niedziela, 9 września 2012

Granie na Fraakranie (25) - "Lost Horizon"

Lost Horizon - okładka

Miało co prawda być o czymś zupełnie innym, nieoczekiwanie jednak w tak zwanym międzyczasie zaczęłam i skończyłam bawić się w przygotówkę typu point & click niemieckiego (!!) studia Animation Arts z 2010 roku, Lost Horizon.
Muszę przy tym zaznaczyć, że to kolejna z gier kupionych w ramach serii „Almanach Klasyki” i właściwie do tej pory zawsze były to udane nabytki – do tego stopnia, że w tej chwili rozważam tytuł Dracula: Antologia. Przy czym muszę tu jeszcze wspomnieć, że zaskakująco przyzwoite jest spolszczenie Lost Horizon. Po pierwsze: wersja kinowa, chwała bogom. Po drugie: przekład jest co prawda nierzadko niezbyt wierny, za to zazwyczaj polskie teksty są po prostu fajne. Ba, miejscami miałam wrażenie, że wyszły lepiej od angielskich. Raptem raz pojawił się tekst nieprzetłumaczony z niemieckiego (przy układaniu jednej z łamigłówek pojawia się „Drachen”), zazwyczaj mamy dość dużą dbałość o poprawność. To naprawdę przemiła odmiana po kuriozalnych tłumaczeniowych wyczynach znanych choćby z Syberii.

Lost Horizon to historia niejakiego Fentona Paddocka – byłego brytyjskiego żołnierza, a obecnie przemytnika, do którego los generalnie rzadko kiedy się uśmiecha, a który zostaje poproszony o odnalezienie dawnego przyjaciela z wojska, Richarda. Mamy 1936 rok. Paddockowi przyjdzie walczyć z dzikimi zwierzętami, nazistami i chińską Triadą, zobaczy też rzeczy, o których nawet mu się nie śniło. Z czasem okaże się, że Fenton ma nie tylko ocalić przyjaciela, ale też cały świat. Ratowanie ludzkości zaś zmusi go do przemierzenia trzech kontynentów i dokonywania naprawdę dziwacznych rzeczy.
Screen z gry Lost Horizon
Sam główny bohater nieodparcie przywodzi mi na myśl Adama Venture, o którym swego czasu wspominałam. Z tą różnicą, że bohater Lost Horizon jest jednak o niebo poważniejszy. Momentami nawet trochę tego żałowałam, bo był mniej zabawny, a bardziej plasował się gdzieś między Hanem Solo a Indianą Jonesem – a, jak nietrudno się domyślić, jeśli ktoś jest prawie Hanem Solo albo prawie Indianą, to… to jest właściwie nikim. Z czasem jednak jakoś się do Paddocka przekonałam, głównie chyba dzięki temu, że jednak tu i ówdzie widać odrobinę dystansu do postaci. Jest takim typem bohatera, którego lubię: takim… mało bohaterskim. Tu coś popsuje, tam nie do końca wie, co w ogóle wyprawia, ale generalnie ma nadzieję, że coś z tego wszystkiego będzie. Jest mniej pierdołowaty od Adama, ma odrobinę mniejsze od tamtego ego, a jednak widać wyraźne podobieństwa. Jedna rzecz, która mnie niezmiennie irytowała u Fentona, to jego tendencja do ględzenia. Czasem mówił coś zabawnego (szczególnie spodobała mi się drobna drwina z wsadzania sobie najrozmaitszych rzeczy do „kieszeni”, czyli z bolączki większości gier z czymś takim jak ekwipunek postaci) albo ważnego dla fabuły, to fakt, najczęściej jednak wyglądało to tak, że każę mu przywiązać sznurek do patyka, a on – czyniąc to – mówi coś w rodzaju „Hmm, przywiążę ten sznurek do patyka”. Co gorsza, jeśli uznam, że to był głupi pomysł i zechcę zdemontować przedmiot, Paddock nie omieszka mnie poinformować „Może jednak odwiążę ten sznurek od patyka”. Trochę jakby był bohaterem anime.
Od czasu do czasu Fentonowi przyjdzie współpracować z innymi postaciami, wtedy gracz dostaje opcję przełączania się z jednego bohatera na drugiego, co stwarza całkiem sporo fajnych możliwości – zwłaszcza uwidacznia się to w ostatnim rozdziale.

Screen z gry Lost Horizon
Oprócz tego, kim biegamy w grze, rzuca się oczywiście w oczy to, gdzie biegamy. Przyjdzie nam odwiedzić klasztor tybetańskich mnichów, szemrane zaułki Hong Kongu, pustynie wokół Marrakeszu, berliński Plac Paryski i mnóstwo innych miejsc. A każde z nich robi ogromne wrażenie, jako że mamy do czynienia z dwuwymiarowymi, ręcznie malowanymi planszami, co pozwoliło na oddanie kolejnych lokacji bez porównania bardziej szczegółowo, niż gdyby całość była w 3D. Tła tworzą niesamowity klimat.
A skoro już o klimacie mowa, to warto jeszcze wspomnieć o startowym menu, które jest zrobione naprawdę świetnie, z dbałością o detale, utrzymane w tym przedwojennym klimacie. Ponadto po skończeniu gry uaktywni nam się w nim bonusowy materiał, całkiem zresztą interesujący.

W grze praktycznie nie istnieje aspekt zręcznościowy, ponadto nie można zginąć. Raczej nie ma możliwości popełnienia jakiegoś błędu, który sprawi, że kilka etapów dalej gracz nieodwracalnie się zatnie. Jednocześnie raczej nie ma sytuacji, w której jedynym sensownym wyjściem jest klikanie wszystkim we wszystko w beznadziejnym oczekiwaniu, że cokolwiek z czymkolwiek może w końcu zaowocuje… czymkolwiek. To znaczy jeśli gracz popada już w tę fazę, oznacza to, że nie dostrzegł czegoś banalnego, co ma najpewniej tuż przed nosem. Dwa razy tak miałam i dwa razy okazywało się, że zasadniczo dobrze kombinuję, tylko jestem ślepa.
Screen z gry Lost Horizon
Praktycznie wszystkie zagadki można rozwiązać w całkiem sensownym czasie – to chyba ten poziom trudności, który mi odpowiada. Być może nieco łatwiej niż w Syberii, z całą pewnością bardziej wyważone niż w Return to Mysterious Island, za to trudniej niż w Adam’s Venture.
Oprócz manii bycia sobie narratorem, na którą Fenton Paddock cierpiał w stopniu bez porównania wyższym niż Thomas Magnum i MacGyver razem wzięci, drażniła mnie nieco… bezkrwistość w grze. Nie chodzi mi tu o to, że chciałabym rozwalić kilku Niemców, bo – jak wiadomo – do takich rzeczy się za bardzo nie nadaję, niemniej wolałabym trochę więcej realizmu, a więc jeśli już naziści rozstrzeliwują jakiegoś gościa, to niech przynajmniej troszeczkę tej krwi będzie. Bo tak, to podrygiwanie od wbijających się w tors ofiary kul przywodziło na myśl raczej kuriozalny atak padaczki. Po prostu czegoś brakowało. Gra jest dozwolona dla graczy od lat szesnastu, więc właściwie odrobina autentyczności chyba nikogo by nie zabiła.
Skoro już wspominam o minusach, to na samym początku trochę za dużo było cutscenek, a za mało udziału gracza – trochę się bałam, że tak będzie przez cały czas, szybko jednak okazało się, że moje obawy są płonne. Niemniej to może kogoś zniechęcić na starcie.
Cóż, ostatnim minusem będzie tu już chyba tylko: gra jest za krótka. Bardzo fajna, ale mogłoby jej być nieco więcej. Bo choć zakończenie jest mocno przewidywalne, to jednak cała historia wciąga, zarówno dzięki „akuratnemu” poziomowi trudności (mobilizuje do kombinowania, a nie zniechęca), jak i dzięki świetnej stronie graficznej. No i dzięki samemu Fentonowi, którego z czasem naprawdę zaczyna się lubić, nawet jeśli się wie, że jeszcze będzie musiał mieć swój wielki moment, w którym okaże się, że nasz Angol jednak ma sumienie.
Lost Horizon w pełni zasługuje na 8/10 – to bardzo dobra gra, ze świetnym klimatem, ładną grafiką i ciekawymi postaciami, a przede wszystkim – wciągającą historią. Choć nie stanowi jakiegoś szaleńczego przełomu i nie zostawia człowieka z kacem, z czystym sumieniem mogę polecić każdemu miłośnikowi gatunku.









Zamiast cytatu - wymowny screen. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...