zainteresowanie konkursem. Nie wiem, czy zawiniła promocja, nagrody nie były dość atrakcyjne, czy może ludzi odstrasza lokalność – myślą sobie „nigdy nie byłem w Zielonej Górze, to nie dla mnie”. Choć w to ostatnie wątpię, bo – dla porównania – na tegoroczny konkurs „Poznań Fantastyczny” trafiło, jeśli wierzyć organizatorom, około 300 tekstów. Myślę więc, że organizatorzy z klubu „Ad Astra” powinni przemyśleć sprawę, bo może dałoby się coś poprawić.
Ale miałam pisać o książce, a nie o konkursie.

Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Spodziewałam się, że to wszystko będzie wyglądało raczej jak taka tandeta z kiosku ruchu, a tymczasem książeczka prezentuje się fajnie. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie naprawdę świetne ilustracje Igora Myszkiewicza. Ogromny plus za nie.
A potem zaczęłam czytać – i po trzech stronach zakiełkowało mi podejrzenie, że ta antologia chyba nie widziała korekty. Błąd na błędzie i błędem poganiał – myślę sobie: dobra, bez nerwów, kobieto. To nie jest jakaś epicko zarobkowa publikacja, robią to pasjonaci pewnie w swoim wolnym czasie – trzeba tu trochę przymknąć oko na pewne niedoróbki. No ale po pięciu stronach po prostu nie mogłam dalej tych oczu przymykać, bo przez tak zaciśnięte powieki wcale nie widziałam już tekstu. Ołówek sam wylądował mi w dłoni i ani się obejrzałam, zaczęłam smarować na marginesach poprawki. Prosta sprawa: mogę przymknąć oko na błędy, jeśli nie odciągają uwagi od treści. Niestety, tutaj odciągały. Co smutniejsze, kiedy wróciłam na moment do stopki redakcyjnej, wyraźnie widniało tam nazwisko osoby odpowiedzialnej za korektę. Nie wiem więc, czy ta osoba miała za mało czasu, umiejętności czy jeszcze czegoś, ale zdecydowanie – przykro mi to mówić, bo, jak wspominałam, wspieram takie inicjatywy jak ta! – odwaliła fuszerkę jak diabli. Przez to nawet te dobre opowiadania miały irytujące orty, że o abstrakcji interpunkcyjnej nie wspomnę (nie chodzi mi tu o miejsca wątpliwe, bo przy takich to każdy się zawiesi i może walnąć błąd, ale tutaj brakowało przecinków w tak ewidentnych miejscach, jak wtrącony zwrot do rozmówcy w dialogu albo przed „który”). Poziom i rodzaj błędów był zróżnicowany w zależności od tekstu, stąd moje podejrzenie, że były to dokładnie te byki, które popełniali konkretni autorzy, a nie jakaś zaćma korektora, który postanowił równo zmasakrować wszystkie opowiadania.

Antologię otwiera zwycięskie opowiadanie Czarna Michała Organiściaka. W istocie, czyta się je nieźle. Bardzo spodobał mi się sam pomysł na anioły. Gratulacje należą się też za całkiem udatne wplecenie tutaj quasi-średniowiecznych cycolin w miniówach i na wysokich obcasach. Wcale nie drwię. Pod pretekstem walki z aniołami autorowi udało się uzasadnić istnienie stalowego bikini. Przegina dopiero w momencie, kiedy każe tytułowej bohaterce nosić kolczą sukienkę na gołe ciało. Wolę sobie nie wyobrażać tego bólu, jaki musiała przeżywać biedna dziewczyna. Ogólnie: bohaterowie są słabi, ale sam pomysł na świat – bardzo fajny. Chętnie widziałabym jakiś inny tekst osadzony w tym settingu, bo ma ogromny potencjał.
Dalej mamy opowiadanie Michała Peronia O Tym, co w górze – i tu nagły spadek formy. Tekst o chłopcu porwanym przez kosmitów czy coś takiego… Opisów właściwie brak, brak też tak naprawdę Zielonej Góry. Główny bohater to irytujący kretyn, a fabuła jest generalnie prosta jak konstrukcja cepa. Należy docenić próby pogłębienia psychologicznego postaci, ale nie mogę powiedzieć, żeby to były szczególnie udane próby.
W następnej kolejności jest tekst Anny Bobrowicz O młodzieńcu Bergiem zwanym i Zielonej Pani – to, co udało się tu autorce, to oddanie klimatu ludowej baśni. Z wszystkimi tego konsekwencjami, a więc zasadniczo zakończenie jest dość przewidywalne, język wygładzony, a sama opowieść bez trudu przeskakuje sobie piętnaście lat życia bohaterów, kiedy to Szebora… cóż, generalnie zwiedzała świat czy coś takiego. Największe zastrzeżenie, które wywołało tu mały zgrzyt kawiarczych zębów, to próba wmówienia czytelnikowi, że piętnastoletnia dziewczyna to… no właśnie, dziewczyna. Ba, dziewczynka nawet. Podczas gdy coś w głębi mnie podpowiada mi, że w tych realiach i w tym wieku Szebora powinna rodzić już czwarte dziecko. Ogólnie jednak tekst odbieram pozytywnie, choć taki styl po prostu trzeba lubić.
Bardzo spodobał mi się następny tekst, Manifest Anny Hrycyszyn. Co prawda końcowe łopatologiczne wyłożenie całej intrygi troszkę popsuło efekt, ale początkowa atmosfera wielkiej niewiadomej, dziwny profesor z małą asystentką, oddanie głosu wielu bohaterom – to wszystko dało bardzo fajny efekt. W dodatku opowiadanie jest sprawnie, przyjemnie napisane. Chyba pierwszy tekst w antologii, gdzie rzeczywiście błędy ani trochę nie odciągnęły mojej uwagi od lektury.
Mniejszy entuzjazm wywołał we mnie tekst Marka Starosty Grona życia. To znaczy ma klimacik, tego nie da się ukryć, po prostu chyba znów rozbiło się o głównego bohatera, który zupełnie nie wzbudził mojej sympatii i tak szczerze, to miałam nadzieję, że w końcu go coś tam zeżre w tej winnicy. Dużo ciekawszy wydawał się Sergiusz. No i tutaj zdecydowanie pojawiały się kwiatki, które odciągały moją uwagę od treści: nie wiedzieć czemu, przekleństwa zostały ocenzurowane, więc Benek myśli przykładowo „k…!”, co jakoś mnie irytowało. Były orty, w rodzaju „choć” zamiast „chodź”, w dziwnych miejscach pojawiały się wielkie litery (przypominam, że opowiadanie to nie list!). Właśnie zerknęłam do swojego podsumowującego komentarza ołówkiem i chyba po prostu go przytoczę: „prawie fajne”. No właśnie. Niestety, tylko „prawie”.
Ilustracja do tekstu Mój Kapitanie (źródło)
Następnego opowiadania, Mój Kapitanie (autorstwa niżej podpisanej), nie czuję się w mocy komentować, więc taktownie je ominę i przejdę od razu do kolejnego, czyli Niedzisiejszych Łukasza Szteleblaka. Jest… poprawne. Dość lekkie, w kilku miejscach się uśmiechnęłam, miejscami straszliwie naiwne, ale w ogólnym rozrachunku raczej na plus niż na minus.
Winobranie Adriany Siess to, w moim odczuciu, podobna półka. Nic super odkrywczego, nic, co jakoś na dłużej zapadłoby w pamięć, ale czytało się lekko i przyjemnie. Czasem tylko miałam wrażenie, że jest przegadane, przez co sporo traciły niektóre żarty, ale większych potknięć nie zauważyłam, co znaczy tyle, że jeśli nawet były, to treść zainteresowała na tyle, że pozwoliła nie zajmować się błędami. Takie trochę opowiadanie pisane przez kobietę dla kobiet, o przeciętnej dziewoi dupconej przez umięśnione bóstwo.
Kolejny tekst, Bezsilność Macieja Kaźmierczaka, stanowi przyjemny wyjątek wśród opublikowanych konkursowych opowiadań, bo oto mamy sci-fi. Nie jakieś szczególnie oryginalne, wizja przyszłości jest raczej oklepana, czyli sztuczne inteligencje, zaawansowana technologia i takie tam, ale zawsze coś. Niestety, to tutaj trafiło się chyba najgorsze combo ortograficzne: „Czerwona wiąska przeszyła blat mebla, niemal go dosięgając. Upadając, kontem oka dostrzegł rysy twarzy (…)”. W tym miejscu zaczęłam płakać i trochę się pogubiłam w dalszej fabule.
Dalej mamy Śmierć elfa Roberta Narkuna – opowiadanie co prawda nie urzekło mnie na początku, ale im dalej w las, tym lepiej to wyglądało. Choć jak teraz o tym myślę, to za bardzo nie wiem, o czym to właściwie  miało być. Najpierw czytelnik dostaje dość długie przedstawienie bohatera, by tak naprawdę pod koniec zupełnie nic z tego nie wynikło, bo narrator przerzucił się na opisywanie elfickiego tunnel racingu. Przy czym muszę nadmienić, że dla mnie właśnie ta druga część była dużo ciekawsza, bo wreszcie doczekałam się całkiem fajnego przedstawienia elfów (przy czym jeden z nich został świetnie zilustrowany przez Igora Myszkiewicza!). Nie rozumiem tylko, po co było wyjaśnianie nazw własnych w nawiasach – czy to jakieś dopowiedzenia odautorskie, czy tak miało być… Ale moim zdaniem dużo lepiej by było bez tego.
I tutaj skończyły się teksty konkursowe, a antologię zamykają cztery opowiadania klubowiczów ZKF „Ad Astra”. Co się rzuca w oczy przede wszystkim, to że te teksty mają mniej błędów od konkursowych. Nie znaczy to jednak, że są idealne (wiem, wiem – nie istnieje coś takiego, jak idealne opowiadanie).
Korowód Igora Myszkiewicza w moim odczuciu dowiódł głównie tego, że autorowi lepiej idzie rysowanie niż pisanie. Tekst ma co prawda klimat, ale zabrakło mi w nim jakiejś konkretnej fabuły. To znaczy owszem, pojawia się Bachus (przy czym, w porównaniu z Bachusem z innych opowiadań, ten tutaj został zdecydowanie najlepiej opisany – mówię tu nie tyle o opisie wyglądu, ile o jego charakterze), ale ja na przykład po przeczytaniu tekstu nie miałam bladego pojęcia, czy opisane zdarzenie było jakimś wyjątkiem czy też podczas każdorocznego Winobrania coś takiego się odbywa. Po prostu czegoś mi w tym wszystkim zabrakło – nie wiem, może autor lepiej by się odnalazł w dłuższej formie…?
Może to dziś? Joanny Błaszczyk ma fajny klimacik i całkiem niezły pomysł, choć zabrakło mi w tym jakiegoś kopa. Nie wykluczam, że po prostu już powoli zaczęłam przy czytaniu mieć dość opowiadań z kategorii „może być” i zaczęłam łaknąć czegoś, co by mnie zachwyciło. Bo tak naprawdę nie mogę się tu za bardzo przyczepić do niczego konkretnego, a mimo to opowiadanie po mnie spłynęło.
Trochę lepiej było z tekstem Konrada Rataja Ardens Chrome. Jakkolwiek sama otoczka (istoty z przyszłości porywają ludzi z teraźniejszości) mnie nie zainteresowała, to jednak opis Rycerzy i Gonitw przyszłości był naprawdę fajny, plastyczny i człowiek sam się wciągnął w kibicowanie. No i podobało mi się zakończenie.
Wobec ostatniego opowiadania antologii, Piór Zbigniewa Kulczyckiego, mam raczej mieszane uczucia. Z jednej strony jest w tym wszystkim pomysł (och, anioły zawsze będą się podobać, no co?), z drugiej jednak całość wydaje mi się jakaś taka niedokończona. Po prawdzie nic się w tym opowiadaniu nie wydarzyło, zabrakło jakiegoś przypierdu, który by został w czytelniczej pamięci. Plus zdecydowanie nie spodobało mi się dość trywialne sprowadzenie katolików do oddziałów moherowych beretów i łysych wszechpolaków. Sama nie wiem, może miał to być jakiś Element Komiczny, ale wypadło bardzo blado.

Podsumowując: ogólnie jest tak średnio. Jak wspominałam, bardzo podoba mi się idea takiej antologii. Bardzo nie podoba mi się brak korekty. Podobają mi się ilustracje. Nie podoba się nierówność tekstów. Obok fajnych lub bardzo fajnych (Czarna, Manifest, Śmierć elfa, Ardens Chrome) pojawiły się słabiutkie (O Tym, co w górze) lub mocno przeciętne. Widać, że po prostu nie było z czego wybierać przy układaniu antologii. Jednocześnie zastanawiam się, na ile moja ocena jest uczciwa, a na ile wynika z czegoś pośredniego między zazdrością a dumą. Dam antologii Fantazje Zielonogórskie 5/10. Średnio. Chyba będzie najuczciwiej. Ale życzę powodzenia w przyszłym roku – chciałabym, żeby było dużo, dużo lepiej.







Do momentu startu uważałem, że nie ma we wszechświecie straszniejszych odgłosów niż te, które wydawały z siebie maszyny na linii. Dopiero kiedy zaczęła się Gonitwa, odkryłem rozmiary swego błędu. Ryk maszyn przed startem to młodszy, schorowany i skarlały brat tego ryku, który wydobył się z ich silników po rozpoczęciu pierwszego okrążenia. Kompozytowy pył sypał się spod kół jednostajnym strumieniem, a temperatura, którą osiągał przy takim tarciu, sprawiała, że mienił się kolorami od zimnego błękitu po płonącą biel Słońca.
– Konrad Rataj, Ardens Chrome (fragm.)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...