czwartek, 16 sierpnia 2012

ZaFraapowana filmami (65) - "Thor"

Thor - plakat
Powoli acz nieuchronnie zbliżam się do momentu, w którym wreszcie będę mogła obejrzeć Avengersów. Zanim to jednak nastąpi, nadrabiam zaległości w filmach poświęconych poszczególnym Marvelowym bohaterom. Tym razem padło na Thora, produkcję z 2011 roku w reżyserii Jossa Whedona i Kennetha Branagha.
Muszę tu zaznaczyć, że odpalając film nie miałam pojęcia, że mój absolutny idol, Branagh, w ogóle maczał w tym wszystkim palce. W przeciwnym razie bazowo Thor dostałby ode mnie +8 do lansu. Ale obeszło się zupełnie bez tego.

Cóż – nie da się ukryć, że film mnie niebywale zaskoczył. I to na plus. Po nieprzyjemnych doświadczeniach z Ghost Riderem byłam pełna jak najgorszych przeczuć. Eksploatowanie pogańskich bogów – nawet jeśli komiksowych – również nie nastrajało pozytywnie, jeśli wziąć pod uwagę tak epickie niewypały jak Immortals.
A jednak twórcy Thora udowodnili, że się da.
No pewnie, nie jest to widowisko uber ambitne, zapadające w pamięć i wzbudzające jakieś niesamowicie silne emocje. To taki sympatyczny filmik, bardzo widowiskowy, gdzie mimo solidnej dawki ciepania piorunami znalazło się miejsce na typowe, rzewliwe wtręty i metamorfozę głównego bohatera.
I od bohaterów chyba zacznę.

Tytułowy Thor (Chris Hemsworth) to – przynajmniej początkowo – taki duży chłopiec, który ma zostać królem Asgardu, ale ewidentnie nie dorósł do tej roli, co zresztą jest główną zgryzotą ojca, Odyna (Anthony Hopkins). W porównaniu jednak do takiego na przykład Iron Mana, Thor wzbudza większą sympatię. Trochę szkoda, że to postać tak ewidentnie zrobiona pod żeńską widownię, taki dobrotliwy piękniś o roześmianych oczkach i szelmowskim uśmieszku, niemniej jeśli pominąć tę jego amantowatość, zostaje nam po prostu sympatyczny koleżka, który powoli dojrzewa do życiowej roli. Właściwie nie ma powodów go nie lubić – abstrahując oczywiście od tego, że jako nordycki bóg ma nadprzyrodzone moce, nie jest nawet jakoś przegięty i nie odnosiłam wrażenia, że to tak naprawdę frajer i/lub drań, którego reżyser z jakiegoś kuriozalnego powodu każe mi lubić.
Kadr z filmu Thor (Loki)
Główna laska filmu, Jane Foster (Natalie Portman), budzi we mnie nieco więcej wątpliwości. Niby jest genialnym naukowcem, ale momentami zachowuje się jak straszna kretynka (ot, choćby wymachiwanie epicko ważnym zeszytem z notatkami przed agentem, który właśnie zabiera jej cały dorobek naukowy życia). Właściwie jednak nie miałam wobec Jane wielkich oczekiwań – jej rolą było przede wszystkim pchnięcie Thora na drogę bycia godnym „Miamia” i w tym się sprawdziła.
Obok Thora (no i Odyna, ma się rozumieć, ale trudno nie lubić kogoś, kogo gra Hopkins) moim ulubionym bohaterem został Loki (Tom Hiddleston) – początkowo co prawda trochę mnie rozczarowywał, bo zamiast być porządnym bogiem matactw, kłamstwa i wszystkiego co najgorsze, on jawił się raczej jako emujący, nieloffciany synek, na szczęście jednak moja ocena okazała się przedwczesna i błędna. Loki się ładnie rozkręca, nawet jeśli wciąż wisi w powietrzu nutka „jestem zły, bo tatuś mnie nie kochał, a kanarka spuścili mi w toalecie”. Ale już na przykład starcie Lokiego z Heimdallem (Idris Elba, a jakże – naczelny Pozytywny Murzyn ostatnich lat – nota bene, tutaj też wpasowuje się w ten schemat) było bardzo fajnym ukłonem w stronę mitologii, nawet jeśli – że tak to ujmę – to nie był jeszcze ten czas i miejsce.
Kadr z filmu Thor
 
(od lewej: Hogun, Fandral, Volstagg)
A skoro już o Heimdallu wspomniałam, to może jeszcze parę słów o pozostałych bogach. W filmie pojawia się ich całkiem pokaźne grono (w sumie chyba większe, niż w Immortals) – mamy Sif (Jaimie Alexander), Volstagga (Ray Stevenson), Hoguna (Tadanobu Asano), Fandrala (Josh Dallas) oraz Friggę (Rene Russo). Nie ukrywam, że umieszczanie w Asgardzie Japończyka i czegoś w rodzaju muszkietera wzbudza mój delikatny zgrzyt zębów, ale trudno mieć tutaj jakieś konkretniejsze wąty – tak było w komiksie, więc nie ma o czym mówić. Grunt, że bohaterowie są tacy, jacy być powinni: wyraziści, interesujący w ten czy inny sposób. Ba, pod tym względem w ogóle Thor daje radę, bo nawet Hawkeye’a (Jeremy Renner) zdążyłam polubić, mimo że pojawia się w jednej scenie i mówi może dwa zdania.
W przeciwieństwie do Immortals (wiem, sporo się do tego odwołuję, ale to chyba najświeższa produkcja z udziałem bóstw, jaką widziałam, więc porównania same się nasuwają), tutaj bogowie są faktycznie boscy. Nie giną od pierwszego lepszego pacnięcia, nie trzymają się idiotycznych zakazów (typu „nie ingerować”), ich moce są istotnie kosmicznie wypasione, a ubranka trzymają się na granicy wydumania, bez popadania w żałosne przekombinowanie i śmieszność. I, tak jak przystoi bogom, ogólnie praktykują raczej wygnanie/uwięzienie, a nie uśmiercanie się.

Kadr z filmu Thor (Heimdall)
Wizualna strona filmu, tak jak zresztą należy się spodziewać, trzyma wysoki poziom. Asgard robi wrażenie – oczywiście, jest do bólu komputerowo, ale to dawno przestało mi przeszkadzać, bądź co bądź po 300 granica efektu „zbyt komputerowego” diametralnie się przesunęła. Jest ładnie, jest kosmicznie. Jotunheim zaś sprawia wrażenie lodowej, niegościnnej krainy – tak jak być powinno. W dodatku szczególnie spodobało mi się niekiedy odwracanie perspektywy, przez co widz na moment tracił poczucie, gdzie góra a gdzie dół. Dziewięć światów sprawia stosownie nieziemskie wrażenie. Jeśli idzie o efekty, mam tylko zastrzeżenia do samego „Miamia” – młot, który jest atrybutem Thora i wypasionym boskim orężem, wygląda jak plastikowa zabawka, którą właściciel wymachuje jak breloczkiem. Choć w kontekście zastosowania, przypomina to raczej jo-jo na niewidzialnej gumce.

Fabuła, jak już wspomniałam, nie wywołuje jakiejś ekstazy, ale też człowiek nie łapie się za głowę, o co tu kuźwa chodzi i czemu oni wszyscy robią sobie jakieś nieistniejące problemy. Tutaj problemy bohaterów są bardzo konkretne, wyraziste (i proste) tak jak i sami bohaterowie. Dodatkowym smaczkiem jest konfrontacja dwóch cywilizacji – zaprezentowana niezbyt odkrywczo, ale przynajmniej zabawnie (np. okazywanie szacunku gospodarzom za pomocą tłuczenia kubka). W ogóle wdzięczny, nieskomplikowany humor jest sporym atutem filmu – człowiek się śmieje, nawet jeśli nie do rozpuku. Tak samo jest z ogólną wciągliwością i chęcią śledzenia intrygi: choć nie ma jakichś szalonych zwrotów akcji i większości rzeczy widz domyśla się w trakcie oglądania, niemniej nie jest aż tak boleśnie przewidywalne (jak, nie przymierzając, w Ghost Riderze 2), no i wciąż pozostają wątpliwości co do detali (np. co się ostatecznie stanie z Lokim).
Jest parę głupotek, typu cała sprawa z wbitym niczym Excalibur Mjöllnirem: otoczyli toto kordonem, próbowali wyciągnąć, wszystko na próżno. Dziwi mnie, że nikt nie pomyślał, by odłupać po prostu całego bambulca, w którym młot siedzi i nie zabrali go na badania do bardziej sprzyjających warunków.
Albo kiedy Thor usiłował dorwać się do Mjöllnira: na litość bogów, czemu on leciał przez cały ten rękaw, zamiast przeciąć go na skróty i wbiec dopiero przy samym wejściu do centralnej komory? Przecież tam były jakieś papierowe ściany! Nadkładał sobie drogi, żeby nie zmoknąć czy co?
No ale to tylko drobiazgi, które jakoś jednak nie przesłoniły frajdy czerpanej z oglądania całości.
Jeden z reżyserów - Kenneth Branagh!
(źródło)
Prawdę mówiąc, to chyba tyle, co mogę napisać o Thorze. To po prostu bardzo sympatyczny odmóżdżacz, zabawny, lekki, niepozbawiony poważniejszych wątków, efektowny i wciągający, z bohaterami, którzy wzbudzają sympatię. Z czystym sumieniem mogę polecić na któryś weekend i dać 7/10 – z pełną świadomością tego, że to o punkcik więcej, niż dostał Iron Man. Thor podobał mi się bardziej.







– Is that one of Stark's?
– I don't know. Guy never tells me anything.

wtorek, 14 sierpnia 2012

ZaFraapowana Filmami (64) - "Ghost Rider: Spirit of Vengeance"

Ghost Rider 2 - plakat

Od czego by tu zacząć, żeby nie było, że znowu od pierwszych słów marudzę…? Hm. W pierwszej części Ghost Ridera Sam Elliott wykreował fantastyczną postać Dozorcy. Wiem, wiem, w tytule notki jest podtytuł oznaczający, że mam pisać o drugiej, a nie pierwszej odsłonie filmowej opowieści o motocykliście z płonącą głową. Po prostu starałam się napisać coś miłego na start.
Skoro formalności mamy za sobą, przejdę od razu do rzeczy.
Jeśli mówiłam, że Prometeusz jest bardzo zły, a Return to Mysterious Island 2 beznadziejnie głupie, oznacza to tylko tyle, że wyrażałam opinie przed obejrzeniem dzieła duetu Mark Neveldine oraz Brian Taylor z 2011 roku. Ghost Rider: Spirit of Vengeance, gdyż naturalnie o nim tu mowa, stanowi w zasadzie idealną mieszankę wszystkiego, czym nie powinien być film akcji.
Właściwie nie wiem, od czego zacząć. Proszę zrozumieć moje zagubienie – po seansie tak naprawdę chciałam po prostu wyprzeć to, co przed chwilą zobaczyłam, planowałam zepchnąć to gdzieś do podświadomości i udawać, że na półtorej godziny straciłam przytomność. To Ulv zmusił mnie, żebym coś napisała. No to piszę. Należy mu się, w końcu też to ze mną obejrzał.

Bohaterowie:
Główny heros, Johnny Blaze (Nicholas Cage) jest zasadniczo smętnym frajerem z miną, jakby zaraz miał się rozpłakać i łysiną zstępującą już niemal na ciemię. I nie w samym łysieniu czy kamiennej twarzy problem (wszak Bruce Willis nadmierną grzywą też się nie może pochwalić, a całkiem nieźle sobie radzi), ale w doborze stosownej roli. Na bogów, to ma być gościu w skórach, który rozbija się motocyklem, a od czasu do czasu, kiedy w tle rzęzi rozszarpywana bluźnierczymi szponami samego szatana gitara, zamienia się w tytułowego Ghost Ridera o płonącej czaszce. Podtatusiały pan z brzuszkiem i zakolami jak meandry Bugu nie jest stworzony do tej roli. Może był – kilkanaście lat temu. Ale na pewno nie teraz.
Jest naturalnie niewiasta, którą nasz bohater będzie ratował z opresji, czyli Nadya (Violante Placido). Obawiam się, że jej jedyną rolą jest właśnie bycie ratowaną z opresji. Tu pokrzyczy, tam się poszamocze, kilka razy podkreśli, że jej syn jest jej synem i to właściwie tyle. Laska stworzona fatalnie bez polotu i mam wrażenie, że Catherine z Armii Boga miała bez porównania solidniejsze jaja od niej, mimo że też przecież była tylko damą w potrzasku. Nadya jest jakaś taka… bezwolna. Niby czasem wyrazi jakąś wątpliwość, ale miałam wrażenie, że robi to tylko po to, żeby Johnny mógł rzucić kolejnym łzawym wyznaniem.
Kadr z filmu Ghost Rider 2 (Moreau)
To ja uczyłem Stathama do roli w "Transporterze".
Chłopaczek, o którego w ogóle się rozchodzi: Danny (Fergus Riodan). Cóż, nie jestem fanką Dziecka Rosemary (mówiąc szczerze, piekielnie mnie to znudziło…), ale jestem skłonna przyznać, że to w istocie arcydzieło. Zbliżony motyw mamy w Ghost Riderze 2 – oto matula porodziła diabłu synka i teraz wszyscy chcą się dobrać do malca. Tak więc jest sobie ten antychryst, naczynie dla szatana – Roarke’a (Ciaran Hinds), a ja siedzę i się zastanawiam „o rety, rety, jaki to niepowtarzalny i oryginalnie zaprezentowany motyw”. Na serio. Trochę jakby się oglądało mutację Dziecka Rosemary, Omenu, Supernatural i mnóstwa innych produkcji, które wyssały już chyba wszystko co się dało z motywu „diabelski pomiot, ale o złotym serduszku, a przynajmniej tego będzie się trzymać mamusia”. Ghost Rider 2 dodał na tym polu tyle, że teraz jeśli będę się chciała zaprzyjaźnić z antychrystem, wiem, że należy najpierw się polansować sikając płomieniami. Domyślam się, że garść The Trinidad Scorpion Butch będzie wskazana.
Tak naprawdę był jeden bohater, którego prawie mogłabym polubić: Moreau (Idris Elba, znany także jako Janek, oficer na „Prometeuszu”). Niestety, widać było, że facet robi tylko za pomagiera głównego herosa, mimo że obiektywnie patrząc, był od niego sporo mocniejszy (rozstrzelał połowę zakonu, podczas gdy Johnny przywalił z piąchy starszemu panu i już dostał zadyszki). Ale nie miał supermocy, więc nie mógł się równać z Ghost Riderem. Twórcy zadbali o to, żeby był przydupasem i nikim więcej. Takim poczciwym, świetlistym i moralnie bez skazy (prawdę mówiąc, coś jak Janek…), sympatycznym ochlapusem (wspominałam, że jak Janek…?). Zresztą, jego charakterystyka – tak w razie gdyby widzowi umknęło – została streszczona przez Johnny’ego, co było o tyle ciekawe, że widzieli się raptem parę minut, zamienili kilka zdań, w których Moreau zlecił misję ratowania Danny’ego, a potem nagle Johnny na przykład wie, że Moreau jest alkoholikiem. Skąd, u licha? Tamten miał to wypisane na czole? Naprawdę to był moment, w którym miałam wrażenie, że to taki ukłon w stronę mniej błyskotliwego widza.

Kadr z filmu Ghost Rider 2 (Ghost Rider)
Taką scenę oglądamy w filmie często.
Bardzo, bardzo często.
Ale prawda jest taka, że ja bym to wszystko zniosła: banalnych, zupełnie nieciekawych bohaterów, fatalnego bohatera tytułowego, a także zużyty główny wątek. Gdyby tylko ten film był po prostu ciekawy. Ale on od samego początku jest najzwyczajniej w świecie pieruńsko nudny. Dłużyzna goni dłużyznę. Mamy robiących rozpiździel złych popychli, pojawia się między nimi Ghost Rider i… no właśnie: i kompletnie nic się nie dzieje! Nasz facecik z płonącą główką stoi. I dalej stoi. Gibie się na boki, kiwa tą czachą na lewo, na prawo, ale wciąż zupełnie nic się nie dzieje! W kolejnej rozwałce powtórka z rozrywki: stoją, gapią się i nic z tego nie wynika. Ghost Rider niewątpliwie ma już do perfekcji opanowane zerkanie przez ramię, bo robi to nagminnie kiedy tylko ma okazję, a kiedy nie ma, to się odwróci tyłem specjalnie tylko po to, żeby później móc łypnąć zalotnie. I rzucić jakimś fatalnym, naprawdę fatalnym sucharem (matko z córką, tekst to zupełnie oddzielna sprawa, sama nie wiem, czy warto o tym wspominać…). Myślałam, że skoro to film akcji, to co prawda bohaterowie mogą być durni, ale przynajmniej będzie coś się działo. Adrenalina, napięcie, zwroty akcji i w ogóle. Tymczasem nie. Tutaj mamy dłużyzny, koszmarną powtarzalność, a w międzyczasie emowanie i marne próby budowania poważniejszych więzi międzyludzkich – jakby twórcy filmu nie mogli się zdecydować, czy chcą robić radosną, beztroską rozwałkę czy coś na serio, z rozdarciem między dobrem a złem i tak dalej. Wyszło jakieś takie niewiadomoco pomiędzy.
W dodatku niewiadomoco tak tragicznie przewidywalne w każdym, naprawdę najdrobniejszym szczególe, że odechciewa się oglądać – no bo po co, skoro doskonale wiem, co się stanie?
Jest jeszcze, oczywiście, sprawa efektów. Przykro mi, ja miałam wrażenie, że to takie efekty dla ubogich. Wszystkie co bardziej wymagające sceny działy się na czarnym tle – nie wiem, może przenoszenie tego całego komputera i scen odgrywanych przed bluescreenem na jakiś normalny krajobraz było zbyt praco- lub czasochłonne? Toteż Johnny Blaze sika na czarnym tle, również Carrigan (Johnny „Prawie-Jak-Wiedźmin” Whitworth) wszystkie swoje akcje przeprowadza w czarnej pustce. Powiedziałabym, że to taka konwencja, bo adaptacja komiksu i tak dalej – ale w takim razie dlaczego kiedy siekał sam Ghost Rider, tło było normalne?

Do tej pory raz miałam taką sytuację, że oglądając film akcji niemal przysnęłam. Wtedy stwierdziłam, że to jest tak nudne, że po prostu odpuszczam i faktycznie wyłączyłam (to był któryś Blade, ale nie pomnę teraz, który). Tym razem udało mi się wytrzymać do końca. I czuję tylko tyle, że straciłam półtorej godziny życia. Mimo że jestem bardzo odporna na głupie czy proste filmy (całkiem jawnie i oficjalnie lubię na przykład The Expendables i już zacieszam na drugą część), chyba jeszcze bardziej na adaptacje komiksów (długo by wymieniać, ale 300, Sin City, spora część Batmanów, X-Men i wiele innych, niezależnie od tego, czy oryginał komiksowy znam czy nie) – Ghost Rider 2 jest po prostu słaby. Nudny, przewidywalny, pełen dłużyzn i miałkich, nieciekawych bohaterów. Fabuła gdzieś tam jakaś jest, prosta jak konstrukcja cepa, ale zasadniczo widz pozostaje na nią obojętny – no bo co mnie interesuje fabuła, skoro oczami duszy mojej już widzę finałową scenę?
Jeśli już mam wybierać, zdecydowanie wolę to, co z komiksem Marvela zrobił Ennis. Jest bardzo krwiście, flaki fruwają na wszystkie strony, ale przynajmniej jest z przytupem. A i żarty bawią bardziej niż w filmie. To znaczy: w ogóle bawią.

Skoro jednak słowo się rzekło i napisałam coś o Ghost Rider 2, to dorzucę jeszcze na zakończenie ocenę: 1/10. Nie ma tutaj żadnych wątpliwości. I naprawdę nie chodzi tu o to, że mam mocno ambiwalentny stosunek do talentu aktorskiego Nicholasa Cage’a.






– This thing... There's no conscience, just hunger. The Rider's gonna come out. And when he does, he'll destroy whoever's got it coming.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Granie na Fraakranie (23) - Return to Mysterious Island 2

Antologia Return to Mysterious Island
(pudełko)
Do napisania kilku słów na temat drugiej części całkiem poprawnego produktu studia Kheops przymierzałam się ładnych parę dni, choć treść tego wpisu miałam zaplanowaną właściwie zanim jeszcze ukończyłam Return to Mysterious Island 2. Ma to właściwie dwie przyczyny: po pierwsze, nie chciałam pisać „na gorąco”, bo tego typu opinie bywają krzywdzące. Po drugie, właściwie to chciałam się na trochę oderwać wreszcie od tego cholerstwa, bo nie miałam ochoty ani na to patrzeć, ani o tym myśleć.
Teraz chyba jestem gotowa, by – nomen omen – wrócić na Tajemniczą Wyspę. Po raz drugi.

Sprawę należy postawić jasno: ta gra jest po prostu zła.
Nie chodzi tu o to, że jest gorsza od Syberii, bo to było do samego początku jasne, dotyczyło pierwszej części, więc drugiej tym bardziej. Nie ma o czym mówić. Nie wszystko może być Syberią i trzeba się z tym pogodzić. Ona jest zła w zupełnym oderwaniu od wszelkich porównań, tak jak Prometeusz.
Zacznę od samej idei „dwójki”: już na starcie widać, że to jest dokręcone bardzo, bardzo na siłę. Tak się niefortunnie złożyło, że pierwsza część stanowi całkiem zgrabną całostkę, z wyraźnym zamknięciem całej tej historii, bo oto Mina odkryła tajemnicę wyspy, po czym uciekła. No i super, basta. Tymczasem druga część każe nam kupić bardzo grubymi nićmi doszyty ciąg dalszy, w którym Mina już-już uciekała, ale wulkan przygrzmocił bambulcem w helikopter i nasz rozbitek na powrót ląduje na brzegu, w dodatku wygląda na to, że wyspa lada moment wybuchnie. Po prostu nie łykam tej historyjki. To doszukiwanie się na siłę furtki tam, gdzie jej wcale nie było. Już wolałabym, żeby przy okazji części pierwszej autorzy po prostu zasugerowali w jakiś sposób możliwość kontynuacji.
Ale nawet nie to było najgorsze. Najgorsze przyszło dużo później, kiedy okazało się, że zamiast klimatu Verne’a, lekkiej nutki steampunku i tajemnicy, twórcy gry zaserwowali nam coś w stylu Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, czyli radosne pogonienie w piętkę z jakimiś piramidalnymi bzdurami. Ani toto nastrojowe, ani specjalnie interesujące, raczej głównie durne.

Screen z gry Return to Mysterious Island 2 
(no dobrze, to akurat było fajne)
Jakby tego było mało, kretynizm fabularny to tylko część problemów, jakie ma ze sobą Return to Mysterious Island 2. Drugą sprawą bowiem jest sama rozgrywka.
Wiem, wiem, przy „jedynce” narzekałam, że było trochę za łatwo. No tom się doprosiła. Tym razem jest trudno, czasem wręcz irytująco trudno. Szkoda tylko, że ta trudność nie wynika z moich kłopotów z logicznym myśleniem, tylko raczej z nieco innych oczekiwań wobec gry należącej do kategorii przygodówki point & click. Otóż spodziewałam się łączenia delikatnych sugestii w konkretny ciąg zdarzeń, obmyślania, jak by tu połączyć przedmioty, żeby zbudować czołg ze spinacza do papieru, gumy do żucia i kawałka sznurówki. Przeczesywania wyspy w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi się przydać w dalszej eksploracji. Gdybym chciała zręcznościówki, zagrałabym w Pac-Mana, goddammit! Bardzo doceniam obfitość mini-gierek, które trzeba rozegrać, żeby zdobyć to i owo, ale niechże to będzie coś do kombinowania, a nie test zręczności. W takiej formie, w jakiej wystąpiły „utrudnienia” w Return to Mysterious Island 2, to było tylko irytujące.
Podobnie jak upychanie na siłę animowanych cutscenek, których nijak nie dało się przeskoczyć. Nie mówię tu o postępach fabularnych, które w drugiej części były przedstawione podobnie jak w pierwszej, w formie serii rysunków – to akurat mi się podobało, choć moim zdaniem, rysunki niepotrzebnie były kolorowane. Problemem natomiast były jakieś takie niby-filmiki, które wielekroć się powtarzały: ot, na przykład Jep wskakujący Minie na ramię. Otóż w „dwójce” nie używamy Jepa jak elementu ekwipunku, tylko stanowimy z nim swego rodzaju drużynę. Zazwyczaj Mina i małpka trzymają się razem, ale są czynności, do wykonania których brunetka w chusteczce musi puścić Jepa samopas. I o ile rozstanie odbywa się automatycznie, po prostu Jep siedzi na ramieniu – Jep nie siedzi na ramieniu, o tyle już jego powrót do Miny musiał być poprzedzony małpką rozkładającą łapki i Miną kucającą przed nim. Okej, za pierwszym razem to było nawet urocze. Za drugim jeszcze też. Za trzecim troszkę zirytowało, no bo ileż można. Przy każdym kolejnym razie miałam ochotę rzucić w Jepa czymś ciężkim i maksymalnie naostrzonym. I tłukłam głową w klawiaturę za każdym razem, kiedy musiałam zeskoczyć małpką z Miny, bo wiedziałam, że za moment nastąpi powrót.
Znaczy to bardzo fajnie, jak gra trochę trwa, ale chyba nie w ten sposób powinna być rozciągana. Jedyną pociechą w tym wszystkim był wcale szeroki wachlarz możliwości uśmiercenia Jepa. Jeśli dobrze pamiętam, udało mi się go zakłuć przez pszczoły, zrzucić z urwiska, utopić w bagnie, rozszarpać jaguarem i rozbić o skałę.

Screen z gry Return to Mysterious Island 2
(scena wiele, wiele razy widziana...)
Kolejnym wkurzającym elementem była… sama Mina. W pierwszej części zdawała mi się normalna, nawet jakoś tam z nią sympatyzowałam, ale tutaj zrobili z niej strasznie wkurzającą bździągwę, której na serio nie rozumiem. Laska rozbiła się na bezludnej wyspie. Przez całą pierwszą część wsuwała jajka i biegała bez problemów. Tutaj tymczasem najpierw Mina zostaje świętą krową, która sama nie potrafi umyć sobie szmatki na bandaż, mimo że przecież zaraz będzie dziarsko biegać, więc zasadniczo chyba doczołgać się do wody też by mogła (tym bardziej, że siedzi na samym brzegu). Co więcej, ta ciężko ranna (taak, jasne…) dziewucha, osłabiona i opuszczona, wymaga od czasu do czasu karmienia. I cóż się okazało? Że kiedy próbowałam wcisnąć jej drugi raz takie same jagódki, ta durna pinda miała czelność stwierdzić, że ona już to jadła i miałaby ochotę na coś innego! Czaicie to Państwo?! Powtórzę: laska jest rozbitkiem na bezludnej wyspie – i wybrzydza, że ona dwa razy nie zje tego samego! Każde karmienie musi być czymś innym! Na litość bogów, co za paranoja!
I w ogóle jest jakaś taka głupia. Potrafi rozpoznać i zastosować w celach leczniczych tymianek, a nie wie, co to jest bomba wulkaniczna? Serio?
Nie chodzi mi tu nawet o to, czy gra przez to była trudniejsza czy nie. Właściwie jakiś wielki problem to nie był, bo jedzenia na wyspie można znaleźć naprawdę sporo. Chodzi o to, że Mina przestała być tą zaradną dziewuszką z pierwszej części, a stała się jakąś rozpuszczoną, niezbyt błyskotliwą księżniczką, która zdaje się nie rozumieć, że jest na bezludnej, wybuchającej wyspie i ma żreć co jej się daje, a nie marudzić.

Ale tak poza tym, reszta elementów jest dość fajna, tak jak i przedtem. Ładne grafiki udające 3D, wspomniane już komiksowe wstawki, niezła muzyka. Za pewien plus można by uznać dwa zakończenia. Jeśli jeszcze ktoś mi wyjaśni, o co chodziło z tym żółwiem, co to pełzł od plaży, to postawię piwo. Bo niby Jep mógł coś z gadziną zrobić, ale nie bardzo umiał wykoncypować, co.
Generalnie grę skończyłam, ale wyłącznie z poczucia obowiązku. Nie dało mi to najmniejszej satysfakcji – ta, jeśli nawet w śladowych ilościach towarzyszyła rozgrywce gdzieś na początku, to przy fabularnym WTFZOMGLOL związanym z niejakim „X” znikła jak ręką odjął i losy Miny, a także wyspy, stały mi się mocno obojętne.
Gra jest bardzo zła, a w porównaniu z pierwszą częścią – jeszcze gorsza, bo pojawia się żal za zarzynanie tak fajnego settingu. Dla mnie, niestety, 1/10. Wyprodukowanie tej gry było błędem ze strony studia. Granie w nią – jest karkołomną decyzją ze strony przeciętnego śmiertelnika. Chociaż, z jakiegoś cudacznego powodu, Return to Mysterious Island 2 zdobywa dość dobre recenzje. A mi chyba jednak pisanie po ochłonięciu trochę nie wyszło. No i trudno.







Oh, delectable languor of the encroaching eve! Nostalgia has me in its grip, but nothing in the world would push me to refuse this sorrow rich in visions of beauty. At dusk, slowly, the mist erases the marsh, while the suns succomb in an aching explosion of purples and blues. My soul is tinted the hue of the floating petals that a faint zephyr sweeps towards the setting suns. Never again, my beloved, never again will we nibble the strident insects on the uncertain shores of the great gray marsh.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...