czwartek, 4 października 2012

ZaFraapowana filmami (67) - "Weekend"

Weekend - plakat
Tradycyjnie: miałam pisać zupełnie o czymś innym, a ostatecznie postanowiłam wspomnieć o czymś, czego wcale nie miałam w planach.
Lepiej nie pytać, jak do tego doszło, grunt jednak, że zdarzyło mi się obejrzeć film Weekend z 2010 roku w reżyserii Cezarego Pazury. Co tak generalnie myślę o polskim kinie, tego raczej nigdy nie ukrywałam. Toteż wobec Weekendu wcale nie miałam jakichś niebotycznych oczekiwań: ot, polska komedia sensacyjna, tak? Czyli pewnie słabe aktorstwo, wtórny scenariusz, ogólna zrzynka z zachodnich produkcji. I goły cyc.
Muszę przyznać, że częściowo nawet udało mi się pomylić, co stanowiło całkiem miłe zaskoczenie. Naprawdę: to nie jest wcale aż taki zły film – jak na nasze realia, oczywiście. Bije na głowę wszelkie Bitwy Warszawskie, Janosiki i inne rzygowiny. Obsada przecież wcale nie jest zła: nie mam nic do zarzucenia Fryczowi, Lubaszence czy Wilczakowi. Efekty nie powalają, ale też nie budzą jakichś niebezpiecznych odruchów, typu nieodparta chęć wyrzucenia monitora za okno. No ale, prawdę mówiąc, to nie jest produkcja wymagająca jakiejś niesamowitej ekwilibrystyki w dziedzinie FX. Ba, nawet humor miejscami był całkiem-całkiem. Nic epickiego, ale w filmie pojawiło się parę momentów, w których się uśmiechnęłam. Choć, niestety, w większości jednak dowcipy były zdecydowanie zbyt nachalne, przez co wypadały sztucznie. Być może Cezaremu Pazurze ta sztuczność i teatralność trochę się wkręciła przez to, że jego samego przecież przemielił 13. Posterunek. Jednakże to nie humor był największym problemem tego filmu.

Snatch - plakat
W przewidywaniach nie pomyliłam się co do jednego elementu: zrzynki z zachodu. Wręcz przeciwnie – była ona o wiele bardziej ewidentna, niż to się pojawiało w moich najśmielszych snach.
Zacznę od rzeczy najbardziej ewidentnej, którą musiał zauważyć absolutnie każdy, kto zobaczył plakat reklamujący Weekend: on był tak strasznie, straszliwie i bezczelnie skopiowanym plakatem ze Snatcha. Kolorystyka, ustawienie bohaterów, czcionka – nawet głupiej czcionki nie zmienili! Ja wiem, ja rozumiem, że kopiowanie nawzajem swoich pomysłów jest w tej branży na porządku dziennym (ot, pierwsze z brzegu zestawienie takich plakatów), niemniej to zawsze wywołuje we mnie jakiś sprzeciw.
Na plakacie jednak brak oryginalności się nie kończy. Problem tkwi w całym scenariuszu i w reżyserskiej wizji, której – najzwyczajniej w świecie – nie kupuję. Film sprawiał wrażenie, jakby jego twórcy naoglądali się właśnie Snatcha czy Pulp Fiction i zrobili z tego jakąś kompilację średniej jakości. Bo przecież, mimo najlepszych chęci, Pazura nie będzie ani Quentinem Tarantino, a nie Guyem Ritchie. I nic mu nie pomoże plakat, dwóch bohaterów, którzy będą rzucać głodne kawałki w oczekiwaniu na otwarcie drzwi, przydługie dialogi sfrustrowanych mafiozów nad restauracyjnym stołem i tego typu zagrywki. Jak uwielbiam Reservoir Dogs, tak tutaj większość takich niby-Tarantinowskich rozmów była najzwyczajniej w świecie piekielnie nudna. Ganianie się w tę i nazad celem przechwycenia tajemniczej walizki – też oryginalnością nie powiewa. I jakkolwiek doceniam próbę stworzenia galerii nietuzinkowych, wyrazistych bohaterów, to jednak jest to aż nadto Snatchowe, szczególnie we wcześniejszym kontekście plakatu. Choć tyle dobrego, że rozchodziło się o prochy, a nie o diament. Ale Cyganie już musieli być, prawda?
kadr z filmu Weekend (od lewej: Max i Norman)
Ale kalki to tylko jeden z dwóch głównych grzechów Weekendu. Drugim jest kompletna niewiarygodność zaprezentowanej historii. Po części wynika to zresztą właśnie z tego zapatrzenia w zachód. Wszyscy ci gangsterzy w garniaczkach i ciemnych okularach, pościgi, policjant wyrzucający z samochodu kierowcę z hasłem „Rekwiruję ten wóz!” – dobra, dobra, ja też widziałam te wszystkie amerykańskie filmy, ale to po prostu nie są nasze realia. U nas pościgi musiałyby odbywać się ze średnią prędkością 15 km/h i ze zgubieniem się na objeździe, bo główna ulica akurat rozkopana. A tak? To po prostu nie gra. Tak samo jak nie gra mi ta dziwaczna tendencja, że bohaterowie przestają rzucać swojską „kurwą” i zamiast tego pokrzykują „fuck!” – a niby czemu? Jasne, też mi się zdarza usłyszeć „fuck” na ulicy, szczególnie wśród młodych ludzi, ale to raczej wyjątek od reguły. W ogóle wulgaryzmy w Weekendzie są dobrane bardzo ciekawie, choć wciąż nie mogę znaleźć klucza. To znaczy bohaterowie sobie szastają tym fakiem (od czasu do czasu jest tez „kurwa”, nie przeczę), ale kiedy na przykład gościu wjechał samochodem w ogródek restauracyjny, o mały włos nie rozjechany klient tejże restauracji woła – cytuję – „Jak jedziesz, baranie?!”. Serio? Serio ktoś chce, żebym ja uwierzyła w tę scenę? „Ty też tere fere” po prostu.
Ach, a skoro już przy tym jestem, to w ogóle statyści mocno mordują ten film. Nie tylko ten gościu z restauracji. W innej scenie mamy dwóch kolesi okładających się pod klubem i, ofkoz, tłumek gapiów. Oficjalnie: to najmniej wiarygodny tłumek gapiów, jaki ostatnio widziałam. Jest po prostu fatalny – miałam wrażenie, że reżyser w życiu nie widział gapiów przy jakiejkolwiek bójce czy wypadku. A takie niedopracowane tło poszczególnych scen bardzo psuje wrażenie. Aktorzy mogą dwoić się i troić, wspinać na wyżyny kunsztu aktorskiego, ale to niewiele pomoże, jeśli nie mają tego tła.

Właściwie chyba na tym skończę – miałam jeszcze wspomnieć o homoseksualistach, ale już mi się nie chce. Dość napisać, że po raz kolejny gej = przebieraniec. Nie pojmuję tego, ale domyślam się, że to miał być Element Komiczny.

Weekend to zły film. Kalka z Hollywoodu, zarówno klimatem jak i poszczególnymi elementami scenariusza. Nawet dość dziwne, że nie było żadnego Murzyna. Po prostu tej wizji kompletnie nie „kupiłam”  – choć, tu powtórzę uwagę z początku, aktorsko ogląda się bez bólu zębów, a i parę razy można się uśmiechnąć, jak im przypadkiem jakiś żart wyjdzie. No i, co mnie totalnie zaskoczyło, chyba nie było gołego cyca. Dlatego dam Weekendowi aż 2/10, czyli bardzo zły. Ale nie takie zupełne nieporozumienie.





 


– Tylko we dwóch jesteście?
– Nie, jest jeszcze z nami Święty Mikołaj, ale się napierdolił i śpi na dole w saniach.

poniedziałek, 1 października 2012

Przy kawie (10) - Wrześniowy Karnawał Blogowy

(źródło)
Ech, ech… Jakoś się nie mogę odnaleźć w czasoprzestrzeni.
Gdzieś w połowie września powzięłam dumną i kategoryczną decyzję, że w tym miesiącu wezmę udział w karnawale blogowym. Bo po prostu do tamtego momentu już mi się uzbierała lista wpisów na rozmaitych blogach, które to wpisy zdecydowanie uznałam za warte polecenia. Na bieżąco je dodawałam do zakładek, żeby mi nie wyleciało z głowy i w ogóle – no i wszystko było cacy – tak do piątku. W piątek jakoś totalnie nie skapowałam, że to już ostatni weekend września. A dziś się obudziłam brutalnie spoliczkowana przez własny blogroll, gdzie tu i ówdzie mignęły właśnie karnawałowo-wrześniowe wpisy. Dokładnie takie, jakiego ja nie napisałam.
Ale myślę sobie: kij z tym, że zapomniałam. Bez przesady. Jest pierwszy października, czyż nie? Czyli jeszcze nie jest za późno, nie przesadzajmy. Zresztą, terminy to przecież tylko zestaw luźnych wskazówek. Najważniejsze, żeby polecić coś, co – naszym zdaniem – jest warte polecenia, czyż nie?

A więc jedziemy z tym węglem drzewnym.

Tak naprawdę dość długo zastanawiałam się, którą z wrześniowych notek Kruffy tu polecić: o fantastyce czy o filku. Ostatecznie uznałam, że filk poczeka na wpis o filkowaniu oborowym (tak, tak – uważnie śledzę kolumnę „Piszą się…” na Potworach), a w tym miesiącu nieco o fantastyce. Temat-rzeka. Wpis (a nawet wpis wraz z komentarzami) z całą pewnością nie wyczerpuje sprawy, niemniej stanowi fajne świadectwo tego, że fantasy nie musi być głupim czytadłem. A że do fantasy od dziecięctwa mam ogromny sentyment, to wszystkimi kubkami kawy wspieram wszelkie przejawy obrony tego gatunku i próby wyciągnięcia jego reputacji z bagna.

Bardzo ciekawy głos w temacie recenzji growych, obiektywizmu w recenzjach, różnic między krytyką a krytykanctwem, uczciwością recenzentów, różnicami między blogerem a dziennikarzem – słowem: rzecz smutna i prawdziwa, w dodatku bardzo ciekawie napisana. Smacznego.

Tak naprawdę polecam całego bloga, ale ten wpis może być takim bardzo miluchnym wstępem do zaprzyjaźnienia się z nim. Trochę o nauczaniu, trochę o ludziach, trochę o starciu dwóch kultur (i sama nie jestem pewna, czy chodzi mi tu o polską i polską, czy o polską i stepową).

Wspominałam, że mam sentyment do fantasy? No więc odsłona druga. Tym razem z naciskiem na polską fantasy. Wyróżniam po pierwsze za zwrócenie uwagi na tekst zwracający uwagę na zagadnienie, które mnie osobiście też bardzo nurtuje: czyli specyfikę polskiej fantastyki – ponurej, właśnie takiej „zbyt prawdziwej”. Po drugie – za świetne, rzeczowe wykazanie wad wspomnianego tekstu. Mam nadzieję, że wielu autorów podobnych prac weźmie sobie tę recenzję do serca i zrozumie, że tekst nie będzie fajniejszy, jeśli się go nadmie fachowością, i że trzeba zadać sobie przed pisaniem jedno ważne pytanie: „dla kogo to piszę?”. Tak czy owak, zamierzam pracę pani Tkacz nabyć i cieszę się, że Eruana zwróciła na ten tekst uwagę.

To by było na tyle. Życzę przyjemnej lektury wszystkim, którzy zechcą kliknąć w powyższe linki. A ja… cóż, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że pojawię się tu jeszcze jakoś przed październikowym karnawałem (tak, tak – to takie jedno z blogowych postanowień: dziesięć wpisów miesięcznie – mwahaha, widać, jak mi się właśnie udało. A innym postanowieniem jest: wrócić do karnawałów, bo to zbożny i cnotliwy proceder).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...